i fajne zakończenie^^
Michael Scofield
a tak spokojnie zaczął się dzień^^ akcja akcja to to co lubię! 
i fajne zakończenie^^
i fajne zakończenie^^
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19
więźniowie opanowują wiezienie, no to ja czekam na to co będzie dalej 
Michael Scofield
Wow... jaka akcja^^ I ta koncówka jest mocno niepokojąca 
Świeżak
Posty: 19
Rejestracja: 2008-02-19, 18:45
Kolejna część mojego opowiadania 
-Nie, proszę nie rób tego! Nie chcę tam iść! Nie mogę! Błagam, pozwól mi pójść do wyjścia! - krzyczałam zrozpaczona. Łzy płynęły z moich oczu strumieniami. Nie miałam siły, żeby się wyrwać. Szłam razem z Johnem choć nie chciałam. Ciągnął mnie w stronę celi Michaela. Bałam się. Bałam się tych wszystkich więźniów, którzy teraz nie zwracali uwagi na to czy dostaną karę za swoje czyny. John zapewniał mnie, że tam będę najbezpieczniejsza, że żadna bestia mnie nawet nie dotknie, ale przecież więźniów było ponad czterystu, a on sam jeden nie licząc „wspaniałej trójki”. Nie wiedziałam jeszcze o całym planie Mike'a...
***
Cała zapłakana usiadłam na łóżku. Obok leżał pobity strażnik. Skojarzyłam, że był nowy. Dopiero przyjęli go do pracy, a już miał poważne kłopoty. Skuliłam się i schowałam głowę w kolanach. Celi pilnowali John, Lincoln i T-Bag. Próbowałam choć przez chwilę nie myśleć o tym co się dzieje. Strach mnie paraliżował. Linc usiadł obok mojej skulonej sylwetki i położył swoją dłoń na moim ramieniu.
-Nie bój się. Zobaczysz, że wszystko się ułoży. Jesteś tu bezpieczna. Nie płacz już... - powiedział
-Po co mnie tu przyciągnęliście?! Do czego jestem wam potrzebna?! - wykrzykiwałam
-Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Uspokój się.
-Jak mam sie uspokoić wiedząc, że otacza mnie tłum wściekłych więźniów?! Gdzie jest Michael? - wciąż pytałam
-Poszedł ratować lekarkę. Ona nie miała tyle szczęścia co ty. - odparł Linc.
-Powinnaś mi za to dziękować. - wtrącił John
-Co to znaczy „nie miała tyle szczęścia co ja”? - zapytałam zdezorientowana
-Więźniowie ją otoczyli. Jest zamknięta w jednym z gabinetów. Odcięli ją od świata. Chcą się do niej dobrać. Sucre pokazał Mike'owi obraz z jednej z kamer na oddziale medycznym.
-Ale... Ale jak ma zamiar ją uratować skoro sam powiedziałeś, że Sara jest otoczona? Nie rozumiem. - odparłam. W tym samym czasie umywalka przy ścianie odsunęła się, a z dużej dziury w ścianie wyszedł Sucre.
-Nicole, posłuchaj... - zaczął Linc. Teraz wszystko zrozumiałam. Wiedziałam po co mnie tu przyciągnęli.
-Nie, Linc! To ty posłuchaj! Nie wrobicie mnie w tą ucieczkę! Nie chcę mieć z tym nic wspólnego! - mówiłam.
-Jesteś nam potrzebna. Proszę, musisz się zgodzić.
-Nie! Nie pomogę wam! To chore! Nie, nie, nie... Nie chcę i nie mogę! - powtarzałam.
-Nicole, pomyśl. Będą z tego same korzyści. - wtrącił Sucre
-Korzyści?! Jakie korzyści?! Was będzie ścigać policja w całych Stanach, a ja nigdzie nie dostanę pracy do końca życia! To są twoim zdaniem te korzyści?! Po co to robicie?! - krzyknęłam. Nie odstałam odpowiedzi. Wszyscy milczeli. Nie mogłam uwierzyć w to wszystko. Czułam się jak w jakimś cholernym horrorze, w którym w ciągu kilku minut ginęli kolejni bohaterowie. Spojrzałam tylko na leżącego strażnika. Był cały w krwi. Nie mogłam na to dłużej patrzeć. Znów schowałam twarz między nogami.
***
Bunt wciąż trwał. Odłączono dostęp do wody. W bloku A robiło się coraz bardziej gorąco. Skwar był nie do zniesienia. W celi było jeszcze bardziej duszno ze względu na prześcieradło, które wisiało na kratach. Ograniczało dostęp do resztek świeżego powietrza. T-Bag siedział na przeciwko leżącego strażnika. Trzymał w ręku portfel, w którym starał się coś znaleźć. W końcu wyciągnął zdjęcie młodej dziewczyny w czerwonej sukience.
-Zostaw to! - krzyknął strażnik
-Nic nie możesz mi zrobić i dobrze o tym wiesz. - odparł spokojnie T-Bag. Przyglądał się uważnie zdjęciu, które trzymał w dłoni. - A może tak grzecznie odpowiesz mi kto to jest, co? - strażnik nie odpowiadał. - Pewnie twoja córcia, nieprawdaż? Tak, tak. Na pewno to twoja córcia. - na jego twarzy pojawił się ten szyderczy uśmiech, którego nie znosiłam. - Ładna jest, ale ty to wiesz. Ma już kogoś? Pewnie tak. Takie słonko jak ona na pewno juz kogoś ma...
