To dzisiaj ja się porządzę xD
moja
Kiedy usłyszałam trzaśnięcie drzwi, stanęłam jak wryta, że też ja muszę mieć taki niewypażony język! Wiedziałam, że Ann mnie za to znienawidzi, ale z drugiej strony co miałam niby zrobić?
Musiałam szybko znaleźć jakieś wyjście z tego labiryntu. Jeśli ona nie chciała go szukać, to może ono samo do niej...przyjdzie.
Przyjaciele są nie tylko od przytakiwania i chwalenia, są też od wytykania błedów. Ann, choćby nie wiem jak się tego wypierała zrobiła źle i nie ważne co ją do tego popchnęło: zauroczenie czy może nawet miłość, musi w końcu ponieść karę za swoje winy.
Być może postawiłam sprawę na ostrzu noża, ale to była tylko i wyłącznie moja decyzja..i ja również poniosę jej konsekwencje.
Prędzej czy później.
Od kiedy Ann zatrzasnęła Alexowi drzwi przed nosem, ten obserwował mnie nie zaczynając jednak żadnej dyskusji...jak ognia unikałam jego wzroku wgapiając się w wyłączony telewizor, jakby właśnie trąbili w wiadomościach o lądowaniu UFO na dachu naszego wieżowca.
Okłamuję go...cholera okłamuję go...Tak bardzo chciałam być z nim zawsze szczera. Tak bardzo chciałam mu się teraz zwierzyć.... Alex na pewno znalazłby jakiejś wyjście z tej poplątanej sytuacji, przecież w końcu to mój Alex!!! Aż trudno uwierzyć, że od feralnego wieczoru nie minął nawet jeden dzień...
Z ponurych rozmyślań wyrwał mnie poddenerwowany głos Teddy'ego:
-Czy ktoś może mi łaskawie powiedzieć co tu się u licha dzieje?
Słysząc go spuściłam głowę, zerknęłam przelotnie na Alexa, który nadal nic się nie odzywając, zmarszczył tylko brwi i otwierając drzwi wyszedł na balkon zaczerpnąć świerzego powietrza.
-On wie- przeszło mi przez głowę- on wie...on wie...- powtarzałam w myślach jak oszalała- Nie wiem jakim cudem, ale jakoś do tego doszedł.
-Ty- wyszeptał złowrogo Teddy wskazując na mnie palcem, zaczął iść powoli w moją stronę.
Kiedy widziałam go tak wściekłego i rozeźlonego, patrzącego na mnie spode łba, mój strach rósł z sekundy na sekundę.. Wcisnęłam się głebiej w fotel, zerkając przed siebie z przerażeniem.
Ani się obejrzałam a już był przede mną, chwytając mnie za rękę i boleśnie zaciskając palce na nadgarstku zmusił mnie do wstania z bezpiecznego jak do tej pory fotela.
-Tobie na pewno powiedziała o co chodzi!- wysyczał mi do ucha przez zęby. Gardło miałam tak ściśnięte ze strachu, że nie mogłam przez nie wydusić ani słowa.
-Ale wdepnęłam...- pomyślałam i oczy zaszły mi łzami.
Alex, który do tej pory stał na balkonie, odwrócił się wreszcie i widząc co się dzieje, momentalnie znalazł się przy mnie, uwalniając mnie z morderczego uścisku Theodora.
-Słuchaj Bagwell, nie wiem co ci do łba strzeliło- warknął- Ale jeżeli jeszcze raz ją dotkniesz...- zawiesił złowrogo głos, a w jego oczach błysnęły iskierki złosći.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, jakby mieli się na siebie rzucić, ale w końcu Teddy kapituljąc obrzucił nas jedynie wściekłym spojrzeniem i wyszedł.
Nadal nie mogąc uwierzyć w to co się stało przed chwilą, osunęłam się na podłogę, rozmasowując nadgarstek, na którym zaczęły już pojawiać się pierwsze siniaki. Wiedząc, że gdyby Alex je zauważył, wpadłby w szał, a tego nie chciałam, opuściłam rękawy bluzki do niczego się nie przyznając.
