Michael Scofield
Super ^^
I naprawdę ich nie ma xD
I naprawdę ich nie ma xD
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19
bosko...ślub... Susan jako kobieta. cudowny odcinek.
Michael Scofield
Wszystko było tak strasznie sztuczne.
Ludzie.
Uśmiechy na twarzach.
Nawet uściski rąk nie były szczere.
Miałam wrażenie, że każdy kto składa gratulacje Jamesowi ma ochotę wbić mu nóż prosto w serce.
Z wymuszonym uśmiechem odciągnęłam Whistlera na bok.
- nie chce tu być – szepnęłam bawiąc się falbanką od sukni.
- Ann jeszcze tylko chwila…
- nie czuje się tu dobrze. Popatrz na tych ludzi. Każdy ma mord w oczach.
- jeszcze tylko chwila i obiecuję, że stąd pójdziemy – szepnął odgarniając mi włosy z ramion – jeszcze tylko chwila. Chodź.
Pociągnął mnie za rękę w kierunku jakiejś starszej kobiety.
- nowy członek rodziny – uśmiechnęła się promiennie.
Była inna niż pozostali.
Uwierzyłam w jej uśmiech.
- to jest Ann babciu – szepnął James uśmiechając się szeroko.
Kobieta popatrzyła na mnie z nieukrywaną miłością w oczach i chwyciła z rękę.
- on nie jest taki jak mój syn – szepnęła –James wdał się w matkę. I dzięki Bogu.
James spuścił wzrok ale uśmiechnął się delikatnie.
- no idźcie już, idźcie. Wyciągnij go z tego sztywniackiego wesela – szepnęła mi do ucha.
Uśmiechnęłam się szeroko i wciągnęłam Jamesa do domu.
Zamknęłam z nim drzwi do pokoju i zagrodziłam wyjście.
- jeśli się stąd ruszysz zabiję – szepnęłam – przebieramy się i jedziemy gdzieś.
- gdzie? – zapytał z szerokim uśmiechem.
- obojętnie. Byleby daleko od tego całego kłamstwa – szepnęłam wyglądając przez okno – oni i tak nas nie potrzebują. Gdy wybuchnie jakaś afera to przynajmniej nie dostanę kulki w głowę.
Usłyszałam cichy śmiech.
Odwróciłam się.
Zabierał się za zdejmowanie spodni.
- nie tutaj! – krzyknęłam i zakryłam oczy biegnąc do łazienki.
Zrzuciłam z siebie całą etykietkę panny młodej i wbiłam się w dżinsy i białą koszulkę.
- ja jestem gotowa – szepnęłam i wyszłam z toalety skupiając całą swoją siłę na ułożeniu kilku loków.
- ja też.
Spojrzałam na niego.
Zielona koszulka, dżinsy.
- szkoda tylko, że się ogoliłeś – szepnęłam z diabelskim uśmiechem wskakując mu na barana.
- zabijesz mnie kiedyś – wyszeptał powstrzymując śmiech.
- nie gadaj tyle tylko ruszaj. Jedziemy gdzieś. Na plażę.
- znowu? – uniósł brew do góry.
- mówiłam nie gadaj tylko idź. Idź Whistler!
Wymknęliśmy się cicho głównym wejściem.
Wsiedliśmy do czarnego Jeep’a i ruszyliśmy przed siebie.
- uwiera mnie – szepnęłam grzebiąc przy palcu.
- co cię uwiera?
- obrączka.
Zaśmiał się cicho.
- skoro już teraz uwiera cię perspektywa spędzenia całego życia ze mną to co będzie później – szepnął.
- przestań sobie ze mnie robić jaja. Nie jestem do tego przyzwyczajona. Nie nosze na co dzień biżuterii.
- przyzwyczaisz się – szepnął patrząc na mnie.
- eee tam przyzwyczaisz…boli…
- pokaz.
Chwycił moją rękę.
Coś kazało mi spojrzeć na drogę.
- JAMES UWAŻAJ! – krzyknęłam widząc pędzący prosto na nas samochód.
Czego jak czego ale refleksu jaki ma James można mu pozazdrościć.
Ostre hamowanie.
Pisk opon.
Brzdęk tłuczonej szyby.
- Boże…- wyszeptał – nic ci nie jest? – zapytał chwytając mnie za rękę.
- nie…- szepnęłam odpinając pasy i wysiadając z samochodu.
Spojrzałam przed siebie.
Znałam ten samochód.
Siedziałam na jego masce wtedy w lesie.
- Lincoln…- szepnęłam gdy James chwycił mnie za rękę.
Po chwili z kłębów kurzu wyłoniła się postać.
Później kolejna.
- miło, że się spotykamy – syknął Linc mierząc prosto do Jamesa.
Whistler zasłonił mnie swoim ciałem.
