Kolejna część
-Dlaczego tu jestem? Przecież nic nie zrobiłam! - zaczęłam panikować
-Uspokój się. - mówił spokojnym głosem John
-Nie, ty nic nie rozumiesz! Powinnam być teraz w szesnastce razem z Constanzą, a tymczasem siedzę tu z tobą! Nie wiem, a raczej nie rozumiem dlaczego! - krzyknęłam
-Chcesz wiedzieć dlaczego tu jesteś? - zapytał mnie John
-Oświeć mnie!
-Zostałabyś sama w szesnastce, dlatego woleli żebyś była ze mną ze względu na to, iż ja również odsiaduję swoją karę sam.
-Jak to sama? - znów te głupie uczucie nic nierozumienia
-Constanza leży w więziennym szpitalu i długo stamtąd nie wyjdzie.
-Co się stało?
-Przedawkowała. Pope próbuje się dowiedzieć skąd miała prochy.
-Niemożliwe, przecież godzinę temu z nią rozmawiałam i było wszystko w porządku. Musiało ci się coś pomylić. - odparłam i wskoczyłam na górne łóżko, które od dzisiaj było moim nowym miejscem, na którym będę się wyżalać.
-Nie wierzysz mi? Strażnik! - John stanął przy kracie i zaczął wołać strażnika. Siedząc na łóżku nasłuchiwałam jego kroków.
-Czego? - zapytał jak podszedł do naszej celi
-Wiadomo coś na temat tej dziewuchy co dzisiaj przedawkowała?
-Oprócz tego, że jest w ciężkim stanie nie wiadomo mi nic innego. - nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam. Chwyciłam poduszkę i mocno się w nią wtuliłam.
-Dzięki! - powiedział John. Chwilę później strażnik odszedł. - Teraz mi wierzysz?
-Przepraszam. Myślałam, że...
-Normalne. Nie przejmuj się tym. Radzę byś powoli się przyzwyczajała do tego miejsca. - powiedział i położył się pode mną na swoim łóżku. Chyba nie byłam mocno związana z Coni, ponieważ czułam, że ta cała sytuacja przechodzi mi koło nosa nie zauważona. Dziwnie się czułam. Moja jedyna „przyjaciółka” tutaj umiera, a ja jak gdyby nigdy nic mam to zwyczajnie gdzieś. Rozejrzałam się po celi. Potem spojrzałam na lewo w stronę innych cel. Na piętrze niżej, po drugiej stronie zauważyłam Scofielda, który opierając się o kraty bacznie mnie obserwował. Patrzyliśmy na siebie przez dłuższą chwilę, potem położyłam głowę na poduszkę i zasnęłam.
***
Obudziłam się dopiero rano. Podniosłam głowę. John właśnie przemywał twarz zimną wodą, bo tylko taką dysponowaliśmy w tym przeklętym więzieniu.
-Witam. - powiedział przecierając twarz ręcznikiem. - Jak się spało w nowym miejscu?
-Zadziwiająco dobrze. - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się.
-Zaraz będzie pora śniadaniowa. Doprowadź się do porządku, bo tak chyba nie pójdziesz. - zaśmiał się. Faktycznie nie wyglądałam najlepiej. Miałam rozczochrane włosy i podkoszulkę z szortami. Wstałam i zaczęłam zakładać spodnie i koszulę. Potem podeszłam do lusterka i doprowadziłam włosy do porządku. Umyłam zęby i przemyłam twarz. W całym bloku A rozległ się ten cholernie dobijający dźwięk, sygnalizujący otwarcie cel. Denerwował mnie. Był głośny i piskliwy. Nawet głuchy by go usłyszał. Wyszłam z celi i powolnym krokiem szłam w stronę stołówki. Spojrzałam jeszcze ukradkiem na szesnastkę. Nikt z niej nie wychodził. Była pusta.
-W porządku? - zapytał mnie John, który mnie dogonił
-Tak. Przynajmniej staram się tak myśleć.
-Chodź już, bo zaraz będziemy mieli opieprz od strażników za “ślimaczenie” się. - w stołówce jak zwykle kolejka ciągnąca się do samych drzwi i ja jak zwykle stojąca na jej samym końcu. Stałam chyba z piętnaście minut. W końcu nadeszła moja kolej. Zabrałam to co moje i poszłam na sam koniec. Usiadłam przy stoliku pod oknem tam gdzie zawsze siedziałam z Coni.
-Można?
-Tak, proszę. - odparłam. Nie wiedziałam kim był ten człowiek, ale co mi tam. To w końcu więzienie. Nie znam tu nikogo.
-Jestem Sucre. - powiedział mężczyzna
-Nicole. - odpowiedziałam niezbyt chętnie. Po chwili skojarzyłam, że Sucre to ten Latynos, o którym mówiła mi Coni.
-Niezbyt rozmowna jesteś. - nie odzywając się posłałam mu groźne spojrzenie. Nie miałam ochoty gadać o tym, że najpierw zamordowałam swojego chłopaka, potem wymierzyli mi 25 lat pozbawienia wolności, następnie wsadzili mnie do celi z dziewczyną, która przedawkowała, a na końcu posadzono mnie z mafiosem roku. Cudownie.
-Przepraszam cię, ale uwierz mi, nie mam ochoty gadać z nikim.