Alex starając się zachować przy mnie zimną krew przez dłuższą chwilę patrzył na drzwi, za którymi jeszcze tak niedawno zniknęła Ann, a teraz Teddy...
Pokręcił głową i w milczeniu podszedł do kanapy, koło której siedziałam, osunął się z ciężkim westchnieniem obok mnie i zamknął oczy opierając głowę na poduszce, która spadła z fotela w czasie mojej "bójki" z Teddym.
-Możesz mi powiedzieć...
-Proszę- przerwałam mu łamiącym się gosem- proszę...nie chcę cię okłamywać...nie ciebie...
-Ona kogoś ma, tak?- wypalił, nie zwracając uwagi na moje ciche błagania.
Pfff. Nawet się nie zdziwiłam. Cały Alex.
-Tak- wyznałam, niezdolna dalej dusić w sobie okrutnej prawdy.
-Ale to nie jej wina...to moja wina!To ja jej pokazałam tą cholerną pizzerię!I To okno, spacer i..i...- zaczęłam wyrzucać z siebie urywki zdań nie bardzo zwracając uwagę na to co mówię, ani się obejrzałam a na mojej twarzy pojawiły się kolejne już tego dnia łzy.
Alex nic nie odpowiedział, może to i lepiej...Objął mnie tylko jeszcze mocniej i szeptał do ucha słowa pocieszenia, które jak sam wiedział i tak nie mogły dać mi ukojenia.
Jak do tej pory w domu panowała grobowa cisza, zapomnieliśmy nawet o tej cholernej pizzy, kiedy w pewnym momencie błogi spokój przerwały odgłosy kłótni, wrzaski Ann i brzęk tłuczonego szkła.
Zerwaliśmy się na równe nogi a Alex w ciągu sekundy znalazł się przy drzwiach.
-Zostań tu- rzucił przez ramię.
-Chyba żartujesz!- powiedziałam i skoczyłam za nim, mocno łapiąc go za rękę:
-Szybko, bo się pozabijają, ktokolwiek tam jest!
Podświadomie wiedziałam kto...
W przedpokoju rozpętało sie piekło. Ann, zakrywając usta rękami stała pod ścianą, mocno oparta o nią plecami, tak jakby chciała się w nią wtopić. Patrząc z przerażeniem na swojego męża, który tłukł w najlepsze^^ leżącego już na ziemi, zakrwawionego Whistlera ^^
-Mahone, zrób coś!- krzyknęłam do Alexa, który odepchnął mnie do tyłu rzucając się w stronę Teddy'ego. Nie miał jednak najmniejszych szans na unik, kiedy z szybkością błyskawicy dopadł go cios rozszalałego Bagwella. Odrzuciło go do tyłu, wylądował na podłodze, niedaleko odmłamków szkła z naszego lustra wiszącego naprzeciwko drzwi wejściowych.
Tego już było za wiele. Krew się we mnie zagotowała.
-NIKT- cedziłam słowa przez zaciśnięte do granic mozliwości zęby- NIE BĘDZIE BIŁ MOJEGO MĘŻA!- wrzasnęłam na całe gardło rzucając się na Bagwella. Skoczyłam mu na plecy, zaciskając ręce na szyi jak tylko mogłam najmocniej, żeby odciągnąć go od skopanego juz porządnie ^^ Whistlera.
-Ann!- wysapałam, próbując jak najdłużej utrzymać się na tym cholernym sukinsynie.
- Ann do licha spójrz na mnie!
W końcu oderwała wzrok od zakrwawionego Jamesa i spojrzała mi prosto w oczy.
-Kuchniaaa...- nieświadomie rozluźniłam uścisk, z czego nie omieszkał skorzystać Bagwell, natychmiastowo mnie z siebie zrzucając. Syknęłam z bólu lądując ciężko na drewanianej podłodze..