Spojrzałam na jego kieszeń.
Pistolet.
- spokojnie…może jakoś dojdziemy do porozumienia…- wyszeptał James, któremu trzęsły się ręce.
- z tobą nie idzie dojść do porozumienia – szepnął Mike.
Przytuliłam się do Jamesa jeszcze mocniej gdy usłyszałam odgłos odbezpieczanego pistoletu, który trzymał Linc.
- pożegnaj się z nią – syknął celując mu prosto w głowę.
Trzęsącą ręką wyciągnęłam z kieszeni Whistlera pistolet.
Delikatnie.
Bez pośpiechu.
Odbezpieczyłam cicho.
- pożegnaj się – powtórzył Linc.
- nie bo nigdzie nie odchodzę – wysyczał James.
- to tobie się tak wydaje. Jak to jest po hiszpańsku? Adios?
Nigdy nie myślałam, że to zrobię.
Nigdy nie myślałam, że będę celować do mojego brata z zamiarem zabicia go.
Strzał wypełnił mi uszy.
Czułam tylko jak James ciągnie mnie za rękę do samochodu.
Wpycha na siedzenie, odpala i odjeżdża.
- zabiłam go – szepnęłam patrząc na drogę.
- nie zabiłaś. Strzeliłaś mu w ramię – szepnął.
- chciałam go zabić…
Przejechaliśmy spory kawałek zanim się zatrzymał.
Wysiadłam i oparłam o betonowy mur dzielący mnie od plaży.
- chciałaś zabić bo on chciał zabić mnie?
Pokiwałam głową zalewając się łzami.
Przytulił mnie mocno.
- nic mu nie będzie. To tylko postrzał w ramię – szepnął przytulając mnie mocniej.
- James ja…ja…
Spojrzał mi prosto w oczy.
- to był twój naturalny odruch – szepnął – nie zabiłaś go. Nie masz powodu do obaw.
- James ja cię…
Przyłożył mi palec do ust.
- nie mów. To co zrobiłaś zastępuje wszystko…
Teraz zdałam sobie sprawę
Że naprawdę nie wiedziałam
Jak bardzo Cię kocham
Do dziś…
Ludzie.
Uśmiechy na twarzach.
Nawet uściski rąk nie były szczere.
Miałam wrażenie, że każdy kto składa gratulacje Jamesowi ma ochotę wbić mu nóż prosto w serce.
Z wymuszonym uśmiechem odciągnęłam Whistlera na bok.
- nie chce tu być – szepnęłam bawiąc się falbanką od sukni.
- Ann jeszcze tylko chwila…
- nie czuje się tu dobrze. Popatrz na tych ludzi. Każdy ma mord w oczach.
- jeszcze tylko chwila i obiecuję, że stąd pójdziemy – szepnął odgarniając mi włosy z ramion – jeszcze tylko chwila. Chodź.
Pociągnął mnie za rękę w kierunku jakiejś starszej kobiety.
- nowy członek rodziny – uśmiechnęła się promiennie.
Była inna niż pozostali.
Uwierzyłam w jej uśmiech.
- to jest Ann babciu – szepnął James uśmiechając się szeroko.
Kobieta popatrzyła na mnie z nieukrywaną miłością w oczach i chwyciła z rękę.
- on nie jest taki jak mój syn – szepnęła –James wdał się w matkę. I dzięki Bogu.
James spuścił wzrok ale uśmiechnął się delikatnie.
- no idźcie już, idźcie. Wyciągnij go z tego sztywniackiego wesela – szepnęła mi do ucha.
Uśmiechnęłam się szeroko i wciągnęłam Jamesa do domu.
Zamknęłam z nim drzwi do pokoju i zagrodziłam wyjście.
- jeśli się stąd ruszysz zabiję – szepnęłam – przebieramy się i jedziemy gdzieś.
- gdzie? – zapytał z szerokim uśmiechem.
- obojętnie. Byleby daleko od tego całego kłamstwa – szepnęłam wyglądając przez okno – oni i tak nas nie potrzebują. Gdy wybuchnie jakaś afera to przynajmniej nie dostanę kulki w głowę.
Usłyszałam cichy śmiech.
Odwróciłam się.
Zabierał się za zdejmowanie spodni.
- nie tutaj! – krzyknęłam i zakryłam oczy biegnąc do łazienki.
Zrzuciłam z siebie całą etykietkę panny młodej i wbiłam się w dżinsy i białą koszulkę.
- ja jestem gotowa – szepnęłam i wyszłam z toalety skupiając całą swoją siłę na ułożeniu kilku loków.
- ja też.
Spojrzałam na niego.
Zielona koszulka, dżinsy.
- szkoda tylko, że się ogoliłeś – szepnęłam z diabelskim uśmiechem wskakując mu na barana.
