Re: Opowiadanie PB by Nika
: 2008-02-28, 07:32
Otworzyłam oczy. Nie wiedziałam co się wokół mnie dzieje. W całym skrzydle A rozlegał się ogromny hałas, jakby okrzyki szczęścia. Zwlekłam się z łóżka na w pół przytomna i wyszłam przed celę. Spojrzałam w dół. Nie mogłam w to uwierzyć. Serce zabiło mi mocniej.
<i>T-Bag wrócił!</i> - krzyczałam w myślach. Byłam przerażona. Wciąż pamiętałam jego wyraz twarzy kiedy na niego nawrzeszczałam. Po kilku minutach zauważył mój wzrok, który na nim spoczął. Powolnym krokiem cofałam się do celi nie spuszczając z niego mojego spojrzenia. Oparłam się o ścianę. John'a nigdzie nie było. Mój strach wciąż rósł. Czułam jak moje oczy wypełniają łzy. Podeszłam do łóżka i zaczęłam szukać zegarka z nadzieją, że za chwilę przyjdzie po mnie strażnik i powie, że czas abym poszła do skrzydła szpitalnego.
-Cześć, Nicole! - usłyszałam. Odruchowo odwróciłam się.
-Ach, to ty Michael. - odetchnęłam z ulgą.
-Coś się stało? - zapytał
-Nie, nie. Wszystko w porządku. - odpowiedziałam
-Nie wydaję mi się.
-O co ci chodzi? - rzuciłam
-Boisz się czegoś, a raczej kogoś. - powiedział
-Skąd to podejrzenie?
-Kiedy się odezwałem odwróciłaś się nerwowo ze łzami w oczach. Poza tym jesteś spięta.
-Wydaje ci się.
-Chodzi o T-Bag'a? - padło kolejne pytanie z jego ust
-Skończyłeś już? Świetnie. Więc teraz się odwróć i idź w swoją stronę. - Michael spuścił głowę i zaśmiał się pod nosem
-Co w tym śmiesznego? - zapytałam
-Nic. - odpowiedział z uśmiechem na twarzy. Nie wiem czemu, ale od razu zrobiło mi się lżej.
-Nicole, dzisiaj zaczynasz wcześniej, chodź ze mną. - powiedział strażnik, który przerwał naszą „rozmowę”. Wyszłam z celi. Michael dziwnie na mnie spojrzał. Nie wiedział co się dzieje.
***
Spojrzałam na zegarek. Była 12:28. Czas w ambulatorium mijał bardzo szybko. Tutaj czułam się najbezpieczniej.
-Dzień dobry! - powiedział kolejny z pacjentów, który właśnie wszedł do gabinetu.
-Witam! - odpowiedziałam. - Imię i nazwisko, proszę.
-Daniel Hall.
-Kolejny zastrzyk z insuliny, zgadza się? - zapytałam
-Tak! - odpowiedział Daniel. Otworzyłam szafkę z lekami i wyjęłam pojemniczek napełniony insuliną. Otworzyłam czystą igłę i przygotowałam lek.
-Proszę podwinąć rękaw. - powiedziałam. Na ręku pacjenta zacisnęłam gumowy pasek i wbiłam igłę od strzykawki w żyłę tym samym wpuszczając lek.
-Dziękuję! - odparłam – Możesz już iść! - Daniel wstał i wyszedł z gabinetu. Odprowadziłam go wzrokiem do drzwi i podeszłam do okna.
-Nicole, strażnik po ciebie przyszedł. - powiedziała Sara, która właśnie weszła do mojego gabinetu.
-Przecież moja zmiana jeszcze się nie skończyła. - odparłam zdziwiona
-Masz widzenie. Idź i się nie martw. Zajmę się twoim kolejnym pacjentem. - odpowiedziała z uśmiechem. Razem ze strażnikiem udałam się do pokoju, w którym miałam się spotkać z moim gościem. Usiadłam na krzesełku przy stoliku i czekałam.
-Paul! - powiedziałam i rzuciłam mu się na szyję. - Tak się cieszę, że cię widzę!
-Ja też się cieszę! - odparł
-Coś się stało? - zapytałam – Jesteś jakiś dziwny.
-Nicole... - zaczął – wiem, że ci się to nie spodoba, ale nie miałem na to większego wpływu.
-Co się dzieje? - zapytałam powtórnie
-Chodzi o Caroline.
-Proszę cię, nie mów mi tylko, że ona...
-Tak. - przerwał mi w połowie zdania – Za tydzień opuszczasz Fox River, ale nadal będziesz pracować tu jako lekarka. To jedyna rzecz jaka się nie zmieniła.