Moje działania przyniosły jednak jakieś skutki. Teddy ledwo trzymał się na nogach, chwytając głęboko powietrze i trzymając się za szyję.
Nie przejmując się nim więcej, doczołgałam się do nieprzytomnego nadal Alexa.
Wtedy Bagwell odwrócił się w naszą stronę. Nie miałam juz siły na jakąkolwiek reakcję.
-Co będzie to będzie- pomyślałam z rozpaczą.
Zacisnęłam mocno oczy wtulając się w ramię mojego męża, niepewna tego co się stanie, kiedy nagle...
Usłyszałam brzęk, momentalnie otwierając oczy zobaczyłam jak Theodor runął na podłogę.
Nad nim stała Ann z wielką, metalową patelnią w ręku, którą ogłuszyła opętanego żądzą mordu męża.
-Karetka. Policja. Dzwoń, szybko.- wyszeptałam podnosząc się z ziemi.
Pokiwała tylko głową i ze łzami w oczach zaczęła kręcić po kolei numery.
Narobiliśmy takiego rabanu, że do drzwi zaczęli dobijac się ciekawscy sąsiedzi, których najnormalniej w świecie olałam.
-W porządku?- zapytałam, kiedy odłożyła słuchawkę. Ponownie kiwnęła tylko głową, klękając obok Whistlera.
Patrzyłam na nią przez chwilę, wyobrażając sobie co czuje.
Nie. Nie mogłam sobie tego wyobrazić.
Nie wyobrażałam sobie tego co teraz czuje.
Czas dłużył nam się niemiłosiernie.Te kilka minut były najdłuższymi minutami w naszym życiu.
Najpierw przyjechała policja pakując nieprzytomnego po udrzeniu "narzędziem tępym", jak to określił jakiś młody funkcjonarusz, Bagwella w kajdanki.
Zaraz później pojawiło się na sygnale pogotowie, zabierając Whistlera. Patrząc na niego...na to jak wyglądał...zrobiło mi się go żal...facet niczym nie zawinił, nie wiem nawet czy zdawał sobie sprawę z tego, za co dostał takie manto.
-Jedź z nim- powiedziałam stanowczo do Ann, mocno ja przytulając.
-Trzymaj się- szepnęła ze łzami w oczach.
-Jak tylko doprowadzę Alexa do stanu używalności, przyjadę do ciebie- dodałam wypuszczając ją z uścisku. Po raz kolejny kiwnęła tylko głową, biegnąc za sanitariuszami do karetki.
-Trochę lodu i będzie jak nowy- usłyszałam jak mówi do mnie jeden z lekarzy. Uśmiechnęłam się blado, dziękując za pomoc. Kiedy pozbyłam się z domu ostatnich gapiów, mogłam wreszcie spokojnie rozejrzeć sie po przedpokoju. Wszędzie była krew. Zemdliło mnie od jej zapachu, kawałki szkła powbijały mi się w buty. Na środku podłogi leżała patelnia, złapałam za worek na śmieci i natychmiast ja do niego wpakowałam. Tak po prostu.
Powlokłam sie do łazienki, umyłam ręce i twarz w zimnej wodzie, nie spoglądając nawet w lustro. Wystarczy mi już jedno stłuczone.
Czując sie jak na spacerze pod wodą ;] poczłapałam do kuchni i wyjęłam z lodówki worek z lodem. Powlokłam się do sypialni, gdzie na łóżku leżał śmiertlelnie blady Alex, lekarze mówili, że nic mu nie jest, ale i tak przerażał mnie jego wygląd. Bardziej niż tysiąc rozwścieczonych Bagwellów.
-Pieprzony wariat- warknęłam- I ja mu jeszcze współczułam.
-Jasna cholera cholera...- zaczęłam w kółko powtarzać, próbując jakoś rozładować kłębiące sie we mnie uczucia. Kładąc zimny worek na twarzy Alexa, wyjęłam z szuflady kartkę i długopis, napisałam na niej gdzie jadę i kiedy wrócę. Na wszelki wypadek.
