Kolejna część mojego opowiadania
-Nie, proszę nie rób tego! Nie chcę tam iść! Nie mogę! Błagam, pozwól mi pójść do wyjścia! - krzyczałam zrozpaczona. Łzy płynęły z moich oczu strumieniami. Nie miałam siły, żeby się wyrwać. Szłam razem z Johnem choć nie chciałam. Ciągnął mnie w stronę celi Michaela. Bałam się. Bałam się tych wszystkich więźniów, którzy teraz nie zwracali uwagi na to czy dostaną karę za swoje czyny. John zapewniał mnie, że tam będę najbezpieczniejsza, że żadna bestia mnie nawet nie dotknie, ale przecież więźniów było ponad czterystu, a on sam jeden nie licząc „wspaniałej trójki”. Nie wiedziałam jeszcze o całym planie Mike'a...
***
Cała zapłakana usiadłam na łóżku. Obok leżał pobity strażnik. Skojarzyłam, że był nowy. Dopiero przyjęli go do pracy, a już miał poważne kłopoty. Skuliłam się i schowałam głowę w kolanach. Celi pilnowali John, Lincoln i T-Bag. Próbowałam choć przez chwilę nie myśleć o tym co się dzieje. Strach mnie paraliżował. Linc usiadł obok mojej skulonej sylwetki i położył swoją dłoń na moim ramieniu.
-Nie bój się. Zobaczysz, że wszystko się ułoży. Jesteś tu bezpieczna. Nie płacz już... - powiedział
-Po co mnie tu przyciągnęliście?! Do czego jestem wam potrzebna?! - wykrzykiwałam
-Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Uspokój się.
-Jak mam sie uspokoić wiedząc, że otacza mnie tłum wściekłych więźniów?! Gdzie jest Michael? - wciąż pytałam
-Poszedł ratować lekarkę. Ona nie miała tyle szczęścia co ty. - odparł Linc.
-Powinnaś mi za to dziękować. - wtrącił John
-Co to znaczy „nie miała tyle szczęścia co ja”? - zapytałam zdezorientowana
-Więźniowie ją otoczyli. Jest zamknięta w jednym z gabinetów. Odcięli ją od świata. Chcą się do niej dobrać. Sucre pokazał Mike'owi obraz z jednej z kamer na oddziale medycznym.
-Ale... Ale jak ma zamiar ją uratować skoro sam powiedziałeś, że Sara jest otoczona? Nie rozumiem. - odparłam. W tym samym czasie umywalka przy ścianie odsunęła się, a z dużej dziury w ścianie wyszedł Sucre.
-Nicole, posłuchaj... - zaczął Linc. Teraz wszystko zrozumiałam. Wiedziałam po co mnie tu przyciągnęli.
-Nie, Linc! To ty posłuchaj! Nie wrobicie mnie w tą ucieczkę! Nie chcę mieć z tym nic wspólnego! - mówiłam.
-Jesteś nam potrzebna. Proszę, musisz się zgodzić.
-Nie! Nie pomogę wam! To chore! Nie, nie, nie... Nie chcę i nie mogę! - powtarzałam.
-Nicole, pomyśl. Będą z tego same korzyści. - wtrącił Sucre
-Korzyści?! Jakie korzyści?! Was będzie ścigać policja w całych Stanach, a ja nigdzie nie dostanę pracy do końca życia! To są twoim zdaniem te korzyści?! Po co to robicie?! - krzyknęłam. Nie odstałam odpowiedzi. Wszyscy milczeli. Nie mogłam uwierzyć w to wszystko. Czułam się jak w jakimś cholernym horrorze, w którym w ciągu kilku minut ginęli kolejni bohaterowie. Spojrzałam tylko na leżącego strażnika. Był cały w krwi. Nie mogłam na to dłużej patrzeć. Znów schowałam twarz między nogami.
***
Bunt wciąż trwał. Odłączono dostęp do wody. W bloku A robiło się coraz bardziej gorąco. Skwar był nie do zniesienia. W celi było jeszcze bardziej duszno ze względu na prześcieradło, które wisiało na kratach. Ograniczało dostęp do resztek świeżego powietrza. T-Bag siedział na przeciwko leżącego strażnika. Trzymał w ręku portfel, w którym starał się coś znaleźć. W końcu wyciągnął zdjęcie młodej dziewczyny w czerwonej sukience.
-Zostaw to! - krzyknął strażnik
-Nic nie możesz mi zrobić i dobrze o tym wiesz. - odparł spokojnie T-Bag. Przyglądał się uważnie zdjęciu, które trzymał w dłoni. - A może tak grzecznie odpowiesz mi kto to jest, co? - strażnik nie odpowiadał. - Pewnie twoja córcia, nieprawdaż? Tak, tak. Na pewno to twoja córcia. - na jego twarzy pojawił się ten szyderczy uśmiech, którego nie znosiłam. - Ładna jest, ale ty to wiesz. Ma już kogoś? Pewnie tak. Takie słonko jak ona na pewno juz kogoś ma...