-Oszukała mnie! - rzuciłam. Byłam wściekła. - Przecież wiedziała, że chcę tu zostać, że nie chcę jej pomocy. Dlaczego to zrobiła?! - wykrzykiwałam
-Ktoś zadzwonił do niej i poinformował ją, że nie jesteś tu bezpieczna. - powiedział
-Kto?!
-Nie wiem. Nie powiedziała mi tego. Nicole, przecież nadal będziesz tu pracować. Jedyną różnicą jest to, że teraz jesteś wolna.
-Pomyślał ktoś, że może ja nie chcę być wolna?! Całym moim życiem rządziła wolność i do czego doprowadziła?! Do tego, że zabiłam swojego chłopaka! - krzyczałam
-Dlaczego ty jej tak nienawidzisz? Co ci zrobiła, że nie chcesz przyjąć jej pomocy? - zapytał mnie Paul
-Widać mam swoje powody. - rzuciłam
-Koniec widzenia! - krzyknął strażnik.
-Zastanów się nad tym, Nicole. Masz tydzień czasu. - powiedział i przytulił mnie na pożegnanie. Wyszłam z pokoju. Strażnik z powrotem zaprowadził mnie do ambulatorium.
-Kolejny pacjent już na ciebie czeka. - powiedziała Sara, którą spotkałam na korytarzu.
-Dziękuję! - odpowiedziałam. Weszłam do gabinetu. Scofield siedział na krześle.
-No proszę! A więc to jest twoja nowa praca. - powiedział śmiejąc się. Spojrzałam w kartę Michaela.
-Nie wiedziałam, że jesteś chory na cukrzycę. - odparłam. - Na zastrzyki przychodzisz raz w tygodniu... - czytałam głośno.
-Co czeka mnie dziś? - zapytał
-To co zwykle. - odpowiedziałam z uśmiechem na twarzy – Dostaniesz zastrzyk z insuliny i posmaruję ci ramię maścią. Mam tu napisane, że kilka dni temu zostałeś dotkliwie pobity. - powiedziałam. Michael spojrzał na mnie.
-Nie wnikam w to czemu cię pobili, więc nie patrz tak na mnie. - odparłam. Wyjęłam z szafki kolejną strzykawkę z insuliną.
-Zdejmij koszulę. - powiedziałam. Michael zrobił to o co go poprosiłam. Najpierw zrobiłam mu zastrzyk, potem wzięłam maść i zaczęłam dokładnie oglądać stłuczone ramię.
-To nie była chyba zwykła bójka, prawda? - zapytałam
-Czemu pytasz?
-Masz spuchnięte ramię i dużego siniaka. Gdyby to było zwykłe stłuczenie obrzęk zszedłby ci po dwóch, trzech dniach. - odpowiedziałam. Wycisnęłam odrobinę maści na dłoń i powolnymi ruchami wmasowywałam je w ramię Scofielda.
-Wybuchła mała rozruba na spacerniaku. Nic poważnego. - zaśmiał się i spojrzał na mnie.
-Coś się stało? - zapytałam – Nie wiem, może się gdzieś ubrudziłam?
-Nie, nie. Wszystko w porządku. - odpowiedział. Zapadła cisza.
-Masz takie delikatne dłonie... - odparł po chwili milczenia. Swoją dłonią objął moją dłoń.
-Michael przestań! - rzuciłam wyrywając w tym samym momencie swoją dłoń. - Wiesz, że nie mogę.
-Nie możesz bo ktoś ci tego zabrania, czy nie możesz bo nie chcesz? - zapytał. Spojrzałam na niego.
-Jestem tu w pracy nie na randce. - odparłam i wytarłam rękę o papierowy ręcznik.
-Nicole, wiem, że boisz się T-Bag'a.
-Nie boję. - rzuciłam. Zaśmiał się.
-Kiedy zobaczyłaś go rano mało się nie rozpłakałaś. Nicole, jeśli będzie się przyczepiał to ja...
-To ty co? - przerwałam mu
-Pomogę ci. On nie zrobi ci nic złego. - odpowiedział
-John mi pomaga.
-Sam ma na pieńku z T-Bag'iem.
-A ty nie? Uważasz, że jestem głucha i ślepa? - rzuciłam
-Tego nie powiedziałem.
-Ale widać tak myślałeś. Wiesz co? Zrobiłam już co zrobić miałam, więc idź już bo na swoją kolej czekają inni pacjenci.
-Nicole, ja...