-Zamknij się! - krzyknęłam pozwalając tym samym wyrwać się mojej złości. Ton jego głosu doprowadzał mnie do szału. T-Bag automatycznie zwrócił wzrok w moim kierunku.
-Nie prosiłem cię o to, byś wyraziła swoje zdanie.
-Nie obchodzi mnie to czy mi pozwalasz, czy nie! - krzyknęłam kolejny raz
-Przestań się wtrącać! - odparł i spojrzał na mnie wzrokiem „zabójcy”. Przeraziłam się. Chwyciłam poduszkę i się w nią wtuliłam. Marzyłam o tym by ten koszmar w końcu się skończył.
-Na czym to skończyliśmy... - zaczął T-Bag – Ach tak! Wiesz, co? Jak stąd wyjdę to złożę twojej córci niespodziewaną wizytę, a potem... Wiesz, co będzie potem? Potem się z nią zabawię. Będzie świetnie. - odparł i włożył zdjęcie dziewczyny do ust. Nie wytrzymałam i rzuciłam się na niego. Uderzyłam go kilka razy.
-Ty cholerny zboczeńcu! Nigdy stąd nie wyjdziesz, słyszysz?! Nigdy! - wykrzykiwałam. Linc chwycił mnie i odciągnął od T-Bag'a. Sucre starał się uspokoić sytuację.
-Już dobrze. - powtarzał Lincoln. Wtuliłam się w niego i pozwoliłam by moje łzy spokojnie spływały po policzkach. Kilka chwil później do celi wszedł Michael.
-Nicole.
-Mike! - powiedziałam i w pośpiechu przytuliłam sie od niego.
-Strażnicy już tu idą. Jak tylko wkroczą na blok odprowadzę cię do nich. - powiedział
-Mike, o co chodzi z tą ucieczką? Przecież wierz, że nie mogę wam pomóc. - odparłam
-O nic sie nie martw. Nic na tym nie ucierpisz, a my możemy tylko zyskać.
-Ale ja nie chce się w to mieszać!
-Skarbie, będzie dobrze. Uwierz mi. Jedyne co musisz zrobić to odwrócić uwagę swojej ciotki od sprawy Lincolna. - powiedział i spojrzał na mnie tym swoim „maślanym” wzrokiem.
-Nie rozumiem. - odparłam
-Zrozumiesz w swoim czasie. Chodź. Musimy już iść. - chwycił mnie za rękę i wyprowadził z celi. Na dole było okropnie. Strażnicy weszli na blok. Rzucali granatami dymnymi i gazem łzawiącym. Zbiegliśmy po schodach i zatrzymaliśmy się.
-Nie mogę iść dalej. Biegnij i nie zatrzymuj się. - powiedział i pocałował mnie. - Biegnij! - zrobiłam tak jak powiedział. Biegłam ile sił w nogach w stronę strażników. Nagle przede mną spadło martwe ciało strażnika. Tego, który był ze mną w celi Michaela. Spojrzałam w górę. T-Bag stał przy barierce z nożem w ręku. Jego koszulka była cała we krwi. Myślałam, że uda mi się go uratować ale było za późno. Miał kilka ran kłutych, w dodatku spadł z trzeciego balkonu, To około sześć metrów wysokości. Moje myśli skupiły się tylko na martwym strażniku. Chwilę później poczułam jak ktoś odciąga mnie w stronę wyjścia...
***
-W porządku? - usłyszałam. To był Pope. Stał przy mnie, kiedy ja patrzyłam na budynek Fox River. Nie pamiętałam nawet jak się stamtąd wydostałam. Może to nawet lepiej. Chciałam zapomnieć o wszystkim co mi sie dzisiaj przytrafiło.
-Panno Smith? - powtórzył
-Tak, wszystko w porządku. Dziękuję! - odparłam – Henry, wiesz coś na temat tego nowego strażnika? - zapytałam. Wiedziałam, że nie żyje, ale wciąż miałam nadzieję, że to tylko zły sen, że wszystko sobie wyobraziłam.
-Niestety został zabity. Miał dwie rany kłute i był pobity. W dodatku spadł ze znacznej wysokości. - powiedział. Po moich policzkach znów zaczęły spływać łzy. Nie wiedziałam czemu czułam się winna temu, co przytrafiło się Troy'owi.
-Nicole, to nie twoja wina. Widać tak musiało być i nie powinnaś winić się za jego śmierć. To prawdziwy cud, że tobie nic sie nie stało. - starał się mnie pocieszyć.
-Mogę wziąć sobie wolne do końca dnia? Chcę pojechać do domu, wziąć zimny prysznic...
-Oczywiście. Jedź do domu i odpocznij. Nie myśl już o tym więcej. - odpowiedział i poszedł w stronę budynku...