- zabijesz mnie kiedyś – wyszeptał powstrzymując śmiech.
- nie gadaj tyle tylko ruszaj. Jedziemy gdzieś. Na plażę.
- znowu? – uniósł brew do góry.
- mówiłam nie gadaj tylko idź. Idź Whistler!
Wymknęliśmy się cicho głównym wejściem.
Wsiedliśmy do czarnego Jeep’a i ruszyliśmy przed siebie.
- uwiera mnie – szepnęłam grzebiąc przy palcu.
- co cię uwiera?
- obrączka.
Zaśmiał się cicho.
- skoro już teraz uwiera cię perspektywa spędzenia całego życia ze mną to co będzie później – szepnął.
- przestań sobie ze mnie robić jaja. Nie jestem do tego przyzwyczajona. Nie nosze na co dzień biżuterii.
- przyzwyczaisz się – szepnął patrząc na mnie.
- eee tam przyzwyczaisz…boli…
- pokaz.
Chwycił moją rękę.
Coś kazało mi spojrzeć na drogę.
- JAMES UWAŻAJ! – krzyknęłam widząc pędzący prosto na nas samochód.
Czego jak czego ale refleksu jaki ma James można mu pozazdrościć.
Ostre hamowanie.
Pisk opon.
Brzdęk tłuczonej szyby.
- Boże…- wyszeptał – nic ci nie jest? – zapytał chwytając mnie za rękę.
- nie…- szepnęłam odpinając pasy i wysiadając z samochodu.
Spojrzałam przed siebie.
Znałam ten samochód.
Siedziałam na jego masce wtedy w lesie.
- Lincoln…- szepnęłam gdy James chwycił mnie za rękę.
Po chwili z kłębów kurzu wyłoniła się postać.
Później kolejna.
- miło, że się spotykamy – syknął Linc mierząc prosto do Jamesa.
Whistler zasłonił mnie swoim ciałem.
Spojrzałam na jego kieszeń.
Pistolet.
- spokojnie…może jakoś dojdziemy do porozumienia…- wyszeptał James, któremu trzęsły się ręce.
- z tobą nie idzie dojść do porozumienia – szepnął Mike.
Przytuliłam się do Jamesa jeszcze mocniej gdy usłyszałam odgłos odbezpieczanego pistoletu, który trzymał Linc.
- pożegnaj się z nią – syknął celując mu prosto w głowę.
Trzęsącą ręką wyciągnęłam z kieszeni Whistlera pistolet.
Delikatnie.
Bez pośpiechu.
Odbezpieczyłam cicho.
- pożegnaj się – powtórzył Linc.
- nie bo nigdzie nie odchodzę – wysyczał James.
- to tobie się tak wydaje. Jak to jest po hiszpańsku? Adios?
Nigdy nie myślałam, że to zrobię.
Nigdy nie myślałam, że będę celować do mojego brata z zamiarem zabicia go.
Strzał wypełnił mi uszy.
Czułam tylko jak James ciągnie mnie za rękę do samochodu.
Wpycha na siedzenie, odpala i odjeżdża.
- zabiłam go – szepnęłam patrząc na drogę.
- nie zabiłaś. Strzeliłaś mu w ramię – szepnął.
- chciałam go zabić…
Przejechaliśmy spory kawałek zanim się zatrzymał.
Wysiadłam i oparłam o betonowy mur dzielący mnie od plaży.
- chciałaś zabić bo on chciał zabić mnie?
Pokiwałam głową zalewając się łzami.
Przytulił mnie mocno.
- nic mu nie będzie. To tylko postrzał w ramię – szepnął przytulając mnie mocniej.
- James ja…ja…
Spojrzał mi prosto w oczy.
- to był twój naturalny odruch – szepnął – nie zabiłaś go. Nie masz powodu do obaw.
- James ja cię…
Przyłożył mi palec do ust.
- nie mów. To co zrobiłaś zastępuje wszystko…
Teraz zdałam sobie sprawę
Że naprawdę nie wiedziałam
Jak bardzo Cię kocham
Do dziś…
Ostatnio zmieniony 2008-04-11, 14:26 przez Tanira, łącznie zmieniany 1 raz.
Michael Scofield
eee...?xDzakryłam oczy biegnąc do łazienki
ha! po nazwisku najlepiej xDIdź Whistler!
ach...miodnie ^^ zajefakenbicznie xD
Michael Scofield
słucham? xD jakiś problem? xDAutumnLeaf pisze:eee...?xD
[ Dodano: 2008-04-11, 13:03 ]
a co xDAutumnLeaf pisze:ha! po nazwisku najlepiej xD
danke xDAutumnLeaf pisze:...miodnie ^^ zajefakenbicznie xD
Michael Scofield
ehe.. taa.. jasne. Uważaj, bo Ci uwierzę xDTanira pisze:Zabierał się za zdejmowanie spodni.