-Zamknij się! - krzyknęłam pozwalając tym samym wyrwać się mojej złości. Ton jego głosu doprowadzał mnie do szału. T-Bag automatycznie zwrócił wzrok w moim kierunku.
-Nie prosiłem cię o to, byś wyraziła swoje zdanie.
-Nie obchodzi mnie to czy mi pozwalasz, czy nie! - krzyknęłam kolejny raz
-Przestań się wtrącać! - odparł i spojrzał na mnie wzrokiem „zabójcy”. Przeraziłam się. Chwyciłam poduszkę i się w nią wtuliłam. Marzyłam o tym by ten koszmar w końcu się skończył.
-Na czym to skończyliśmy... - zaczął T-Bag – Ach tak! Wiesz, co? Jak stąd wyjdę to złożę twojej córci niespodziewaną wizytę, a potem... Wiesz, co będzie potem? Potem się z nią zabawię. Będzie świetnie. - odparł i włożył zdjęcie dziewczyny do ust. Nie wytrzymałam i rzuciłam się na niego. Uderzyłam go kilka razy.
-Ty cholerny zboczeńcu! Nigdy stąd nie wyjdziesz, słyszysz?! Nigdy! - wykrzykiwałam. Linc chwycił mnie i odciągnął od T-Bag'a. Sucre starał się uspokoić sytuację.
-Już dobrze. - powtarzał Lincoln. Wtuliłam się w niego i pozwoliłam by moje łzy spokojnie spływały po policzkach. Kilka chwil później do celi wszedł Michael.
-Nicole.
-Mike! - powiedziałam i w pośpiechu przytuliłam sie od niego.
-Strażnicy już tu idą. Jak tylko wkroczą na blok odprowadzę cię do nich. - powiedział
-Mike, o co chodzi z tą ucieczką? Przecież wierz, że nie mogę wam pomóc. - odparłam
-O nic sie nie martw. Nic na tym nie ucierpisz, a my możemy tylko zyskać.
-Ale ja nie chce się w to mieszać!
-Skarbie, będzie dobrze. Uwierz mi. Jedyne co musisz zrobić to odwrócić uwagę swojej ciotki od sprawy Lincolna. - powiedział i spojrzał na mnie tym swoim „maślanym” wzrokiem.
-Nie rozumiem. - odparłam
-Zrozumiesz w swoim czasie. Chodź. Musimy już iść. - chwycił mnie za rękę i wyprowadził z celi. Na dole było okropnie. Strażnicy weszli na blok. Rzucali granatami dymnymi i gazem łzawiącym. Zbiegliśmy po schodach i zatrzymaliśmy się.
-Nie mogę iść dalej. Biegnij i nie zatrzymuj się. - powiedział i pocałował mnie. - Biegnij! - zrobiłam tak jak powiedział. Biegłam ile sił w nogach w stronę strażników. Nagle przede mną spadło martwe ciało strażnika. Tego, który był ze mną w celi Michaela. Spojrzałam w górę. T-Bag stał przy barierce z nożem w ręku. Jego koszulka była cała we krwi. Myślałam, że uda mi się go uratować ale było za późno. Miał kilka ran kłutych, w dodatku spadł z trzeciego balkonu, To około sześć metrów wysokości. Moje myśli skupiły się tylko na martwym strażniku. Chwilę później poczułam jak ktoś odciąga mnie w stronę wyjścia...
***
-W porządku? - usłyszałam. To był Pope. Stał przy mnie, kiedy ja patrzyłam na budynek Fox River. Nie pamiętałam nawet jak się stamtąd wydostałam. Może to nawet lepiej. Chciałam zapomnieć o wszystkim co mi sie dzisiaj przytrafiło.
-Panno Smith? - powtórzył
-Tak, wszystko w porządku. Dziękuję! - odparłam – Henry, wiesz coś na temat tego nowego strażnika? - zapytałam. Wiedziałam, że nie żyje, ale wciąż miałam nadzieję, że to tylko zły sen, że wszystko sobie wyobraziłam.
-Niestety został zabity. Miał dwie rany kłute i był pobity. W dodatku spadł ze znacznej wysokości. - powiedział. Po moich policzkach znów zaczęły spływać łzy. Nie wiedziałam czemu czułam się winna temu, co przytrafiło się Troy'owi.
-Nicole, to nie twoja wina. Widać tak musiało być i nie powinnaś winić się za jego śmierć. To prawdziwy cud, że tobie nic sie nie stało. - starał się mnie pocieszyć.
-Mogę wziąć sobie wolne do końca dnia? Chcę pojechać do domu, wziąć zimny prysznic...
-Oczywiście. Jedź do domu i odpocznij. Nie myśl już o tym więcej. - odpowiedział i poszedł w stronę budynku...