Michael Scofield
Posty: 1391
Rejestracja: 2008-01-24, 19:37
Lokalizacja: a zza zasłonki
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: mk95 »

Skoro to już naprawdę koniec... <cicho pociąga nosem>
To chciałabym wam podziękować za te wszystkie godziny, które spędziłam z waszym opowiadaniem. Za te chwile śmiechu, ale i łez, radości, ale i troski o losy naszych ulubieńców. Stworzyłyście tam wspaniałe postacie, nierzadko lepiej zarysowane niz w oryginałach ;-) I teraz serio przyda się jakiś odwyk :-D
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: Xaneta »

No to jak wszyscy tak długo dziękują i tego no to może ja tez.
Nigdy,powtarzam nigdy nie czytałam lepszych opowiadań.Realistyczne wydarzenia,postacie. Ten czas który spedziłam czytając te wszystkie Wasz wytwory wyobraźni uważam za czas który nie przepadł.Za czas który został słusznie poświęcony.Bo było warto. Te sytuacje dzieki którym nie raz prawie płakałam ze śmiechu i gdyby komputer zył wziąłby mnie za wariatke i zaraz by z kaftanem musieli przyjeżdżać. Te chwile powagi,które doprowadziły ze czasem miałam aż dreszcze,te chwile w których płakałam. za to wszystko serdecznie Wam kochane dziękuję :*
Michael Scofield
Posty: 3268
Rejestracja: 2007-08-27, 02:06
Lokalizacja: from Stata Mind ^^
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: AutumnLeaf »

ja pierdziele...ej no weźcie...
*zbiera się w sobie* nie będę ryczeć nie będę ryczeć...eee.
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: Xaneta »

ja pierdziele...ej no weźcie...
ale to prawda. to że trzeba sie z tym rozstać jest ciężkim bólem. ale juz sie z tym pogodziłam.
AutumnLeaf pisze:*zbiera się w sobie* nie będę ryczeć nie będę ryczeć...eee.
nie płacz. :588:
Michael Scofield
Posty: 5018
Rejestracja: 2007-10-23, 15:39
Lokalizacja: z łóżka Whistlera
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: Tanira »

Po długiej lub bardzo długiej przerwie jak kto woli…
Danny oświadczył się Nati. Pseudo oświadczyny zostały przyjęte.
Chris urodził się przed północą z ogromnymi błękitnymi oczami i zaczątkiem czarnych włosków na główce, które układały się w delikatne loczki.
Teraz pora pokazać rodzinę rodzinie czyli „Witamy w Australii”.