-Nie, proszę nie rób tego! Nie chcę tam iść! Nie mogę! Błagam, pozwól mi pójść do wyjścia! - krzyczałam zrozpaczona. Łzy płynęły z moich oczu strumieniami. Nie miałam siły, żeby się wyrwać. Szłam razem z Johnem choć nie chciałam. Ciągnął mnie w stronę celi Michaela. Bałam się. Bałam się tych wszystkich więźniów, którzy teraz nie zwracali uwagi na to czy dostaną karę za swoje czyny. John zapewniał mnie, że tam będę najbezpieczniejsza, że żadna bestia mnie nawet nie dotknie, ale przecież więźniów było ponad czterystu, a on sam jeden nie licząc „wspaniałej trójki”. Nie wiedziałam jeszcze o całym planie Mike'a...
***
Cała zapłakana usiadłam na łóżku. Obok leżał pobity strażnik. Skojarzyłam, że był nowy. Dopiero przyjęli go do pracy, a już miał poważne kłopoty. Skuliłam się i schowałam głowę w kolanach. Celi pilnowali John, Lincoln i T-Bag. Próbowałam choć przez chwilę nie myśleć o tym co się dzieje. Strach mnie paraliżował. Linc usiadł obok mojej skulonej sylwetki i położył swoją dłoń na moim ramieniu.
-Nie bój się. Zobaczysz, że wszystko się ułoży. Jesteś tu bezpieczna. Nie płacz już... - powiedział
-Po co mnie tu przyciągnęliście?! Do czego jestem wam potrzebna?! - wykrzykiwałam
-Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Uspokój się.
-Jak mam sie uspokoić wiedząc, że otacza mnie tłum wściekłych więźniów?! Gdzie jest Michael? - wciąż pytałam
-Poszedł ratować lekarkę. Ona nie miała tyle szczęścia co ty. - odparł Linc.
-Powinnaś mi za to dziękować. - wtrącił John
-Co to znaczy „nie miała tyle szczęścia co ja”? - zapytałam zdezorientowana
-Więźniowie ją otoczyli. Jest zamknięta w jednym z gabinetów. Odcięli ją od świata. Chcą się do niej dobrać. Sucre pokazał Mike'owi obraz z jednej z kamer na oddziale medycznym.
-Ale... Ale jak ma zamiar ją uratować skoro sam powiedziałeś, że Sara jest otoczona? Nie rozumiem. - odparłam. W tym samym czasie umywalka przy ścianie odsunęła się, a z dużej dziury w ścianie wyszedł Sucre.
-Nicole, posłuchaj... - zaczął Linc. Teraz wszystko zrozumiałam. Wiedziałam po co mnie tu przyciągnęli.
-Nie, Linc! To ty posłuchaj! Nie wrobicie mnie w tą ucieczkę! Nie chcę mieć z tym nic wspólnego! - mówiłam.
-Jesteś nam potrzebna. Proszę, musisz się zgodzić.
-Nie! Nie pomogę wam! To chore! Nie, nie, nie... Nie chcę i nie mogę! - powtarzałam.
-Nicole, pomyśl. Będą z tego same korzyści. - wtrącił Sucre
-Korzyści?! Jakie korzyści?! Was będzie ścigać policja w całych Stanach, a ja nigdzie nie dostanę pracy do końca życia! To są twoim zdaniem te korzyści?! Po co to robicie?! - krzyknęłam. Nie odstałam odpowiedzi. Wszyscy milczeli. Nie mogłam uwierzyć w to wszystko. Czułam się jak w jakimś cholernym horrorze, w którym w ciągu kilku minut ginęli kolejni bohaterowie. Spojrzałam tylko na leżącego strażnika. Był cały w krwi. Nie mogłam na to dłużej patrzeć. Znów schowałam twarz między nogami.
***
Bunt wciąż trwał. Odłączono dostęp do wody. W bloku A robiło się coraz bardziej gorąco. Skwar był nie do zniesienia. W celi było jeszcze bardziej duszno ze względu na prześcieradło, które wisiało na kratach. Ograniczało dostęp do resztek świeżego powietrza. T-Bag siedział na przeciwko leżącego strażnika. Trzymał w ręku portfel, w którym starał się coś znaleźć. W końcu wyciągnął zdjęcie młodej dziewczyny w czerwonej sukience.
-Zostaw to! - krzyknął strażnik
-Nic nie możesz mi zrobić i dobrze o tym wiesz. - odparł spokojnie T-Bag. Przyglądał się uważnie zdjęciu, które trzymał w dłoni. - A może tak grzecznie odpowiesz mi kto to jest, co? - strażnik nie odpowiadał. - Pewnie twoja córcia, nieprawdaż? Tak, tak. Na pewno to twoja córcia. - na jego twarzy pojawił się ten szyderczy uśmiech, którego nie znosiłam. - Ładna jest, ale ty to wiesz. Ma już kogoś? Pewnie tak. Takie słonko jak ona na pewno juz kogoś ma...
-Zamknij się! - krzyknęłam pozwalając tym samym wyrwać się mojej złości. Ton jego głosu doprowadzał mnie do szału. T-Bag automatycznie zwrócił wzrok w moim kierunku.
-Nie prosiłem cię o to, byś wyraziła swoje zdanie.
-Nie obchodzi mnie to czy mi pozwalasz, czy nie! - krzyknęłam kolejny raz
-Przestań się wtrącać! - odparł i spojrzał na mnie wzrokiem „zabójcy”. Przeraziłam się. Chwyciłam poduszkę i się w nią wtuliłam. Marzyłam o tym by ten koszmar w końcu się skończył.