-Jasne. Nie ma sprawy. - przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Nawet mi to odpowiadało. - Michael mówił mi, że jesteś całkiem w porządku.
-Rozmawiacie na mój temat? - zapytałam
-Całe Fox River o tobie mówi. Podobno jesteś siostrzenicą vice prezydent.
-Przestań! - krzyknęłam. - Myślisz, że w ten sposób zostaniemy przyjaciółmi?! Wiesz co?
-Co? - zapytał
-Nieważne! - rzuciłam i wstałam od stołu. Rzuciłam tacę do kosza na brudne naczynia i wybiegłam ze stołówki. Jak co dzień wybrałam się na spacerniak. Czułam jak wszystko się we mnie gotuje. Przystanęłam i oparłam się o siatkę. Miałam milion myśli. Głowa mi od nich pękała. Jedyną rzeczą jakiej teraz pragnęłam było spotkanie z jedynym człowiekiem, któremu ufam, mianowicie z Paulem. Chciałam się do niego przytulić, wyżalić, pogadać tak jak zawsze to robiliśmy.
-Nicole Smith! - usłyszałam głos strażnika, który mnie wołał. Przez chwilę myślałam, że moje marzenie się spełniło. Podbiegłam do strażnika.
-O co chodzi?
-Pope cię wzywa. - powiedział
-Naczelnik? Po co?
-Nie pytaj głupio tylko chodź! - poszłam ze strażnikiem do gabinetu naczelnika.
-Panie naczelniku już ją przyprowadziłem.
-Dziękuję ci Trey! - odpowiedział Pope. Weszłam do środka i usiadłam na krześle.
-O co chodzi? - zapytałam
-Dziś rano przyszły pewne papiery w twojej sprawie.
-Jakie papiery? Nie rozumiem.
-Pani vice prezydent pragnie wpłacić kaucję byś mogła wyjść na wolność.
-Co?! Nie! Nie zgadzam się! - zaczęłam krzyczeć. Z oburzeniem wstałam z krzesła i zaczęłam nerwowo chodzić po całym gabinecie.
-Nicole, nie rozumiem twojej reakcji. Każdy wiezień chciałby być w twojej sytuacji, a ty tak po prostu odmawiasz? - zapytał Henry
-Nie chcę od niej żadnej pomocy! Wolę gnić w tym cholernym miejscu do końca życia niż dziękować jej za to, że wpłaciła siedemset tysięcy dolarów za to bym mogła chodzić wolna jak ptak po ulicach Waszyngtonu!
-Zastanów się. To jest twoja szansa. Poza tym Caroline jest twoją ciotką. Ona chce ci pomóc. To twoja rodzina Nicole. - za wszelką cenę starał się mi przetłumaczyć, że źle postępuję. Mimo, iż pragnęłam znów znaleźć się na ulicach Waszyngtonu wolałam zostać tu niż skorzystać z jej pomocy.
-Przepraszam Panie naczelniku, ale ma Pan bardzo ważnego gościa. - powiedziała sekretarka wchodząc do gabinetu, tym samym przerywając moją rozmowę z Popem.
-Któż to taki?
-Ja! - do gabinetu naczelnika weszła we własnej osobie Pani vice prezydent. Patrzyłam na nią tak przez chwilę. W oczach miałam łzy. Nie wiedziałam jak mam się teraz zachować.
-Witam Panią. Proszę niech Pani usiądzie. - powiedział Henry. Caroline zrobiła tak jak powiedział. Usiadła na fotelu patrząc na mnie swoimi niebieskimi oczami.
-Czy dostał Pan dzisiaj rano papiery w sprawie mojej siostrzenicy? - zapytała
-Oczywiście Pani Reynolds.
-Doskonale! - odparła – Mam nadzieję, że wszystko będzie gotowe na jeszcze dziś wieczór.
-A nie pomyślałaś, że ja nie chcę twojej pomocy?! - przerwałam im nagle i krzyknęłam. Caroline spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.
-Skarbie wiesz przecież, że twoje słowo w tej sprawie się nie liczy.
-Owszem liczy! Bardziej niż myślisz! - nie mogłam się pohamować. Krzyczałam bez opamiętania.
-Nie pozwolę byś przesiedziała tu połowę swojego życia, rozumiesz?
-Wyobraź sobie, że nie rozumiem! Od kiedy interesuje cię moje życie? Nawet nie chciałaś przyjść na rozprawę by się za mną wstawić choć znałaś powód, dla którego to zrobiłam! Teraz próbujesz naprawić błędy jakie popełniłaś?! Wiesz, teraz to już trochę za późno!
-Nicole, jak możesz? - zapytała
-Nie chcę byś wpłacała kaucję. - powiedziałam spokojniejszym głosem. Przez dobrych pięć minut panowała zupełna cisza. Po chwili Caroline wstała.
-Dobrze. Nie chcesz bym pomogła ci wyjść na wolność, w takim razie mam inne rozwiązanie. Nie będzie obchodziło mnie to czy się z tym zgadzasz. Panie naczelniku proszę by wszystko zostało dopilnowane.
-Oczywiście Pani Reynolds. - powiedział Pope
-O co chodzi? - zapytałam. Caroline dumnie stała i patrzyła mi w oczy tak jak by chciała wyczytać z nich coś ważnego. Coś co sprawiłoby, że będę najszczęśliwszą osobą nawet w takim miejscu. Byłam ciekawa co wymyśliła...