Pierwsza część moja później Autumn i tak po kolei ^^

- Ruszaj się Messer bo nie wyjdziemy z tego samolotu do następnego Bożego Narodzenia –syknęłam stojąc w jakimś ciasnym korytarzu z Chrisem na rękach – na dodatek śmierdzi.
Danny spojrzał na mnie urażony i wskazał swoim charakterystycznym ruchem głowy jakąś kobietę przed sobą.
- zrób cokolwiek byle byśmy tylko stąd wyszli. JAMES NIE PCHAJ SIĘ! – krzyknęłam lądując na pseudo ścianie, która zadrżała niebezpiecznie.
***
-Żesz jasna cholera!- warknęłam odpychając od siebie Jamesa, który nadepnął mi na nogę.
-Znalazł się…słoń w składzie porcelany-mruknęłam opierając się o jego ramię i rozmasowując otarte miejsce.
-Trzeba było nie pchać na mnie tyłka-odmruknął nie wykazując za grosz współczucia.
-Ja pcham tyłek tylko na jedną osobę-syknęłam już porządnie wkurzona, patrząc jednocześnie maślanym wzrokiem na Danny’ego, który torował sobie drogę plecakiem większym od niego.
***
- wyglądasz jak Smurf – szepnęłam wychodząc w końcu na świeże powietrze.
Usłyszałam tylko ciche mrukniecie i odgłos rzucanych na podłogę toreb.
Rozejrzałam się dookoła i to co zobaczyłam nie wywołało jakiegoś wielkiego zdziwienia.
- Australijka wieś – szepnęłam patrząc na James’a, który udawał, że nie słyszy – w sumie… - usiadłam na krawężniku i zaczęłam obserwować mrówki, które zebrały się obok roztopionego batona należącego zapewne do jakiegoś rozwydrzonego Australijskiego bachora – trochę się boję…
***
Jak zwykle przewróciłam tylko oczami.
-A czego tu się bać?- rozejrzałam się dookoła mrużąc oczy przed wściekle rażącym słońcem, odskakując jednocześnie na bok i ratując się tym samym przed lecącym na mnie, z prędkością światła, kilkutonowym plecakiem.
-Jest widno…- zaczęłam, rzucając Jamesowi ostrzegawcze spojrzenie- Zero lasu, zero seryjnych morderców. Przed jednym zresztą uciekliśmy, więc drugi nie pojawi się już tak szybko. To w czym rzecz?
***
- W tym rzecz, że nie znam jego ciotki ani wuja. Nie znam jego rodziny a jego rodzina nie zna mnie. Jaki z tego wniosek? – zapytałam patrząc po kolei na każdego.
- żaden wniosek – szepnął James siadając obok mnie – wymyśliłaś sobie niewiadomo co i stanowczo do tego dążysz.
- do niczego nie dążę – syknęłam – jedyne do czego dążyłam to nasze spotkanie przy śmietniku.
Spojrzał na mnie dziwnie i uśmiechnął się szeroko.
- tylko? – zapytał szczerząc się jeszcze szerzej.
- i do kolacji…
Uśmiech nie znikał z jego twarzy.
- tak i do łóżka też dążyłam!
Objął mnie mocno wybuchając śmiechem w moje ramie.
- no bardzo śmieszne panie dążący – mruknęłam wycierając spocone czoło – zadzwoń lepiej do ciotki bo jeszcze chwila a przez to słońce zacznę popełniać podobne czyny co nasz kolega morderca.
***
Patrzyłam na nich z szeroko otwartymi ustami.
-Odwala im przez ten upał- szepnął mi do ucha Danny.
-Nie- pokręciłam głową z przerażeniem- Oni tacy są.
Po chwili zamrugałam szybko oczami i wyrywając się z otępienia rzuciłam Jamesowi telefon.
-Dzwoń Whistler. Tylko szybko, bo mi kartę zeżre.
Popatrzył na mnie z niedowierzaniem, wystukując numer na wytartej już ze starości klawiaturze.
Ani się obejrzałam a łapałam już lecący w moją stronę telefon, kiedy wpadła na niego niska, krępa kobieta, ściskając niemiłosiernie i niemal pozbawiając go dopływu powietrza.
***
Moja bezpieczna pozycja na krawężniku została zagrożona.
Złapałam za fotelik w którym smacznie spał Chris i schowałam się cichaczem za Danny’ego , który powstrzymywał się jak mógł by nie wybuchnąć śmiechem.
- matko kochana – szepnęłam patrząc na James’a przerażona – będzie miał uraz jak po ostatnim razie.
Danny spojrzał na mnie dziwnie.
- no po tym jak niechcący przygniotłam go w samochodzie – uśmiechnęłam się niewinnie – tak słodko jęczał.
- z bólu?
- no później się okazało, że z bólu – szepnęłam patrząc jak kobieta podchodzi chwiejnym krokiem do Nati i przytula mocno do siebie.
***
-Boże kochany…-szepnęłam machając sobie ręką przed twarzą tuż za jej plecami, kiedy objęła mnie mocno.
-Ann! Kochanie! Na zdjęciach wyglądasz zupełnie inaczej! -wydarła mi się prosto do ucha, zupełnie nie przejmując się, że prawie łamie mi żebra w swoim uścisku.
-Messer…-wydusiłam wyciągając do niego rękę.- Ratuj…ty pieprzony pseudolaborancie- syknęłam widząc jak prawie pęka ze śmiechu.
-Ja nie jestem Ann!- krzyknęłam w końcu wyrywając się z jej objęć i wpadając na nieco otępiałego Jamesa.
***
- to gdzie jest…- zapytała patrząc na Messer’a zza którego wystawała część moich włosów.
- Ann! – krzyknęła rzucając się w jego kierunku i odpychając go na bok – ciąża wyszła ci na dobre! – rzuciła mi się na szyje ściskając mocno.
- dzię…dziękuję – wydusiłam patrząc błagalnie na James’a.
- ciociu…- podszedł do niej i odciągnął na kilka kroków – Ann jest…nie może się jeszcze tak męczyć. Już nie może. Znów nie może.
- jeszcze nie mogę – uśmiechnęłam się szeroko ściskając go mocno za ramię – a teraz myślę, że nikt nie będzie miał nic przeciwko gdy…- wsiadłam do samochodu pakując się na tylnie siedzenie – pojedziemy już do domu – uśmiechnęłam się promiennie.
***
-To kto...?- zapytał Danny, ale wyprzedziłam jego pytanie ładując się szybko do przodu.
-Ja- uśmiechnęłam się do niego równie promiennie i zapięłam pas wyciągając przed siebie wygodnie nogi.
-A gdzie ja…
-Może na dachu?- syknęłam ani myśląc kiwnąć palcem i pomóc mu z plecakiem. –Jedziemy!- ćwierknęłam, kiedy w końcu wgramolił się do tyłu złorzecząc coś pod nosem.
-Uważaj dzisiaj w nocy…-mruknęłam- W nogach będziesz spał…a nie.
***
Ciotka nie spuszczała ze mnie wzroku.
James chwycił mnie delikatnie za rękę i wbił w nią wzrok.
- podobno króliki są bardzo płodne…- szepnął ale na ciotce nie zrobiło to wrażenia – nigdy nie myślałem, że…tak szybko…- kręcił wkoło i nie mógł wydusić z siebie tego co chciał.
- jestem w ciąży – szepnęłam w końcu patrząc na Chris’a, który spał trzymając w rączce palec James’a i ślinił go zawzięcie.
T-Bag
Posty: 964
Rejestracja: 2008-06-09, 16:16
Lokalizacja: Poznań
T-Bag
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: Mahonia »

Hehe, ale rodzinka :-D Świetne.
Mam tylko pytanie, co się stało z Alexem? Bo tak jakoś ucichło to zupełnie...
Michael Scofield
Posty: 3268
Rejestracja: 2007-08-27, 02:06
Lokalizacja: from Stata Mind ^^
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: AutumnLeaf »

Alex? hmmm^^

Enjoy xD

Jo:

Ogłuszający krzyk radości wypełnił jasny, bo oświetlony promieniami późnego, popołudniowego słońca, salon. W jednej sekundzie usiadłam z impetem na wielkiej i z tego co zdążyłam zauważyć, miękkiej kanapie (warto zapamiętać ten fakt na przyszłość), kiedy obok mnie, jak torpeda, śmignął z rozpostartymi ramionami niewysoki, łysiejący już człowieczek, wpadając z rozpędu na Whistlera.

-James!- musiałam użyć całej swojej silnej woli, żeby powstrzymać się od pokusy zakrycia uszu, kiedy jego piskliwy, zupełnie nie pasujący do postury głosik, zaczął niebezpiecznie drażnić moje bębenki.
-Aleś ty wyrósł!- zatrajkotał znowu, a ja dałabym sobie rękę uciąć, że widziałam jak łypie jednym okiem na jego rozporek, zupełnie nie przejmując się, czy ktoś go na tym przyłapie.
Zaczęłam szukać wzrokiem Ann, dostrzegając w końcu, jak standardowo chowa się za Danny’m, czekając aż przejdzie pierwsza fala „whistlerowskiej czułości”. Fala, która momentami przypominała tsunami.