-Na czym to skończyliśmy... - zaczął T-Bag – Ach tak! Wiesz, co? Jak stąd wyjdę to złożę twojej córci niespodziewaną wizytę, a potem... Wiesz, co będzie potem? Potem się z nią zabawię. Będzie świetnie. - odparł i włożył zdjęcie dziewczyny do ust. Nie wytrzymałam i rzuciłam się na niego. Uderzyłam go kilka razy.
-Ty cholerny zboczeńcu! Nigdy stąd nie wyjdziesz, słyszysz?! Nigdy! - wykrzykiwałam. Linc chwycił mnie i odciągnął od T-Bag'a. Sucre starał się uspokoić sytuację.
-Już dobrze. - powtarzał Lincoln. Wtuliłam się w niego i pozwoliłam by moje łzy spokojnie spływały po policzkach. Kilka chwil później do celi wszedł Michael.
-Nicole.
-Mike! - powiedziałam i w pośpiechu przytuliłam sie od niego.
-Strażnicy już tu idą. Jak tylko wkroczą na blok odprowadzę cię do nich. - powiedział
-Mike, o co chodzi z tą ucieczką? Przecież wierz, że nie mogę wam pomóc. - odparłam
-O nic sie nie martw. Nic na tym nie ucierpisz, a my możemy tylko zyskać.
-Ale ja nie chce się w to mieszać!
-Skarbie, będzie dobrze. Uwierz mi. Jedyne co musisz zrobić to odwrócić uwagę swojej ciotki od sprawy Lincolna. - powiedział i spojrzał na mnie tym swoim „maślanym” wzrokiem.
-Nie rozumiem. - odparłam
-Zrozumiesz w swoim czasie. Chodź. Musimy już iść. - chwycił mnie za rękę i wyprowadził z celi. Na dole było okropnie. Strażnicy weszli na blok. Rzucali granatami dymnymi i gazem łzawiącym. Zbiegliśmy po schodach i zatrzymaliśmy się.
-Nie mogę iść dalej. Biegnij i nie zatrzymuj się. - powiedział i pocałował mnie. - Biegnij! - zrobiłam tak jak powiedział. Biegłam ile sił w nogach w stronę strażników. Nagle przede mną spadło martwe ciało strażnika. Tego, który był ze mną w celi Michaela. Spojrzałam w górę. T-Bag stał przy barierce z nożem w ręku. Jego koszulka była cała we krwi. Myślałam, że uda mi się go uratować ale było za późno. Miał kilka ran kłutych, w dodatku spadł z trzeciego balkonu, To około sześć metrów wysokości. Moje myśli skupiły się tylko na martwym strażniku. Chwilę później poczułam jak ktoś odciąga mnie w stronę wyjścia...
***
-W porządku? - usłyszałam. To był Pope. Stał przy mnie, kiedy ja patrzyłam na budynek Fox River. Nie pamiętałam nawet jak się stamtąd wydostałam. Może to nawet lepiej. Chciałam zapomnieć o wszystkim co mi sie dzisiaj przytrafiło.
-Panno Smith? - powtórzył
-Tak, wszystko w porządku. Dziękuję! - odparłam – Henry, wiesz coś na temat tego nowego strażnika? - zapytałam. Wiedziałam, że nie żyje, ale wciąż miałam nadzieję, że to tylko zły sen, że wszystko sobie wyobraziłam.
-Niestety został zabity. Miał dwie rany kłute i był pobity. W dodatku spadł ze znacznej wysokości. - powiedział. Po moich policzkach znów zaczęły spływać łzy. Nie wiedziałam czemu czułam się winna temu, co przytrafiło się Troy'owi.
-Nicole, to nie twoja wina. Widać tak musiało być i nie powinnaś winić się za jego śmierć. To prawdziwy cud, że tobie nic sie nie stało. - starał się mnie pocieszyć.
-Mogę wziąć sobie wolne do końca dnia? Chcę pojechać do domu, wziąć zimny prysznic...
-Oczywiście. Jedź do domu i odpocznij. Nie myśl już o tym więcej. - odpowiedział i poszedł w stronę budynku...
John Abruzzi
Super xD i ta scena T-Baga ze zdjęciem^^
Michael Scofield
T-bag ze zdjęciem ..mocna rzecz ... naprawde swietne opowidanie z wmiszanymi emelantami oryginalnej fabuły 
Świeżak
Posty: 19
Rejestracja: 2008-02-19, 18:45
Przepraszam bardzo was wszystkich, ale jakoś zwyczajnie mi ta część nie wyszła. Mam nadzieję, że zbytnio was nią nie zanudzę. Pozdrawiam
-Nie możesz tak po prostu zrezygnować. Zapomniałaś już o czym rozmawialiśmy kilka dni temu? Za dużo wiemy i musimy to teraz zakończyć! - wciąż powtarzał głos w słuchawce telefonu. Od dwudziestu minut rozmawiałam z Ryanem. Próbował mi przetłumaczyć, że chcę podjąć złą decyzję.
-Zrozum, że nie mogę. Nie potrafię. Nie po tym wszystkim co się już wydarzyło.
