Epizod 16
Wszyscy patrzyli na siebie niepewnie.
- musimy ruszać. I tak mieliśmy wyjechać dziś wieczorem. Parę godzin nie zrobi różnicy - powiedział Mike i otworzył drzwi - wsiadajcie już.
Wpakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w dalsza drogę. Zanim wyjechaliśmy z lasu słychać już było syreny policyjne.
- pewnie przeszukują brzeg. Mieliśmy szczęście - rzucił Linc
- zanim wyjedziesz na drogę najpierw sie rozejrzyj czy nie ma nikogo w pobliżu - rzucił Abruzzi
- przecież wiem! - Krzyknął Linc
Wszyscy byli podenerwowani. Nikt więcej już się nie odzywał. Nikt nie chciał albo się bał, że zostanie ochrzaniony za zakłócanie tak zbawiennej ciszy.
Na drodze o dziwo było pusto. Żadnej policji. Nikogo.
- nie podoba mi się to...- rzucił Michael
- co ci się znowu nie podoba? To, że mamy wolną drogę? Człowieku wyluzuj - oburzył się Linc
- a tak w ogóle to gdzie jedziemy? - Rzucił, LJ, który do tej pory siedział cicho
- do Utah...- szepnął Michael
Jechaliśmy tak dość długo zanim minęliśmy granicę między stanami Illinois a Iowa. Dałabym sobie rękę uciąc, że do miasta w którym poznałam Jamesa tez było blisko.
- Mike włącz radio. Nudno tu trochę - rzuciłam
Michael posłusznie wcisnął "on". Z głośników poleciała jakaś smętna muzyka.
- o matko...jeszcze gorzej...czy ktoś umarł, że takie smęty lecą?
Po chwili spikerka przerwała, co obudziło we mnie nadzieję na lepsze czasy.
"Przerywamy gdyż otrzymaliśmy informację, że niejaki Theodore "T-Bag" Bagwell został zatrzymany przez policję na granicy stanów Nebraska i Colorado jednak udało mu sie uciec. Jak dotąd nikogo z "cudownej ósemki" jak nazywają ich dziennikarze nie udało się zatrzymać i osadzić w więzieniu. Agent Mahone, który podąża śladem zbiegów mówi: "Ich wycieczka się niedługo skończy i przestaną być tą cudowną ósemką. Mogę to państwu obiecać" To tyle z ważniejszych informacji. Reszta za pół godziny"
Byłam w szoku...Uciekł im...uciekł...
- jasna cholera...JASNA CHOLERA GDZIE ON SIĘ DOWIEDZIAŁ?! - krzyczał wściekły Mike
Wyjął mapę i zaczął sprawdzać. Linc sie nie odzywał. Wjechaliśmy na jakiś prowizoryczny most, który ledwo trzymał sie kupy.
- może ta szuja posłyszała - rzucił Abruzzi i momentalnie dostał butelką coli w głowę
- uważaj se makaroniarzu - rzuciłam z wściekłością - widzisz braciszku - położyłam Michael'owi rękę na ramieniu - Teddy jest sprytniejszy niż myślałeś - dodałam z wyraźnym zadowoleniem
- nie prowokuj mnie! - wrzasnął Michael, obracając sie do mnie
- Mike usiądź normalnie - powiedział Linc - MIKE SIADAJ!!!
- LINC UWAŻAJ! - zdarzyłam krzyknąć
Czarne BMW uderzył w nas z całej siły. Drzwi od mojej strony nie były zamknięte a w chwili uderzenia odrzuciło mnie w bok, oparłam się o nie dość mocno. Otworzyły się i wyleciałam z samochodu i wpadłam prosto do rzeki. Oszołomiona tym wszystkich z ledwością utrzymywałam sie na wodzie. Nagle usłyszałam strzały i pisk odjeżdżających samochodów. Wyczołgałam sie w końcu na brzeg i próbowałam złapać chociaż trochę tak zbawiennego powietrza.
W głowie miałam mętlik. Mike, Linc...Tylko te dwa imiona przewijały mi się przez głowę jak zacięta taśma filmowa. Wdrapałam sie po dość stromej skarpie i ujrzałam przerażający widok. John leżał w kałuży krwi. Nie żył. Nie miałam odwagi podejść do niego. Oczy zapełniły mi się łzami. Rozejrzałam sie dookoła. Zostawili mnie. Samą. Obok ciała Abruzziego dostrzegłam komórkę Linca. Podbiegłam i podniosłam ją z ziemi. Mój wzrok sam skierował się na martwą twarz Johna. Przyklęknęłam, zamknęłam mu oczy, którymi jak mi się przez chwilę wydawało nadal obserwuje świat i wyszeptałam
- dziękuje Ci za to, że byłeś.