Korzystając z okazji, że nikt nie zwracał na mnie uwagi, wbiłam wzrok w Danny’ego, który odpłynął, tracąc na chwilę kontakt z rzeczywistością i skupiony zbierał ukradkiem jakieś białe nitki wystające z koca, przerzuconego niedbale przez oparcie kanapy.

-Zboczenie zawodowe…- mruknęłam pod nosem, jednocześnie nie mogąc powstrzymać się od lekkiego uśmiechu.

Moje zadumanie nie trwało jednak długo.

-Osz cholera…- wystękałam po chwili i o mało nie straciłam równowagi z zaskoczenia, cofając się o krok, kiedy ni stąd ni zowąd poczułam silny ucisk w pasie i usłyszałam ten sam wibrujący głos, który tak wylewnie witał przed chwilą Whistlera.
Policjant. Nie miałam wątpliwości do kogo może należeć „żelazne cholerstwo”, znane pod bardziej popularną nazwą „kajdanki”, które bezlitośnie wbijało mi się w żebra. Znałam dobrze ten ból, dzieląc łóżko z pewnym „pseudo detektywem”, który czasem zapominał odkładać na półkę swoich zabawek.
Zresztą Whistler wspominał przed wyjazdem, że jego wujek jest komendantem na tutejszym posterunku policji.

-Miodnie- pomyślałam z ironią, przewracając oczami- Messer nie będzie mógł narzekać na nudę.

-Ann!

Zaczyna się.

Powtórka z rozrywki. Wesoła rodzinka, nie ma co. Najpierw musiałam użerać się z jednym Whistlerem, a teraz mam na głowie całe stado!

-Ledwo cię poznałem!- zaćwierkał waląc mnie po plecach, jakbym była jakimś workiem treningowym.
Nie miałam już nawet siły na tłumaczenia, wymięta i zmęczona po długiej podróży, ledwo widziałam na oczy.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy poczułam jak Danny chwyta mnie za rękę, odciągając na bok. Oparłam się o jego ramię, próbując uspokoić oddech i walące serce.

-Mała pomyłka wujku- uśmiechnął się szeroko, obejmując mnie i przyciągając do siebie.- Zresztą…u was to już chyba rodzinne…- wymruczał cicho pod nosem, robiąc niewinne oczy i popychając lekko Ann w jego stronę.
-Dzień…dobry…-powiedziała, uśmiechając się nerwowo, ale ani się obejrzała a już była w jego ramionach.
-Faktycznie- powiedział machając na Jamesa ręką i dając mu do zrozumienia, żeby poszedł do kuchni pomóc ciotce- Wydawałaś mi się jakaś…- wyszczerzył do mnie zęby zza jej ramienia-…za niska.
-Co pan nie powie?- mruknęłam, wymuszając sztuczny uśmiech i czując jak robi mi się gorąco ze złości.
Nienawidziłam jak ktokolwiek żartował sobie z mojego wzrostu.
-Bo ci para uszami pójdzie z tych nerwów- wyszeptała mi do ucha Ann, uśmiechając się złośliwie i unosząc do góry brew w charakterystyczny, raczej dla jej męża, sposób, kiedy wujek popędził za Jamesem, ciągnąc za sobą Danny’ego, który posłuszne podążył za nim.

-Kolacja!- usłyszałam jak ciotka krzyczy z kuchni i ani się obejrzałam a już siedziałam przy stole, naprzeciwko Jamesa i Ann, obok Danny’ego, który jak zwykle głodny, sięgał już po swój talerz.
-Ciociu, jaki był James, kiedy jeszcze z wami mieszkał?- wypaliła nagle Ann, biorąc do ręki sztućce i wbijając w nią zaciekawiony wzrok.
Przestałam jeść i spojrzałam na Jamesa, który w jednej chwili zrobił się zielony i zaczął rozglądać na boki, najwyraźniej w poszukiwaniu drogi ucieczki.

-Kiedy wyjechał w jego łóżku trzeba było wymienić sprężyny!- zaczęła i wybuchnęła perlistym śmiechem.
-Co jak co, ale nasz James nie mógł narzekać na brak powodzenia- wujek puścił do niego oko- Zawsze wiedzieliśmy, gdzie jest drabina.
-Dziewczyny dosłownie waliły do niego drzwiami i oknami- szepnęła ciotka, kiwając głową i zakrywając teatralnie usta ręką.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.
-Czasem zastanawialiśmy się, czy na górze nie zamieszkał kangur.
-Jeszcze chwila a pospadaliby nam na głowy razem z łóżkiem- zaświergotała ciotka patrząc na Jamesa z rozrzewnieniem.
Strzelałam między nimi oczami, aż w końcu zatrzymałam wzrok na James’ie, który zdążył już zmienić kolor na ciemny bordo.

-Zrób coś- wyczytałam z ruchu jego warg, kiedy napotkał mój wzrok.
Widziałam jak zerka w bok, patrząc ze strachem na Ann, która z błyszczącymi oczami chłonęła każde słowo.
Dałam mu do zrozumienia, że jest mi winien przysługę i odkalsznęłam głośno, odsuwając się do tyłu z krzesłem.
-Dziękujemy za wspaniała kolację…- powiedziałam uśmiechając się uprzejmie i przerywając tyradę o miłosnych przeżyciach Whistlera- …ale my już pójdziemy do siebie…rozpakować się.- dodałam, krzyżując pod stołem palce.
-Ale ja jeszcze nie…- zaczął Danny wskazując na talerz, ale uciszyłam go, kopiąc dyskretnie w kostkę.
-Mam ochotę na małą odmianę…- wymruczałam mu do ucha, patrząc w górę i uśmiechając się tajemniczo.