-Wyjdź! - krzyknęłam. Michael zabrał swoją koszulę i wyszedł z gabinetu. Usiadłam przy biurku i położyłam głowę na blacie. Nerwy mi puściły. Po policzkach zaczęło spływać mi coraz więcej łez...
<i>T-Bag wrócił!</i> - krzyczałam w myślach. Byłam przerażona. Wciąż pamiętałam jego wyraz twarzy kiedy na niego nawrzeszczałam. Po kilku minutach zauważył mój wzrok, który na nim spoczął. Powolnym krokiem cofałam się do celi nie spuszczając z niego mojego spojrzenia. Oparłam się o ścianę. John'a nigdzie nie było. Mój strach wciąż rósł. Czułam jak moje oczy wypełniają łzy. Podeszłam do łóżka i zaczęłam szukać zegarka z nadzieją, że za chwilę przyjdzie po mnie strażnik i powie, że czas abym poszła do skrzydła szpitalnego.
-Cześć, Nicole! - usłyszałam. Odruchowo odwróciłam się.
-Ach, to ty Michael. - odetchnęłam z ulgą.
-Coś się stało? - zapytał
-Nie, nie. Wszystko w porządku. - odpowiedziałam
-Nie wydaję mi się.
-O co ci chodzi? - rzuciłam
-Boisz się czegoś, a raczej kogoś. - powiedział
-Skąd to podejrzenie?
-Kiedy się odezwałem odwróciłaś się nerwowo ze łzami w oczach. Poza tym jesteś spięta.
-Wydaje ci się.
-Chodzi o T-Bag'a? - padło kolejne pytanie z jego ust
-Skończyłeś już? Świetnie. Więc teraz się odwróć i idź w swoją stronę. - Michael spuścił głowę i zaśmiał się pod nosem
-Co w tym śmiesznego? - zapytałam
-Nic. - odpowiedział z uśmiechem na twarzy. Nie wiem czemu, ale od razu zrobiło mi się lżej.
-Nicole, dzisiaj zaczynasz wcześniej, chodź ze mną. - powiedział strażnik, który przerwał naszą „rozmowę”. Wyszłam z celi. Michael dziwnie na mnie spojrzał. Nie wiedział co się dzieje.
***
Spojrzałam na zegarek. Była 12:28. Czas w ambulatorium mijał bardzo szybko. Tutaj czułam się najbezpieczniej.
-Dzień dobry! - powiedział kolejny z pacjentów, który właśnie wszedł do gabinetu.
-Witam! - odpowiedziałam. - Imię i nazwisko, proszę.
-Daniel Hall.
-Kolejny zastrzyk z insuliny, zgadza się? - zapytałam
-Tak! - odpowiedział Daniel. Otworzyłam szafkę z lekami i wyjęłam pojemniczek napełniony insuliną. Otworzyłam czystą igłę i przygotowałam lek.
-Proszę podwinąć rękaw. - powiedziałam. Na ręku pacjenta zacisnęłam gumowy pasek i wbiłam igłę od strzykawki w żyłę tym samym wpuszczając lek.
-Dziękuję! - odparłam – Możesz już iść! - Daniel wstał i wyszedł z gabinetu. Odprowadziłam go wzrokiem do drzwi i podeszłam do okna.
-Nicole, strażnik po ciebie przyszedł. - powiedziała Sara, która właśnie weszła do mojego gabinetu.
-Przecież moja zmiana jeszcze się nie skończyła. - odparłam zdziwiona
-Masz widzenie. Idź i się nie martw. Zajmę się twoim kolejnym pacjentem. - odpowiedziała z uśmiechem. Razem ze strażnikiem udałam się do pokoju, w którym miałam się spotkać z moim gościem. Usiadłam na krzesełku przy stoliku i czekałam.
-Paul! - powiedziałam i rzuciłam mu się na szyję. - Tak się cieszę, że cię widzę!
-Ja też się cieszę! - odparł
-Coś się stało? - zapytałam – Jesteś jakiś dziwny.
-Nicole... - zaczął – wiem, że ci się to nie spodoba, ale nie miałem na to większego wpływu.
-Co się dzieje? - zapytałam powtórnie
-Chodzi o Caroline.
-Proszę cię, nie mów mi tylko, że ona...
-Tak. - przerwał mi w połowie zdania – Za tydzień opuszczasz Fox River, ale nadal będziesz pracować tu jako lekarka. To jedyna rzecz jaka się nie zmieniła.