Wychodząc z pokoju, złapałam z krzesła koc i okryłam go szczelnie całując jak najdelikatniej się dało w policzek.
Kiedy weszłam do przedpokoju zdałam sobie sprawę, że nie mogę tu zostawić takiego syfu. Uprzątnięcie całego bałaganu zajęło mi bitą godzinę, więc kiedy skończyłam była już 23. Złapałam kluczyki od samochodu i wybiegłam z mieszkania.
i chore wymysły Ann ^^
- Krew. Wszędzie krew. – szeptałam w myślach siedząc na krześle na opustoszałym szpitalnym korytarzu. Uderzyłam Teddy’ego. Zrobiłam to nie myśląc o konsekwencjach jakie może spowodować. Głęboko pogrążona w myślach nie zauważyłam lekarza, który stanął przede mną.
- pani jest jego żoną? – zapytał ze współczuciem
Spojrzałam na niego zapłakanymi oczami, które mówiły o wiele więcej niż chciał wiedzieć.
- przepraszam, że zapytałem. Wszystko z nim porządku. Jest jeszcze nieprzytomny ale w ciągu kilku najbliższych godzin powinien się wybudzić – popatrzył na mnie troskliwie i dodał po chwili – Naprawdę wszystko będzie dobrze.
Nie rozumiałam w ogóle co do mnie mówi. Dotarły do mnie tylko słowa „Wszystko będzie dobrze”. Nic więcej.
- może pani do niego pójść. – wskazał dłonią drzwi do sali.
- dziękuję – wyszeptałam i pospiesznym krokiem udałam się do sali. W środku paliło się tylko delikatne światło. Dochodziła godzina 24. Usiadłam obok jego łóżka. To był straszny widok. Mnóstwo kroplówek i aparatury. Na twarzy parę siniaków. Parę godzin temu nic nie zapowiadało takiej tragedii. Gdybym mogła cofnęła bym czas byleby tylko ustrzec go od tego. W moich oczach zaszkliły się łzy.
Chwyciłam go za rękę, która bezwładnie leżała na pościeli. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu odwzajemnił uścisk. Już chciałam wstać i pobiec po lekarza gdy ktoś przytrzymał mnie za ramię.
- tak się czasami zdarza – wyszeptała Natalia
- to znaczy, że wszystko jest dobrze. On czuje, że przy nim jesteś.
Nie odezwałam się ani słowem. Patrzyłam martwo na jego twarz. Tak bardzo chciałam teraz zobaczyć te przepiękne niebieskie ^^ oczy przepełnione radością.
- naprawdę będzie dobrze. Rozmawiałam z lekarzem. Już cię nawet za jego żonę biorą – uśmiechnęła się
Wiedziałam, że chciała mnie podnieść na duchu. Na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
- dlaczego nie jesteś z Alexem? – zapytałam nie spuszczając wzroku z James’a
- ty bardziej potrzebujesz kogoś kto z tobą będzie w tej trudnej chwili. On sobie poradzi. Zresztą…- spuściła wzrok – jemu za bardzo nic nie jest…
- to dobrze…- wyszeptałam i chwyciłam ja za rękę. Spojrzałam jej w oczy
- wszystko będzie dobrze, zobaczysz – wyszeptałam
Po chwili rzuciłyśmy się sobie w ramiona jak dawniej.
- ale…co z Teddy’m?
- jemu nic nie będzie – rzuciła – on jest chory. On nie bije po to żeby dać komuś nauczkę. On bije po to żeby zabić.
- wiem…to nie był pierwszy raz.
- może lepiej, że to się tak skończyło. Kto wie czy któregoś pięknego dnia z byle powodu nie uderzył by ciebie?- rzuciła jednym tchem po czym dodała robiąc wielkie oczy – Ann on się wybudza. Pójdę po lekarza.
Wybiegła z sali wrzeszcząc na pół szpitala. Miała rację. Zaczął kaszleć i próbował wypluć rurę, którą miał w gardle. Po chwili obok niego znaleźli się lekarze i pielęgniarki.