W jednej chwili pędziłam już po schodach ciągnięta przez niego ciemnym korytarzem, śmiejąc się na głos...ot tak.

Whistlerowa:

Trzask drzwi przerwał mi rytuał rozpakowywania ciuchów.
- nie wiedziałam, że byłeś takim plejbojem – szepnęłam nie odrywając wzroku od jego bokserek, które zwinnie wylądowały w szafie.
James nie zwracając uwagi na moje wywody rzucił się na łóżko.
- wiem, że byłeś młody ale żeby szaleć aż tak? – nie dawałam za wygraną.
- możemy o tym nie rozmawiać?
- temat ci nie leży?
- to było dawno temu. Teraz jest inaczej. I przestań układać te ciuchy – zaśmiał się cicho rzucając we mnie poduszką.
Zmierzyłam go diabelskim spojrzeniem i wzięłam na ręce Chris’a, który zaczął wkładać do buzi pasek od spodni.
- chyba rosną mu ząbki – szepnęłam siadając na łóżku obok James’a – zacznie się…- przerwał mi dość głośny huk z góry – robić wesoło – dokończyłam patrząc z niepokojem w sufit.
- siedzą na dachu - mruknął James zamykając oczy – niedługo będą to robić na drzewie – dodał po kolejnym głuchym odgłosie.
- może Messer nie może trafić? – zapytałam całkiem poważnie na co Chris wybuchnął głośnym śmiechem.
- nawet mój syn wie, że Mess to ciapa – zaśmiał się złośliwie Whistler.
Kolejny głuchy huk.
Kolejny.
I jeszcze jeden.
- siedzą tam już pół godziny – szepnęłam stwierdzając po chwili, że zostałam sama.
Chris zasnął trzymając w buzi palec swojego ojca, który w najlepsze odpłynął do świata marzeń sennych.
Uniosłam brew do góry i już miałam łapać za aparat fotograficzny by zrobić zdjęcie z którego będzie się później śmiała cała rodzina kiedy znów przerwał mi ten sam odgłos, który sprowadził mnie na ziemię.
Mój wzrok skierował się znowu na ogromną górę rzeczy wystającą z trzech walizek.
- nie mogę patrzeć na ten burdel – mruknęłam wstając cicho by nie obudzić facetów.
Dźwięki na górze stawały się nie do zniesienia.
- tu jest małe dziecko…- szepnęłam wpychając do szafy ostatnią pustą torbę.
Moje własne myśli zostały przerwane przez odgłos, który mógł zmrozić krew w żyłach.
James zerwał się z łóżka a ja przywarłam do ściany.
- atakują nas – szepnęłam James z przerażeniem w oczach.
Pokiwałam głową wskazując dłonią w stronę okna.
James podszedł do szyby z miną rodem z horroru i przywołał mnie do siebie zgrabnym ruchem dłoni.
W całkowitym mroku przeszłam przez pokój i złapałam się jego ramion.
Moim oczom ukazały się powiewające delikatnie na wietrze bokserki.
- zerwał linię wysokiego napięcia – szepnął James powstrzymując śmiech.
- czy to był…- nie mogłam wydusić z siebie nic więcej.
Patrzyłam na gatki, który zgrabnie wisiały na gałęzi i zastanawiałam się jaki obraz znajduje się na dole.
- mógł się połamać – szepnęłam cicho ruszając po omacku do drzwi.
- jedyne co mógł sobie złamać to…
- James tu jest dziecko – syknęłam mu do ucha wychodząc na korytarz i wpadając w coś twardego.
- widzieliście Danny’ego? – zapytał znany mi głos.
- taaaaaa. Leciał pierwszą klasą – uśmiechnął się szeroko James.
Moje serce radowało się na myśl, że ona nie widzi w tej chwili naszych twarzy, którym daleko było do pełnej powagi.
Usłyszałam odgłos zbiegania i cichy huk.
- cholera! – krzyknęła zbierając się z ziemi.
- musisz uważać na schody! – krzyknął James i pociągnął mnie za nią.
Na dworze było chłodno.
Wiatr ustał i gdy wytężyło się słuch można było usłyszeć świerszcze.
Ten jakże cudowny dźwięk przerwał jęk, który dobywał się z pobliskich zarośli.
- łamaga – szepnął James stając nad klęczącą i lamentującą Nati – bez paniki. Tylko trochę się potłukł.
- trochę? Trochę?! – spojrzała na niego bazyliszkowatymi ślepiami – mógł zginąć!
- nikt wam nie kazał się kochać na dachu – szepnęłam kręcąc sobie kosmyk włosów na palcu.
- nie skarbie. Oni się nie kochali. Oni się…
- dobrze James ja nie chce znać szczegółów – szepnęłam patrząc ukradkiem w stronę krzaków – chyba otarł sobie małe coś…
Tym razem jej wzrok skierował się na mnie.
- pali…cholera pali… - szepnęłam zasłaniając oczy.
Po dłuższej chwili wszyscy łącznie z Messerem, który siedział owinięty w kraciasty koc wujka znaleźli się w salonie.
Mia
Fernando Sucre
Posty: 304
Rejestracja: 2008-02-15, 20:13
Fernando Sucre
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: Mia »