Zerwałam medalik, który kiedyś dostałam i wsunęłam mu w dłoń. Z tej chwili zadumy wyrwał mnie odgłos syren, które słyszałam z oddali. Schowałam telefon do kieszeni i pobiegłam w stronę pięknego, złocistego pola. Po dłuższej chwili doszłam do asfaltowej drogi. Nie zauważyłam budki telefonicznej. TEJ budki telefonicznej. Usiadłam przy drodze, schyliłam głowę i znów zaczęłam płakać.
- a może to przeznaczenie? - powiedział dziarski głos
Podniosłam głowę. Twarz zapłakana, na czole zaschnięta krew od uderzenia. James.
- o mój Boże...-wyszeptał - co ci się stało?
- zabierz mnie do domu proszę Cię...- wyszeptałam
- dasz rade sama wstać?
- nie jest ze mną tak źle...w końcu sama tu doszłam.
Otworzył drzwi do samochodu i pomógł wsiąść. Zapadłam się z rozkoszą w miękki fotel. Spuściłam głowę i powstrzymywałam potok łez. James włączył radio. Niepotrzebnie.
"Najświeższe wiadomości dotyczące cudownej jak dotąd Ósemki. Jeden z uciekinierów niejaki John Abruzzi..."
Na dźwięk jego nazwiska wybuchnęłam przeraźliwym rykiem bólu i cierpienia
"...szef mafii został zastrzelony dziś w godzinach popołudniowych. Pozostałym więźniom, którzy z nim przebywali w tym momencie niestety udało się uciec"
James spojrzał na mnie tak jakby wiedział, co czuję.
- na tym zdjęciu, które dostałem od szeryfa nie byłaś ani trochę podobna - uśmiechnął się próbując mnie pocieszyć w jakikolwiek sposób. Chwycił mnie za rękę, na której były jeszcze ślady krwi i wyszeptał
- przykro mi, naprawdę, ale poradzimy sobie ze wszystkim zobaczysz.
Odpalił samochód i ruszyliśmy...Śliczne pola, łąki, lasy...Nic nie potrafiło mnie pocieszyć ani tym bardziej rozśmieszyć. W końcu wybuchłam. Nie mogłam trzymać tego dłużej w sobie.
- zostawili mnie...oni mnie po prostu zostawili - wyszeptałam przez łzy
- widocznie nie mieli innego wyjścia. Jesteście ścigani przez policję nie tylko w jednym stanie, ale we wszystkich. Wszędzie jest policja. Tutaj może jest jej mniej, ale wyjedź kawałek poza granice tego miasta a będą stać przy każdej drodze wjazdowej i wyjazdowej do byle jakiego lasu. Widziałam, co się dzieje. Być może telewizja kłamie, ale nie w takich sprawach. Muszą na siebie bardzo uważać zresztą ty też musisz.
Nie odpowiedziałam. Mój wzrok przykuło wielkie, błękitne jezioro.
- widzisz ten dom między drzewami na samym brzegu? - wskazał palcem James
- widzę. Pięknie tu...- wyszeptałam zauroczona tym cudownym miejscem
- no to właśnie tam jedziemy - odpowiedział z uśmiechem James
Spojrzałam na jego rozpromieniona twarz. Był taki jakby nigdy nie miał żadnych kłopotów.
- nie mogę Cię tak narażać. Policja będzie mnie szukać. Zajrzą wszędzie. Nawet do Ciebie. Wiesz, że za...
- tak wiem, wiem. Nie martw sie będzie wszytko dobrze - z tymi słowami ponownie chwycił moją rękę. Poczułam sie tak jakby ktoś napełnił mnie nową dawką nadziei. Było w Nim coś, co powodowało taki właśnie stan. Dojechaliśmy na miejsce. Było tam jeszcze piękniej niż mi się wcześniej wydawało. Mały drewniany dom, wielki ogród i cudowny szczeniak bawiący się kulką zrobioną z włóczki.
- no i jak? - zapytał
- jest cudowniej...Raj to mało powiedziane...
Uśmiechając się przeszedł obok mnie zdejmując koszulkę, która okrywała jak dotąd jego przepiękne umięśnione ramiona i cudowna klatkę piersiową. Stałam jak zahipnotyzowana i patrzyłam się na ten cud natury, który otwierał właśnie drzwi do domu. Spojrzał na mnie i uśmiechnął sie rozbrajająco. I ten zarost. Nogi się pode mną ugięły i przez chwile zapomniałam o T-Bagu. A tak właściwie to w ogóle o nim nie myślałam. Przeraziłam sie swoich myśli.
- no chodź. Wykąpiesz sie, zjesz coś i sie prześpisz. No i musisz wyprać te brudne rzeczy, które masz na sobie. No chodź mam cie zaciągać - dodał z uśmiechem
- tak - usłyszałam myśl, którą chciałam zostawić tylko dla siebie. Natychmiast poczułam jak ogarnia mnie fala gorąca i moja twarz robi sie czerwona ze wstydu. Uśmiech nie znikał z jego twarzy.