-Zbyt dużo wiemy, żeby zaprzestać, Nicole. Caroline podejrzewa, że coś przed nią ukrywamy. Musimy to zakończyć, zrozum! - powtarzał - Za góra trzydzieści minut będę u ciebie w domu. Porozmawiamy na spokojnie. Cześć!
***
-Proszę, wejdź! - powiedziałam otwierając drzwi. Ryan wszedł do środka, zdjął kurtkę i usiadł na kanapie. - Napijesz się czegoś? - kontynuowałam
-Wody, jeśli mogę prosić. - odparł
-Jasne! - powiedziałam i udałam się do kuchni. Otworzyłam lodówkę, z której wyjęłam butelkę schłodzonej wody i nalałam trochę do szklanki.
-Proszę! - powiedziałam stawiając szklankę na stole. Usiadłam obok brata z nadzieją, że nie zacznie tego tematu na nowo.
-Nie możesz zrezygnować! Nie po tym wszystkim... - zaczął
-Właśnie po tym wszystkim chcę to wreszcie zakończyć! - krzyknęłam przerywając mu w pół zdania. - Zbyt dużo już przeszłam, zęby pchać się w nowe kłopoty.
-Zapomniałaś już? - padło pytanie z jego ust
-O czym?
-Nie tak dawno twierdziłaś, że pomożesz Michael'owi i Lincolnowi, a teraz rezygnujesz? Uważasz, że to co robi Caroline jest słuszne? Doszła do władzy „po trupach” w jak najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa. - mówił, uważnie przyglądając się reakcjom mojego ciała. Wciąż w głowie miałam chwilę kiedy trafiłam do celi Scofielda i kiedy ciało Troy'a spadło przed moimi oczami na ziemię. Ciężko było myśleć o czymś innym w takiej sytuacji. Widziałam zbyt wiele. Bałam się konfrontacji z Caroline. Bałam się jej reakcji kiedy o wszystkim się dowie... kiedy dowie się o tym co już wiem.
-Nicole, mówię do ciebie! W ogóle mnie nie słuchasz! - wtrącił Ryan, przerywając tym samym moje myśli.
-Przepraszam, ale ja po prostu nie jestem zdolna do jakiegokolwiek trzeźwego myślenia w tej sprawie. - odparłam
-To zdążyłem już zauważyć. - wtrącił – Musisz wziąć się w garść. Nie możesz dobijać się złymi myślami. Razem uda nam się zdemaskować Caroline, uda nam się uratować Scofielda i jego brata. Wszystko się jakoś ułoży, tylko po prostu musisz w to uwierzyć. - powiedział kładąc swoja dłoń na mojej dłoni. Spojrzałam mu w oczy. Były wypełnione ciepłem, miłością i troską. Kochałam go najbardziej na świecie. W końcu to mój brat. To on był zawsze przy mnie kiedy najbardziej potrzebowałam czyjejś obecności, kiedy potrzebowałam czyjegoś wsparcia. Wstałam z kanapy i zaczęłam przechadzać się po salonie. W mieszkaniu zapadła cisza. Próbowałam się skupić, choć nie było to łatwe.
-Dobra, zrobię to! - powiedziałam donośnym głosem po dziesięciu minutach ciszy.
-Mądra dziewczynka!- odparł Ryan podnosząc się z kanapy. Chwilę później staliśmy na środku pokoju przytuleni do siebie. - Nie bój się. - zaczął – Nie zostawię cię teraz samej. Zrobimy to razem. - powtarzał
-Jaki mamy plan? - zapytałam – Jakiś musimy mieć.
-Kampania Pani Reynolds jest najdroższą kampanią w dziejach historii amerykańskiego rządu. Według statystyków, Pani Reynolds z tak drogą kampanią ma bardzo duże szanse na wygranie wyborów. - rozległ się komunikat w telewizorze, który przerwał naszą rozmowę. Oboje spojrzeliśmy na siebie, a potem na ekran telewizora.
-To jest nasz plan. - powiedział Ryan po kilku minutach ciszy.
-Chcesz przeszkodzić jej w kampanii? - zapytałam z przerażeniem w głosie
-Nie... - odparł siadając pewnie na kanapie – Wykorzystamy jej nieobecność w biurze i dowiemy się skąd miała pieniądze na tak drogą kampanię wyborczą.
-Oszalałeś?! - krzyknęłam – Co ty myślisz, że biuro będzie zupełnie puste?!
-Uspokój się! - rzucił Ryan – Wszyscy będą na jej wygłoszeniu. W biurze będą tylko ochroniarze. Nikt więcej. Nicole, to dla nas ogromna szansa. Musimy dowiedzieć się czegoś więcej o sprawie Lincolna.
-To samobójstwo, Ryan. - rzuciłam zdenerwowana. Pchanie się do biura wypełnionego ochroniarzami było jak ciemna otchłań, która nie miała końca.
-Wiem, ale nie mamy wyboru. Za dwadzieścia minut zacznie się przemówienie. Tyle mamy na dojechania do biura i zajęcie się całą resztą...
***
-Zagadam ochroniarzy przed drzwiami, a ty zajmij się całą resztą. - powiedział Ryan patrząc w stronę dwóch wysokich i dobrze zbudowanych mężczyzn.