OMG :shock: Leżę już teraz, po prostu leżę :mrgreen: Dziewczyny jesteście niesamowite :mrgreen:
Michael Scofield
Posty: 1616
Rejestracja: 2008-01-30, 11:10
Lokalizacja: Kielce
Michael Scofield
Powrót z klasą. Nic dodać nic ująć. Świetne w każdym calu. warto było czekać. Najlepszy był Masser w krzakach :mrgreen: :mrgreen:
Michael Scofield
Posty: 1194
Rejestracja: 2008-06-06, 14:50
Lokalizacja: że znowu
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: edzik »

w koncu sie wzielam i czytam xd Jestem na ... 4 stronie! Tekst "zezarl mi cham dwa zlote" mnie rozwalil na lopatki xD. juz mnei oczy bola wiec mala przerwe se zrobie lae wroce...:)
Sara Tancredi
Posty: 147
Rejestracja: 2007-08-28, 17:10
Sara Tancredi
o żesz w morde jeza nietoperza :D
to byla (posłuze sie znajomoscia englisha) amazing
wymieklam na tekscie "widzieliście Danny’ego? – zapytał znany mi głos.
- taaaaaa. Leciał pierwszą klasą – uśmiechnął się szeroko James" :mrgreen: czekam na dalsza czesc
Michael Scofield
Posty: 1194
Rejestracja: 2008-06-06, 14:50
Lokalizacja: że znowu
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: edzik »

Ol postepy 10 ston za mna XD. w takim emocjonujacym momencie dostalam telefon i starcilam watek ale juz dobrze xd. dziewczyny-poprostu bomba! szkoda tylko ze alex nie wypadl przez okno wraz z T-bagiem xd a lekarz nie okazal sie messerem xD
Michael Scofield
Posty: 3268
Rejestracja: 2007-08-27, 02:06
Lokalizacja: from Stata Mind ^^
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: AutumnLeaf »

Alisss <żółwik> ;p

Edzik, a i pan pseudo laborat się pojawi ^^

Dziękujemy xD
Michael Scofield
Posty: 1194
Rejestracja: 2008-06-06, 14:50
Lokalizacja: że znowu
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: edzik »

no wiem bo przeczytalam z ciekawosci jeden z ostatnich odcinkow xd. albo przeoczylam napis 6 miesciecy pozniej albo tania przyjela oswiedczyny od jamesa po3 dniach znajomosci xD. co prawda ja bym przyjela od paula nawet gdyby teraz zadzwonil tak bez pierscionka i kwiatkow :)...
Awatar użytkownika
Pam
T-Bag
Posty: 913
Rejestracja: 2008-03-03, 09:35
Lokalizacja: Wągrowiec
Awatar użytkownika
T-Bag
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: Pam »

Świetne!! :P No normalnie nam tu sie pisarki rodzą :D
Michael Scofield
Posty: 1194
Rejestracja: 2008-06-06, 14:50
Lokalizacja: że znowu
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: edzik »

pam chyba sie juz urodzily xD...no nie moge z tego. zcemu ja tego wczesniej nie czytalam?
Mia
Fernando Sucre
Posty: 304
Rejestracja: 2008-02-15, 20:13
Fernando Sucre
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: Mia »

edzik pisze:w koncu sie wzielam i czytam
Ja to przeczytałam ciurkiem ale tak w 2 wieczory, bo za jednym razem moje oczy nie dały rady i za każdym razem miałam banana na twarzy :mrgreen: z ręką na sercu mało która książka mnie tak wciągnęła jak to :mrgreen:
Michael Scofield
Posty: 1194
Rejestracja: 2008-06-06, 14:50
Lokalizacja: że znowu
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: edzik »

No ja nie mam czasu za bardzo i moje oczy tez cos swiruja... wiec przerwy trzeba robic, a szkoda
Michael Scofield
Posty: 5018
Rejestracja: 2007-10-23, 15:39
Lokalizacja: z łóżka Whistlera
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: Tanira »

Mia twój ostatni koment mnie zabił :*

danke ^^
Michael Scofield
Posty: 3268
Rejestracja: 2007-08-27, 02:06
Lokalizacja: from Stata Mind ^^
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: AutumnLeaf »

Hehe, ano zabił. Na śmierć ;p

Danke schon nawet ^^
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: Xaneta »

Haha świetne :D Jak mi brakowało waszych opowiadań :D Świetne ;]
Michael Scofield
Posty: 5018
Rejestracja: 2007-10-23, 15:39
Lokalizacja: z łóżka Whistlera
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: Tanira »

Messerowa

-Mogliście nie zabawiać się w 'Nieustraszonych' i kochać w bardziej przyzwoitym miejscu.

Westchnęłam cicho, słysząc podobny ironicznie- złośliwy komentarz już chyba po raz setny, podczas ostatnich dziesięciu minut, kiedy to zdołałam dowlec swojego, nieco uszkodzonego narzeczonego do salonu, owinąć w koc, który zauważyłam na kanapie zaraz po przyjeździe i dopaść do lodówki, skąd po małej szarpaninie, triumfalnie wyciągnęłam torebkę z lodem.

-To była romantyczna kolacja...- szepnął Danny, dotykając ostrożnie ręką miejsca na czole, które zapewne przywitało się po drodze z jakąś gałęzią.

-Miała być...poprawiłam go, przykładając delikatnie zimny worek, zawinięty w ręcznik do malującego się wszystkimi barwami tęczy siniaka, który do tej pory przybrał już wielkość Nowej Zelandii.
-Ale trochę się zagalopowaliśmy- dodał, widząc zapewne ich wyczekujące spojrzenia, które ja, z marnym skutkiem, starałam się ignorować.
-Będziesz miał guza jak stąd do Nowego Jorku- mruknęłam rozkładając rzucone na kupę poduszki i zaczynając odczuwać lekkie wyrzuty sumienia.
W końcu przez czyją zachciankę wylądowaliśmy z butelką wina na dachu?
Pierwszy kieliszek i gwiazdy miałam na wyciągnięcie ręki.
Po drugim byłam już w kosmosie.
Przy trzecim nastąpiło orbitowanie i awaryjne lądowanie jednego...członka na ziemi.