- kobiety...ja idę zrobić cos do jedzenia a ty w tym czasie idź sie wykąp. Łazienka jest po prawej stronie - rzucił i udał sie do kuchni
Weszłam do domu. Ślicznie urządzony, ale skromny. I to w nim było najpiękniejsze. Aż trudno uwierzyć, że James mieszka sam. Wszystko wysprzątane, zero kurzu.
- może to znowu jakiś typ pedanta pokroju Michaela? - zastanawiałam się pochłonięta oglądaniem domu
Byłam tak zauroczona tym wszystkim, że nie zauważyłam jak wpadłam w ramiona Jamesa. Nakierował mnie odpowiednio i nagle przed sobą miałam drzwi do łazienki.
- tutaj księżniczko - rzucił z uśmiechem
Po paru chwilach byłam już wykapana z wypranymi ciuchami. Problem był w tym, że nie miałam nic na zmianę. Dostrzegłam jasna bluzę Jamesa.
- mam tylko nadzieję, że jest czysta - rzuciłam i wciągnęłam bluzę przez głowę.
Przynajmniej nie było widać mojej bielizny a w samych gaciach przed nim paradować bym nie chciała.
Wyszłam z łazienki i powędrowałam do pokoju. Siedział i oglądał telewizję.
- czuje sie jak nowo narodzona wiesz...- westchnęłam i usiadłam obok niego na kanapie
James patrzył na mnie tak jak ja patrzyłam na niego przed domem. Po dłuższej chwili dodał
- mogłaś o coś poprosić nosiłem ja wczoraj...
- nic sie nie stało. Nie przeszkadza mi to.
Dlaczego mi nie przeszkadzało? Bluza była pełna zapachu jego cudownej wody toaletowej.
- wyglądasz...pięknie wyglądasz wiesz....- wydusił w końcu i pogłaskał mnie po policzku
- wiem - rzuciłam ochoczo z promiennym uśmiechem, który nagle zniknął z mojej twarzy - odkręć trochę ten telewizor, proszę.
"...nadal nie wiadomo co dzieje się z najmłodszą siostra Scofielda i Burrowsa. Policja bierze pod uwagę, każdą możliwość i nie wyklucza utonięcia. Dziewczyna bowiem na pewno wpadła do wody. Nie ma na razie widocznych śladów na to by żyła"
- okropnie tak słuchać tego, co o Tobie mówią jakbyś juz nie żył...- powiedziałam ze smutkiem
- ale Ty żyjesz. I Twoi bracia tez żyją. Masz herbatę. Pij póki jest gorąca a później przewiozę Cię łódką przez jezioro
Chwyciłam kubek i wypaliłam z nieukrywaną ciekawością
- ale przez całe jezioro, tak?
- oczywiście - dodał z uśmiechem
Ten jego uśmiech...Tak...To było coś, czego nie widziałam jeszcze nigdy...nie dawał mi spokoju...Moje myślenie zeszło nagle na drugi plan poprzez kiwającą sie na wszystkie strony łódkę.
- ale ona się na pewno nie wywali? - zapytałam ze strachem trzymając się uporczywie jego ramion
- nie wywali się. Stawiasz śmiało jedną nogę a później drugą. No już...
- ale James na pewno? - czułam, że zachowuję sie jak dziecko. Byliśmy przecież jeszcze na brzegu a ja miałam problemy z wejściem na durna łódkę.
- o matko...widać, że nie miałaś z tym nigdy do czynienia.
Jednym zgrabnym ruchem znalazłam sie w jego ramionach a chwile później byłam już razem z nim w łódce.
- czy to takie straszne? - zapytał
- no w takiej formie to nie - odpowiedziałam z szerokim uśmiechem
Postawił mnie i kazał usiąść.
Siedzieliśmy tak do późnego wieczoru...Nawet nie zauważyłam, gdy miejsce słońca zajął księżyc. Otulona jego bluzą rozmawiałam z nim o wszystkim. Jak z dobrym kumplem, którego znam bardzo dobrze.
- więc widzisz...oboje nie mieliśmy łatwego dzieciństwa, ale najważniejsze jest to, że wszystko dobrze sie ułożyło - powiedział James
- w twoim przypadku tak w moim juz jest nieco gorzej
- ale będzie dobrze uwierz mi...- z tymi słowami przysunął się do mnie jeszcze bliżej
- wiesz ja nie wiem jak to wytłumaczyć...ja po prostu...Ja...
Spojrzałam na niego i przypomniała mi sie prawie taka sama chwila z T-Bagiem na ławce jeszcze w Fox River.
- no chyba sie zakochałem się...
Nic nie odpowiedziałam. Mój brat chyba znowu miał rację. Wtuliłam się w ramiona Jamesa. Tak bardzo tego potrzebowałam...