-Oszukała mnie! - rzuciłam. Byłam wściekła. - Przecież wiedziała, że chcę tu zostać, że nie chcę jej pomocy. Dlaczego to zrobiła?! - wykrzykiwałam
-Ktoś zadzwonił do niej i poinformował ją, że nie jesteś tu bezpieczna. - powiedział
-Kto?!
-Nie wiem. Nie powiedziała mi tego. Nicole, przecież nadal będziesz tu pracować. Jedyną różnicą jest to, że teraz jesteś wolna.
-Pomyślał ktoś, że może ja nie chcę być wolna?! Całym moim życiem rządziła wolność i do czego doprowadziła?! Do tego, że zabiłam swojego chłopaka! - krzyczałam
-Dlaczego ty jej tak nienawidzisz? Co ci zrobiła, że nie chcesz przyjąć jej pomocy? - zapytał mnie Paul
-Widać mam swoje powody. - rzuciłam
-Koniec widzenia! - krzyknął strażnik.
-Zastanów się nad tym, Nicole. Masz tydzień czasu. - powiedział i przytulił mnie na pożegnanie. Wyszłam z pokoju. Strażnik z powrotem zaprowadził mnie do ambulatorium.
-Kolejny pacjent już na ciebie czeka. - powiedziała Sara, którą spotkałam na korytarzu.
-Dziękuję! - odpowiedziałam. Weszłam do gabinetu. Scofield siedział na krześle.
-No proszę! A więc to jest twoja nowa praca. - powiedział śmiejąc się. Spojrzałam w kartę Michaela.
-Nie wiedziałam, że jesteś chory na cukrzycę. - odparłam. - Na zastrzyki przychodzisz raz w tygodniu... - czytałam głośno.
-Co czeka mnie dziś? - zapytał
-To co zwykle. - odpowiedziałam z uśmiechem na twarzy – Dostaniesz zastrzyk z insuliny i posmaruję ci ramię maścią. Mam tu napisane, że kilka dni temu zostałeś dotkliwie pobity. - powiedziałam. Michael spojrzał na mnie.
-Nie wnikam w to czemu cię pobili, więc nie patrz tak na mnie. - odparłam. Wyjęłam z szafki kolejną strzykawkę z insuliną.
-Zdejmij koszulę. - powiedziałam. Michael zrobił to o co go poprosiłam. Najpierw zrobiłam mu zastrzyk, potem wzięłam maść i zaczęłam dokładnie oglądać stłuczone ramię.
-To nie była chyba zwykła bójka, prawda? - zapytałam
-Czemu pytasz?
-Masz spuchnięte ramię i dużego siniaka. Gdyby to było zwykłe stłuczenie obrzęk zszedłby ci po dwóch, trzech dniach. - odpowiedziałam. Wycisnęłam odrobinę maści na dłoń i powolnymi ruchami wmasowywałam je w ramię Scofielda.
-Wybuchła mała rozruba na spacerniaku. Nic poważnego. - zaśmiał się i spojrzał na mnie.
-Coś się stało? - zapytałam – Nie wiem, może się gdzieś ubrudziłam?
-Nie, nie. Wszystko w porządku. - odpowiedział. Zapadła cisza.
-Masz takie delikatne dłonie... - odparł po chwili milczenia. Swoją dłonią objął moją dłoń.
-Michael przestań! - rzuciłam wyrywając w tym samym momencie swoją dłoń. - Wiesz, że nie mogę.
-Nie możesz bo ktoś ci tego zabrania, czy nie możesz bo nie chcesz? - zapytał. Spojrzałam na niego.
-Jestem tu w pracy nie na randce. - odparłam i wytarłam rękę o papierowy ręcznik.
-Nicole, wiem, że boisz się T-Bag'a.
-Nie boję. - rzuciłam. Zaśmiał się.
-Kiedy zobaczyłaś go rano mało się nie rozpłakałaś. Nicole, jeśli będzie się przyczepiał to ja...
-To ty co? - przerwałam mu
-Pomogę ci. On nie zrobi ci nic złego. - odpowiedział
-John mi pomaga.
-Sam ma na pieńku z T-Bag'iem.
-A ty nie? Uważasz, że jestem głucha i ślepa? - rzuciłam
-Tego nie powiedziałem.
-Ale widać tak myślałeś. Wiesz co? Zrobiłam już co zrobić miałam, więc idź już bo na swoją kolej czekają inni pacjenci.
-Nicole, ja...
-Wyjdź! - krzyknęłam. Michael zabrał swoją koszulę i wyszedł z gabinetu. Usiadłam przy biurku i położyłam głowę na blacie. Nerwy mi puściły. Po policzkach zaczęło spływać mi coraz więcej łez...