-Jesteś pewny? - zapytałam niepewnie. Bałam się, że nas złapią.
-Idź! - rzucił. Podeszłam wolnym krokiem do drzwi. Ryan zagadał obydwu ochroniarzy. Udawał, że zepsuł mu się samochód. Ukradkiem weszłam do budynku. Wiedziałam, że w środku jest jeszcze kilku osiłków, z którymi będę musiała sama sobie poradzić
Na pewno dwóch stoi przed drzwiami do jej biura... - pomyślałam. Poszłam schodami na czwarte piętro. Nie chciałam jechać windą, bo narobiłabym za dużo hałasu. Ku mojemu zaskoczeniu przed drzwiami do biura stał tylko jeden ochroniarz. Schowałam sie za rogiem i myślałam nad tym w jaki sposób odwrócić jego uwagę. Rozejrzałam się po korytarzu. Nic nie przychodziło mi do głowy. W rogu zauważyłam mały wazon z kwiatami stojący na szklanym stoliku. Po cichu chwyciłam go i rzuciłam nim w przeciwną ścianę. Wazonik rozbił się robiąc tym samym znaczący hałas. Ochroniarz podbiegł do szkła leżącego na ziemi i starał się zrozumieć jak do tego doszło. Natychmiast wykorzystałam sytuację i po cichu wślizgnęłam się do gabinetu mojej ciotki. Serce waliło mi jak oszalałe, ale teraz było za późno by móc się wycofać. Podeszłam do biurka i rozpoczęłam poszukiwanie jakiegokolwiek dowodu w sprawie Burrows'a. Była tam cała masa nic nieznaczących kwitków i bezwartościowych papierów. Nie było nic, co by mnie interesowało. Zajrzałam do szuflady. Tam również było pełno papierów. Wyciągnęłam je i zaczęłam przeglądać.
-Nic... - myślała kiedy na dnie szuflady zauważyłam pożółkłą teczkę. Nie była oznakowana. Od razu wzbudziła moje podejrzenia. Wyjęłam ją i otworzyłam. W środku było około dwudziestu kartek z wykresami i rozpiską przelewów z banku. Sumy były ogromne. Najmniejszą kwotą jaką udało mi się dostrzec było dwieście tysięcy dolarów. Na ostatniej stronie zamieszczona była nazwa banku i człowieka, który zajmował się przelewami.
-To nie możliwe! - wykrzykiwałam w myślach. Chwilę później usłyszałam kroki kilku ochroniarzy. Wrzuciłam wszystkie papiery na swoje miejsce i ukradkiem uciekłam z biura...
***
-Od godziny próbuję się czegoś od ciebie dowiedzieć, ale ty nic nie chcesz powiedzieć. Nicole, powiesz mi w końcu czy czegoś się dowiedziałaś? - wypytywał Ryan. - Znalazłaś coś, co udowodni niewinność Burrows'a?
-Nie. - odparłam
-Czegoś musiałaś się dowiedzieć, inaczej od razu byś mi powiedziała.
-Posłuchaj. - zaczęłam – Nie wiem co ona kombinuje i jaki ma w tym cel, ale wiem jedno. W jej gabinecie znalazłam teczkę z papierami, na których była rozpiska przelewów bankowych... - przerwałam i wzięłam głęboki oddech – Caroline wpłacała okrągłe tysiące do banków Terrence'a, tam pieniądze przechodziły przez miliony kont za granicą, aż w końcu powracały do niej w postaci pieniędzy na kampanię wyborczą. Za każdym razem suma pieniędzy, którą dostawała była dwa razy większa od tej, którą wcześniej wpłaciła na konto. - powiedziałam i wstałam z kanapy. Chwyciłam szklankę wody stojącą na stoliku i wzięłam małego łyczka chłodnego napoju.
-Nicole, to nie te pieniądze cię martwią, prawda? Jest coś jeszcze? - zapytał Ryan patrząc na mnie uważnie
-Właściwie nic ważnego, ale te pieniądze... - przerwałam i zamilkłam na krótką chwilę
-Co? Co się stało z tymi pieniędzmi, Nicole? - wciąż pytał
-Te pieniądze na konta wpłacał Paul... - powiedziałam i poszłam do swojej sypialni. Położyłam się na łóżku i zaczęłam płakać. Czułam się jak zabawka, którą wykorzystano i wyrzucono na śmietnik. Paul mnie oszukał. Zawsze powtarzał, że nie ma nic wspólnego z brudami jakie popełnia Caroline. Najbliższa osoba memu sercu mnie zdradziła. Teraz byłam pewna tylko jednego. Dowiem się, co chcą zyskać na uśmierceniu Lincolna, po co Caroline podwajała swoje pieniądze i dlaczego wszyscy twierdzą, że Terrence nie żyje. Tego dnia poprzysięgłam sobie, że pomogę Michael'owi w realizacji jego planu ucieczki...
-Nie możesz tak po prostu zrezygnować. Zapomniałaś już o czym rozmawialiśmy kilka dni temu? Za dużo wiemy i musimy to teraz zakończyć! - wciąż powtarzał głos w słuchawce telefonu. Od dwudziestu minut rozmawiałam z Ryanem. Próbował mi przetłumaczyć, że chcę podjąć złą decyzję.