-Ty mu to raczej przyłóż do...- zaczął James ze złośliwym uśmiechem, ale zamknął się natychmiast, kiedy tylko napotkał mój miażdżący wzrok.
-Kochanie...sex to bardzo niebezpieczna dyscyplina- odezwał się nagle Danny, wyciągając spod koca jakąś połamaną, żałośnie wyglądającą gałązkę, która przez jedną, okropną chwilę skojarzyła mi się tylko z jednym.
-Zwłaszcza, jeśli uprawia się ją z tobą- uśmiechnął się do mnie krzywo zza okładu.
-Wolę nie pytać, skąd to wyjął- usłyszałam cichy szept Jamesa, który najwyraźniej nie potrafił ugryźć się w język.
-Wolisz nie wiedzieć, gdzie to się za chwilę może znaleźć- warknął Danny, poprawiając okulary, które nieco odkształcone, zsunęły mu się na czubek nosa.
James zagwizdał cicho, najwidoczniej nie mogąc dać za wygraną.
-Jeśli tobie są do tego potrzebne okulary to...
Usłyszałam ciche trzepnięcie i zobaczyłam jak Ann szczerzy do nas zęby, cofając rękę od jego pleców i udając, że nic się nie stało.

-Przestańcie być złośliwi- syknęłam z rządzą mordu w oczach, kiedy Danny, szczelnie owinięty kocem, mrucząc pod nosem coś w stylu 'zero współczucia' i 'wypadki chodzą po ludziach', ułożył się wygodnie na poduszkach, odwracając do nas tyłem i momentalnie zapadając w głęboki sen.
-Poza tym...to była moja wina- szepnęłam strącając ze spodni jakiegoś uschniętego liścia- Chyba zbyt gwałtownie przekręciłam się na bok i...jakby to powiedzieć...sturlał się...- zakończyłam kulawo, pociągając nosem.
-Wszystko z nim w porządku- Ann położyła mi rękę na ramieniu, uśmiechając się delikatnie.
-Prawie złamał sobie tyłek, jeśli to w ogóle możliwe- zaćwierkał cicho James, nie tracąc najwyraźniej dobrego humoru -Ale nic mu nie będzie.

Spojrzałam na ich wymuszoną powagę i z trudem powstrzymywane rozbawienie. W końcu sama parsknęłam śmiechem, czując jak opadają ze mnie wszystkie emocje.
-Idźcie już spać- pomachałam im ręką, obserwując jak Ann wskakuje Jamesowi na plecy, jak to miała w zwyczaju i razem
zaczynają wdrapywać się po schodach.

Przytuliłam się do Danny'ego, czując jak usypia mnie ciepło jego ciała.

-Mmm...kocham...- zdołałam jeszcze wymruczeć, przyciskając policzek do jego koszulki z kultowym dla nowojorczyków napisem ''I Love NY', która jakimś cudem przetrwała ostre pikowanie w dół.
-Mnie czy ich jak mi jadą?- do moich uszu dobiegł cichy szept kogoś, kto powinien spać jak zabity już od dobrego kwadransa.
-Kocham cię Mess...choćby mi powiedzieli, że kroisz chleb skalpelem i ucinasz sobie poobiednie drzemki na stole w prosektorium....
-Wydało się...- odwrócił się do mnie przodem, opiekuńczo otaczając ramionami.
-Gadasz jak potłuczony Panie Pseudo Detektywie- zdobyłam się jeszcze na odrobinę złośliwości, bez której nasz związek nie miałby chyba racji bytu.
-Koniec czarnego humoru. Za dużo ze mną przebywasz Pani Prawie Messer- pocałował mnie w czoło-...branoc.

Ostatnim obrazem przed oczami z jakim zasnęłam, była mina Danny'ego, jaka malowała się na jego twarzy, kiedy próbował jeszcze przytrzymać się rynny...


-Tosta? A może dżem? Jakiś owoc? Herbaty? Kawy? Soku?

Wściekłe, australijskie słońce waliło mi po oczach, zmuszając do ciągłego ich mrużenia i wykrzywiania twarzy w nienaturalny sposób. Mój nie do końca rozbudzony mózg, starał się ogarnąć cały ten chaos, w jaki wpakowałam się, schodząc na śniadanie.
Usiadłam obok Danny'ego, rzucając mu szybkie spojrzenie i wytrzeszczając oczy ze zdziwienia na widok jego, ułożonych zwykle w artystyczny nieład włosów, które dzisiaj zaczesane do przodu, zasłaniały pół czoła.
Zresztą, jak nietrudno było zauważyć, cała nasza trójka była dziwnie zajęta wpatrywaniem się w swoje dłonie, nie mając odwagi podnieść głowy z obawy przed niekontrolowanym atakiem śmiechu.
Na szczęście Jamesowi skończyły się podłe komentarze a Ann nie miała chyba ochoty na dalsze wrzucanie mojemu poobijanemu narzeczonemu, co było aż dziwne, bo wiem, że uwielbiała to robić.

-Eee...na razie dziękuję- uśmiechnęłam się uprzejmie do ciotki, która od mojego przyjścia nie przestawała podstawiać mi pod nos wszystkiego, co stało na stole w dość sporym ogrodzie, tuż za domem.
-James kochanie, zaprowadź swoich gości do twojego- zrobiła palcami cudzysłów w powietrzu- Miejsca- O- Którym- Nikt- Nie- Wie- wyszeptała konspiracyjnie, ukradkiem puszczając do nas oko.

Czując, że nadchodzi nieuchronny kataklizm w postaci wyciągania na światło dzienne faktów z przeszłości Whistlera, od razu skupiłam na nim całą swoją uwagę i uśmiechnęłam się złośliwie, widząc jego lekko zszokowaną minę.