- już dobrze panie Whistler, niech się pan nie zachowuje jak dziecko – rzucił z uśmiechem na twarzy jeden z doktorów.
Wyjęli mu to świństwo z ust i wreszcie mógł samodzielnie oddychać.
- niech mi pan powie ile ma pan lat.
- 30 – wyszeptał z wielkim trudem
- dzieci pan ma?
- nie…
- ale zapewne będzie pan miał. Razem z żona pewnie niedługo zawitacie na porodówkę 3 piętra wyżej.
Lekarz spojrzał na mnie i rzucił – wszystko z nim dobrze. Będzie żył.
Podłączyli mu jeszcze parę dodatkowych kroplówek i wyszli.
Spojrzał na mnie. Dostał dość porządnie w głowę myślałam, że nie będzie pamiętać takiego szczegółu którym byłam ja.
- żono ty moja – wyszeptał chwytając mnie za rękę – kocham cię, wiesz?
W moich oczach ponownie zaszkliły się łzy. Tym razem łzy szczęścia. Szczęścia, którego nie umiałam opisać.
- ja ciebie też – nachyliłam się nad nim i delikatnie go pocałowałam
- eee to ja poczekam na zewnątrz – rzuciła Nati i wystrzeliła z sali jakby o czymś sobie przypomniała.
Spojrzałam na niego. W oczach zobaczyłam radość. Znowu. Od razu na mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech.
- kim był ten facet, który mnie tak załatwił? – zapytał próbując grzebać cos przy welflonie u prawej ręki.
- zostaw to – rzuciłam uderzając go delikatnie w dłoń – kim był?
Powtórzyłam pytanie widząc jego wzrok.
- był moim byłym mężem – odpowiedziałam bez wahania
- mieszkacie razem? – zapytał trochę zdenerwowany
- nie. Przyjechał po swoje rzeczy. Nie martw się. Już nic mnie z nim nie łączy – wyrzuciłam z siebie i poczułam ulgę, że wreszcie mówię prawdę i uprzedziłam jego kolejne pytanie:
- naprawdę kochanie – powiedziałam z uśmiechem
- wiem – rzucił głaszcząc moją dłoń – ufam ci jak nikomu innemu na świecie.
Jego oczy powieki zaczęły się robić coraz cięższe. Efekt działania jednej z pięciu chyba kroplówek, które stały przy jego łóżku.
- Ann…chyba zasnę…- powiedział mocno śpiącym już głosem
- śpij – pogłaskałam go po twarzy.
- przyjedziesz jutro? – zapytał z wyraźną nadzieją w głosie
- ale ja się nigdzie nie wybieram. Śpij skarbie. Potrzebujesz tego.
Po chwili spał już jak dziecko. Z delikatnym uśmiechem na twarzy. Emocje ze mnie opadły. Już wszystko było dobrze. Teraz będzie tylko lepiej. Po cichu wyszłam z pokoju. Nigdzie nie było Natalii. Znając życie stęskniła się za Alexem i pojechała do domu. Nagle z bocznego korytarza usłyszałam ciche przekleństwa i odgłosy szamotania. Nie byłabym sobą gdybym nie poszła zobaczyć co się dzieje. Po chwili moje oczy ujrzały Nati mocującą się z automatem do kawy. Jej wzrok skierował się na mnie. Puściła automat, odgarnęła włosy z czoła i wysapała
- zeżarł mi cham 2 złote
Wybuchnęłam śmiechem, który po chwili zamienił się w ryk. Mówiła o tym z taka powagą, że nie można było ustać w miejscu.
- bardzo śmieszne – rzuciła i ze złością kopnęła Bogu ducha winny automat
Opanowałam się trochę podeszłam do niej i chwyciłam pod rękę
- chodź, pojdziemy lepiej do baru na dole zanim jeszcze coś tu zniszczysz.
Po chwili szłyśmy schodami prowadzącymi w dół chichocząc niemiłosiernie…