-Zrozum, że nie mogę. Nie potrafię. Nie po tym wszystkim co się już wydarzyło.
-Zbyt dużo wiemy, żeby zaprzestać, Nicole. Caroline podejrzewa, że coś przed nią ukrywamy. Musimy to zakończyć, zrozum! - powtarzał - Za góra trzydzieści minut będę u ciebie w domu. Porozmawiamy na spokojnie. Cześć!
***
-Proszę, wejdź! - powiedziałam otwierając drzwi. Ryan wszedł do środka, zdjął kurtkę i usiadł na kanapie. - Napijesz się czegoś? - kontynuowałam
-Wody, jeśli mogę prosić. - odparł
-Jasne! - powiedziałam i udałam się do kuchni. Otworzyłam lodówkę, z której wyjęłam butelkę schłodzonej wody i nalałam trochę do szklanki.
-Proszę! - powiedziałam stawiając szklankę na stole. Usiadłam obok brata z nadzieją, że nie zacznie tego tematu na nowo.
-Nie możesz zrezygnować! Nie po tym wszystkim... - zaczął
-Właśnie po tym wszystkim chcę to wreszcie zakończyć! - krzyknęłam przerywając mu w pół zdania. - Zbyt dużo już przeszłam, zęby pchać się w nowe kłopoty.
-Zapomniałaś już? - padło pytanie z jego ust
-O czym?
-Nie tak dawno twierdziłaś, że pomożesz Michael'owi i Lincolnowi, a teraz rezygnujesz? Uważasz, że to co robi Caroline jest słuszne? Doszła do władzy „po trupach” w jak najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa. - mówił, uważnie przyglądając się reakcjom mojego ciała. Wciąż w głowie miałam chwilę kiedy trafiłam do celi Scofielda i kiedy ciało Troy'a spadło przed moimi oczami na ziemię. Ciężko było myśleć o czymś innym w takiej sytuacji. Widziałam zbyt wiele. Bałam się konfrontacji z Caroline. Bałam się jej reakcji kiedy o wszystkim się dowie... kiedy dowie się o tym co już wiem.
-Nicole, mówię do ciebie! W ogóle mnie nie słuchasz! - wtrącił Ryan, przerywając tym samym moje myśli.
-Przepraszam, ale ja po prostu nie jestem zdolna do jakiegokolwiek trzeźwego myślenia w tej sprawie. - odparłam
-To zdążyłem już zauważyć. - wtrącił – Musisz wziąć się w garść. Nie możesz dobijać się złymi myślami. Razem uda nam się zdemaskować Caroline, uda nam się uratować Scofielda i jego brata. Wszystko się jakoś ułoży, tylko po prostu musisz w to uwierzyć. - powiedział kładąc swoja dłoń na mojej dłoni. Spojrzałam mu w oczy. Były wypełnione ciepłem, miłością i troską. Kochałam go najbardziej na świecie. W końcu to mój brat. To on był zawsze przy mnie kiedy najbardziej potrzebowałam czyjejś obecności, kiedy potrzebowałam czyjegoś wsparcia. Wstałam z kanapy i zaczęłam przechadzać się po salonie. W mieszkaniu zapadła cisza. Próbowałam się skupić, choć nie było to łatwe.
-Dobra, zrobię to! - powiedziałam donośnym głosem po dziesięciu minutach ciszy.
-Mądra dziewczynka!- odparł Ryan podnosząc się z kanapy. Chwilę później staliśmy na środku pokoju przytuleni do siebie. - Nie bój się. - zaczął – Nie zostawię cię teraz samej. Zrobimy to razem. - powtarzał
-Jaki mamy plan? - zapytałam – Jakiś musimy mieć.
-Kampania Pani Reynolds jest najdroższą kampanią w dziejach historii amerykańskiego rządu. Według statystyków, Pani Reynolds z tak drogą kampanią ma bardzo duże szanse na wygranie wyborów. - rozległ się komunikat w telewizorze, który przerwał naszą rozmowę. Oboje spojrzeliśmy na siebie, a potem na ekran telewizora.
-To jest nasz plan. - powiedział Ryan po kilku minutach ciszy.
-Chcesz przeszkodzić jej w kampanii? - zapytałam z przerażeniem w głosie
-Nie... - odparł siadając pewnie na kanapie – Wykorzystamy jej nieobecność w biurze i dowiemy się skąd miała pieniądze na tak drogą kampanię wyborczą.
-Oszalałeś?! - krzyknęłam – Co ty myślisz, że biuro będzie zupełnie puste?!
-Uspokój się! - rzucił Ryan – Wszyscy będą na jej wygłoszeniu. W biurze będą tylko ochroniarze. Nikt więcej. Nicole, to dla nas ogromna szansa. Musimy dowiedzieć się czegoś więcej o sprawie Lincolna.
-To samobójstwo, Ryan. - rzuciłam zdenerwowana. Pchanie się do biura wypełnionego ochroniarzami było jak ciemna otchłań, która nie miała końca.
-Wiem, ale nie mamy wyboru. Za dwadzieścia minut zacznie się przemówienie. Tyle mamy na dojechania do biura i zajęcie się całą resztą...