-Skąd wy...- zaczął James, ale ciotka natychmiast mu przerwała.
-Och przestań skarbie, masz wujka policjanta- zaświergotała, widząc jego reakcję- Wyśledził cię, po tym jak zbiłeś szybę w jego samochodzie, podczas jednego z tych tam twoich meczy.
-Nigdy nie mógł zaliczyć bazy- wtrącił milczący do tej pory wujek, siorbiąc bez skrępowania kawę, ze zdecydowanie za małej jak na jego pulchne dłonie, filiżanki.
-Bo to była piłka nożna!- jeknął James, zamykając oczy i chowając w dłoniach czerwoną ze wstydu twarz.
-Jeden pies- odparował wujek, zupełnie niezrażony poprzednią wpadką.
-Czyli...wiedzieliście...od zawsze?- zapytał Whistler, puszczając mimo uszu ostatnią uwagę.
-Oczywiście, że wiedzieliśmy kochanie! Głupie pytanie. Te twoje krzaki...
-To nie są krzaki!- oburzył się James, robiąc nadąsaną minę a Danny uśmiechnął się tylko z satysfakcją.
-Te. Twoje. Krzaki- powtórzyła, akcentując każde słowo i wiercąc w nim dziurę wzrokem, aż z powrotem zrobił się potulny jak baranek. Są na swoim miejscu, więc w dorgę kochani!- dokończyła już z szerokim uśmiechem.

***

and Whistlerowa 8-)

- krzaki? – zapytałam cicho gdy szliśmy pustą ulicą.
James obrzucił mnie groźnym spojrzeniem i podrzucił Chris’a do góry.
- krzaki…? – powtórzyłam patrząc na Nati, która wzdrygnęła ramionami i wzięła Danny’ego pod rękę.
- to nie są krzaki – szepnął spokojnie James – to moje ukochane miejsce.
- kochałeś się tam? – zapytałam ciekawie.
- NIE! – krzyknął tracąc cierpliwość – NIGDY NIKOGO TAM NIE ZABIERAŁEM!
W ostatniej chwili zdążyłam wsadzić palec do ucha unikając zderzenia z głośnym krzykiem.
Spojrzałam na niego tak samo jak w chwili gdy mówiłam mu, że jestem w ciąży.
- przepraszam – szepnął i pocałował mnie w policzek.
- już dobrze…- mruknęłam i potknęłam się o jakiś korzeń lądując na drzewie.
- tu trzeba patrzeć pod nogi – uśmiechnął się delikatnie i wlazł z małym między gałęzie.
Otrzepałam się ziemi, kilku mrówek i starałam się nie słyszeć zduszonego śmiechu dwóch wrednych trolli.
- bardzo śmieszne – syknęłam ruszając za James’em i niby przypadkiem uderzając Danny’ego grubą gałęzią prosto w nos.
Wśród syków i jęków wyłonił się cudowny obraz.
Przez gałęzie drzew wpadały na polanę promienie słońca.
Woda chlupotała wesoło wśród kamieni miedzy którymi pływały ryby.
- anielsko…- wyszeptałam siadając w miejscu w którym stałam.
- to tutaj – zaświergotał James wchodząc z Chris’em do wody.
Usłyszałam za sobą trzas łamanych gałązek i oddech na mojej szyi.
- oli mje os – szepnął Messner.
- zupełnie nie wiem o czym mówisz – odwróciłam się i spojrzałam prosto w jego zapłakane oczy.
- spójrz na to inaczej. Zrób sobie bilans zysków i strat. Przynajmniej jest mniejszy – uśmiechnęłam się szeroko.
Nati usiadła obok mnie.
- wiesz, że James’owi też przydałaby się operacja plastyczna? – szepnęła łapiąc na kamień.
Obrzuciłam ją wściekłym spojrzeniem i pociągnęłam Danny’ego za pasek.
- patrz i podziwiaj – roztoczyłam ręką półkole przed jego oczami.
Mruknął coś pod nosem i wbił wzrok w James’a.
Chris wywijał nogami w wodzie strasząc ryby i przy okazji chlapiąc Whistler’a.
Nati wystawiła twarz do słońca z nadzieją, że uda jej się opalić.
A Danny?
Danny leżał na trawie i smarkał na rękę.
- denerwujesz mnie – szepnęłam konspiracyjnie.
- patrzę czy nie leci mi krew – syknął.
- zaraz może polecieć znowu.
Zacisnęłam palce na jego karku i zaczęłam trząść w rytm plusków wody.
- wariatka! – krzyknął podnosząc się z ziemi i ruszył w kierunku James’a.
- wyryj sobie to na czole. „Nigdy nie zadzieraj z kobietą w ciąży” – szepnęłam.
- jeśli poniszczysz mi narzeczonego ja poniszczę tobie męża – szepnęła beznamiętnie Nati nie otwierając oczu.
Po kilku godzinach beztroskiego leżenia, zabawy i piciu zimnych napoi alkoholowych od których mnie trzymano z daleka zaczęło się robić zimno.
Chris zasnął otulony koszulą James’a.
- jaki on uroczy – szepnęłam kładąc głowę na ramieniu Whistler’a.
- oooo właśnie przydałby mi się masaż – mruknął chyląc głowę.
- nie teraz – zaświergotałam i rozejrzałam się dookoła.
Jako jedyna z tej czwórki byłam do życia.
Nati kiwała się niebezpiecznie patrząc na Chris’a a Danny cieszył się do kamieni, które nazbierał.
- wracamy do domu. Nie nadajecie się na długie rodzinne wyprawy.
James spojrzał na mnie oburzony.
- no może oprócz ciebie – uśmiechnęłam się promiennie i poklepałam go po głowie.
Wzięłam małego na ręce i czekałam aż reszta towarzystwa zbierze z ziemi swoje tyłki.
- możesz przestać się tak do nich uśmiechać? – zapytałam patrząc na Danny’ego, który głaskał właśnie któryś z kamieni.
- są takie śliczne…
- to są kamienie. Kochanie chodź…- wzięłam go pod rękę – pobawimy się nimi w domu.
Spojrzał na mnie ze łzami w oczach.
- naprawdę? – zapytał ściskając mnie mocniej.
- Panie daj mi siły – szepnęłam patrząc w niebo.
Po chwili…Po dłuższej chwili wracaliśmy do domu. Zygzakiem.
Było ciemno.
Moją uwagę przykuł mężczyzna, który stał po drugiej stronie ulicy.
Obserwował nas.
Czarna czapka z daszkiem.
Czarna koszulka.
Uśmiech.
Ironiczny uśmiech, który nawiedzał mnie w snach.
- o Boże… - wyszeptałam i pociągnęłam Danny’ego – szybciej.
Mój głos potoczył się po pustej ulicy.
Spojrzałam na drugą stronę ale jego już nie było.
- do cholery nie rozumiecie?! – odwróciłam się do tyłu.
James obejmował się z Nati i śpiewał coś po hiszpańsku.
Podeszłam do niego i chwyciłam za pasek od spodni.
- wracamy do domu – syknęłam.
- y yo me quedo sin respirar – szepnął cicho.
- co?! Nie wydurniaj się!
- on mówi, że nie może oddychać – zachichotała Nati.
Rzuciłam jej groźne spojrzenie i wskazałam bramę do ogrodu.
Zostałam sama na pustej ulicy z dzieckiem na rękach.
Po chodniku potoczył się chłodny wiatr i mogłoby się wydawać, że także cichy śmiech.
- to niemożliwe – szepnęłam stając w drzwiach i jeszcze raz patrząc na ulicę.
- co tam widzisz? – zapytała Nati próbując skupić wzrok.
Zamknęłam drzwi na wszystkie możliwe zamki i spojrzałam na nią ze strachem.
- uuuuu mamy gościa – wyszczerzyła zęby.
- na górę – syknęłam ciągnąc ją za rękę po schodach.
W naszym pokoju wszystko było tak jak zawsze.
- spokojnie. Przecież mogło ci się wydawać – szepnęła gdy podeszłam do okna.
- nic mi się nie wydawało. On tam był. Stał.
- wariujesz – szepnęła grzebiąc pod naszym łóżkiem.
- ten człowiek jest dziwny – odwróciłam się w jej kierunku – jego obecność powoduje, że na moim ciele pojawia się…- spojrzałam na ręce.
- pojawiają się oznaki strachu, prawda? – zapytał męski, melodyjny głos.
W jednej chwili Nati przestała grzebać w ciuchach pod łóżkiem.
- on tu jest? – zapytała cicho.
Nie ruszyłam się z miejsca gdy dotknął moich włosów.
- dawno się nie widzieliśmy…uciekliście.
- wyjechaliśmy – szepnęłam.
- uciekliście – syknął odwracając mnie w swoją stronę.
- nie każdy lubi zapach śmierci w swoim mieszkaniu – spojrzałam mu prosto w oczy.
- wiesz co…rozmawiamy minutę…a ty już zaczynasz mnie denerwować. A wiesz co mogę zrobić jak jestem zdenerwowany? Czy nie wiesz? – zapytał rzucając na podłogę kolejne zdjęcia.
James w kuchni.
James z Chris’em na spacerze.
Chris w piaskownicy w ogródku.
- ty świrze – syknęłam.
Wyjął z kieszeni moje ostatnie zdjęcie USG i zamachał mi przed oczami.
- mogę uderzyć w coś co zaboli bardziej – szepnął przesuwając dłonią po moim policzku – wpadłem zobaczyć co robicie.
- żyjemy.
Zaśmiał się ironicznie.
- żyjecie – przytaknął – niech wam będzie…- wyskoczył na dach – wracajcie do facetów. Chyba za Wami tęsknią. A i jeszcze jedno…- uśmiechnął się szeroko – widzę…- wskazał na mnie.
Zza łóżka usłyszałam ciche pociągnięcie nosem.
Mój wzrok znowu skierował się w stronę okna.
Nie było go.
- jeśli powiesz im coś co zdarzyło się przed chwilą w tym pokoju – szepnęłam siadając obok niej na podłodze – będziemy w niebezpieczeństwie.
Awatar użytkownika
Pam
T-Bag
Posty: 913
Rejestracja: 2008-03-03, 09:35
Lokalizacja: Wągrowiec
Awatar użytkownika
T-Bag
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: Pam »

Jezu :D Świetne!!! Te poczatki są wręcz powalające :D
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19
Michael Scofield
Re: Historia by Nati & Ann

Post autor: Xaneta »

Tanira pisze:- możesz przestać się tak do nich uśmiechać? – zapytałam patrząc na Danny’ego, który głaskał właśnie któryś z kamieni.
- są takie śliczne…
- to są kamienie. Kochanie chodź…- wzięłam go pod rękę – pobawimy się nimi w domu.
Spojrzał na mnie ze łzami w oczach.
- naprawdę? – zapytał ściskając mnie mocniej
hahaha xDDD
Rządzicie i Wymiatacie xDD

A Końcówka to chwile gdy jak wariatce serce zaczeło bić mocniej...
Sara Tancredi
Posty: 147
Rejestracja: 2007-08-28, 17:10
Sara Tancredi
no nie ja myslalam ze pojdzie w strone komedii a tu prosze takie rzeczy juz sie boje choc nie jest mnie w stanie nic przestaraszyc :)
niezle niezle dziewczeta czekam na dalsze czesci..... :-)
ODPOWIEDZ

Wróć do „Fan Fiction - Twórczość własna”