***
-Zagadam ochroniarzy przed drzwiami, a ty zajmij się całą resztą. - powiedział Ryan patrząc w stronę dwóch wysokich i dobrze zbudowanych mężczyzn.
-Jesteś pewny? - zapytałam niepewnie. Bałam się, że nas złapią.
-Idź! - rzucił. Podeszłam wolnym krokiem do drzwi. Ryan zagadał obydwu ochroniarzy. Udawał, że zepsuł mu się samochód. Ukradkiem weszłam do budynku. Wiedziałam, że w środku jest jeszcze kilku osiłków, z którymi będę musiała sama sobie poradzić
Na pewno dwóch stoi przed drzwiami do jej biura... - pomyślałam. Poszłam schodami na czwarte piętro. Nie chciałam jechać windą, bo narobiłabym za dużo hałasu. Ku mojemu zaskoczeniu przed drzwiami do biura stał tylko jeden ochroniarz. Schowałam sie za rogiem i myślałam nad tym w jaki sposób odwrócić jego uwagę. Rozejrzałam się po korytarzu. Nic nie przychodziło mi do głowy. W rogu zauważyłam mały wazon z kwiatami stojący na szklanym stoliku. Po cichu chwyciłam go i rzuciłam nim w przeciwną ścianę. Wazonik rozbił się robiąc tym samym znaczący hałas. Ochroniarz podbiegł do szkła leżącego na ziemi i starał się zrozumieć jak do tego doszło. Natychmiast wykorzystałam sytuację i po cichu wślizgnęłam się do gabinetu mojej ciotki. Serce waliło mi jak oszalałe, ale teraz było za późno by móc się wycofać. Podeszłam do biurka i rozpoczęłam poszukiwanie jakiegokolwiek dowodu w sprawie Burrows'a. Była tam cała masa nic nieznaczących kwitków i bezwartościowych papierów. Nie było nic, co by mnie interesowało. Zajrzałam do szuflady. Tam również było pełno papierów. Wyciągnęłam je i zaczęłam przeglądać.
-Nic... - myślała kiedy na dnie szuflady zauważyłam pożółkłą teczkę. Nie była oznakowana. Od razu wzbudziła moje podejrzenia. Wyjęłam ją i otworzyłam. W środku było około dwudziestu kartek z wykresami i rozpiską przelewów z banku. Sumy były ogromne. Najmniejszą kwotą jaką udało mi się dostrzec było dwieście tysięcy dolarów. Na ostatniej stronie zamieszczona była nazwa banku i człowieka, który zajmował się przelewami.
-To nie możliwe! - wykrzykiwałam w myślach. Chwilę później usłyszałam kroki kilku ochroniarzy. Wrzuciłam wszystkie papiery na swoje miejsce i ukradkiem uciekłam z biura...
***
-Od godziny próbuję się czegoś od ciebie dowiedzieć, ale ty nic nie chcesz powiedzieć. Nicole, powiesz mi w końcu czy czegoś się dowiedziałaś? - wypytywał Ryan. - Znalazłaś coś, co udowodni niewinność Burrows'a?
-Nie. - odparłam
-Czegoś musiałaś się dowiedzieć, inaczej od razu byś mi powiedziała.
-Posłuchaj. - zaczęłam – Nie wiem co ona kombinuje i jaki ma w tym cel, ale wiem jedno. W jej gabinecie znalazłam teczkę z papierami, na których była rozpiska przelewów bankowych... - przerwałam i wzięłam głęboki oddech – Caroline wpłacała okrągłe tysiące do banków Terrence'a, tam pieniądze przechodziły przez miliony kont za granicą, aż w końcu powracały do niej w postaci pieniędzy na kampanię wyborczą. Za każdym razem suma pieniędzy, którą dostawała była dwa razy większa od tej, którą wcześniej wpłaciła na konto. - powiedziałam i wstałam z kanapy. Chwyciłam szklankę wody stojącą na stoliku i wzięłam małego łyczka chłodnego napoju.
-Nicole, to nie te pieniądze cię martwią, prawda? Jest coś jeszcze? - zapytał Ryan patrząc na mnie uważnie
-Właściwie nic ważnego, ale te pieniądze... - przerwałam i zamilkłam na krótką chwilę
-Co? Co się stało z tymi pieniędzmi, Nicole? - wciąż pytał
-Te pieniądze na konta wpłacał Paul... - powiedziałam i poszłam do swojej sypialni. Położyłam się na łóżku i zaczęłam płakać. Czułam się jak zabawka, którą wykorzystano i wyrzucono na śmietnik. Paul mnie oszukał. Zawsze powtarzał, że nie ma nic wspólnego z brudami jakie popełnia Caroline. Najbliższa osoba memu sercu mnie zdradziła. Teraz byłam pewna tylko jednego. Dowiem się, co chcą zyskać na uśmierceniu Lincolna, po co Caroline podwajała swoje pieniądze i dlaczego wszyscy twierdzą, że Terrence nie żyje. Tego dnia poprzysięgłam sobie, że pomogę Michael'owi w realizacji jego planu ucieczki...
John Abruzzi
fajny odcinek xD i w to wszystko zamieszany Paul...
Michael Scofield
cudowny odcinek..szkoda że Paul okazał sie w to wmieszany 