- nie tutaj! – krzyknęłam i zakryłam oczy biegnąc do łazienki.
za pierwszym razem przeczytałam 'wskakując mu na banana' hahaha xDTanira pisze:- szkoda tylko, że się ogoliłeś – szepnęłam z diabelskim uśmiechem wskakując mu na barana.
zabiłaś Linca?!!? no nieeee... to ja dalej nie czytam xDTanira pisze:Strzał wypełnił mi uszy.
hahahaha.. że jak? xDAutumnLeaf pisze:zajefakenbicznie
Michael Scofield
no nie xD nie publicznie o takich rzeczach xDagulec pisze:za pierwszym razem przeczytałam 'wskakując mu na banana' hahaha xD
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19
fajnie fajnie....A juz myslałam ze zlewa zabiłaś.No ale cóż.Mówi sie trudno... JA chce wiecej 
Michael Scofield
Bardzo wciągająca ta opowieść!! Zazwyczaj nie czytam opowieści bo bym musiała spędzić dużo czasu na nadrabianiu, ale twojej przeczytałam prolog właściwie przypadkiem i stwierdziłam, że jest ekstra!!
Doszłam do 19 odc. no i mój brat chciał wsiąść więc postanowiłam reszte wydrukować bo bym nie wytrzymała!! xD No i tym sposobem doszłam do końca gdzie wkurzyło mnie jak Linc chciał zabić Whistlera, a potem Ann strzeliła w Linca xD No i Susan miłosierna!! xD
Michael Scofield
awwww cudne... no poprostu tak za tym tęskniłam a tu ... suprise ! i jest nowiusi odcineczek .. ale z tej Ann kochana siostra ..ale jakbym miała takiego mamuta za brata tez bym pewnie go zastrezliła 
Michael Scofield
Boże...ja myślałam, że się już dzisiaj nie uśmiechne... ^^zabiłaś Linca?!!? no nieeee... to ja dalej nie czytam xD
zajefakenbiczny xDhahahaha.. że jak? xD
John Abruzzi
Super xD
xD Normalny żywy człowiek xDTanira pisze:Była inna niż pozostali.
Uwierzyłam w jej uśmiech.
Biedny DżejmsTanira pisze:- szkoda tylko, że się ogoliłeś – szepnęłam z diabelskim uśmiechem wskakując mu na barana.
(...)
- mówiłam nie gadaj tylko idź. Idź Whistler!
wow... Ann dopasowuje się do nowej rodzinki xDTanira pisze:wyciągnęłam z kieszeni Whistlera pistolet.
Delikatnie.
Bez pośpiechu.
Odbezpieczyłam cicho.
Świeżak
Posty: 1
Rejestracja: 2008-02-23, 23:46
Zajebiste opowiadanie... nie mogę doczekać się następnych odcinków. [shadow=yellow][/shadow] 
Michael Scofield
[center]9 miesięcy później…
Panama się nie zmieniła.
Nadal była tak upalna.
Tak radosna jak wtedy gdy po raz pierwszy przyjechała do tego kraju z Nim.
Bracia i Ona zostali oczyszczeni ze wszystkich zarzutów i mogli wrócić spokojnie do USA.
Oni skorzystali.
Ona nie.
Straciła z Nimi kontakt.
Starała się zapomnieć.
Jamesa nikt już nie ścigał.
Ona nie wnikała w to co im zrobił.
To gorące słońce było uciążliwe dla wszystkich ludzi.
Szczególnie dla kobiet w ciąży.
A jeszcze bardziej szczegółowo dla jednej…[/center]
- Jaaaaaaaamesssssss – wyjęczałam leżąc nieruchomo na łóżku.
- Jaaaaaaaamesssssss gorąco mi…
Whistler otworzył leniwie oczy i spojrzał najpierw na mój brzuch a później na mnie.
- wszystko w porządku? – zapytał
- jest mi gorąco…bardzo…
- czy z dzieckiem wszystko w porządku? – zapytał ponownie unosząc brew do góry.
Zrobiłam urażoną minę i odgarnęłam włosy, które rozwiewał mi wentylator.
- boli mnie – szepnęłam.
James otworzył szerzej oczy wbijając we mnie wzrok.
- znaczy wiesz…czuję mrowienie….tu…
Chwyciłam jego rękę i przyłożyłam do dolnej części brzucha.
- on nie kopie – szepnął James robiąc jeszcze większe oczy.
- bo jest za duży – mruknęłam z ogromną pewnością siebie.
- to może pojedziemy do szpitala?
- zgłupiałeś? Jeszcze dużo czasu…
James westchnął cicho i zlazł z łóżka.
- nie przeklinaj przy dziecku – mruknął idąc do łazienki.
Umiałam sobie sama radzić w ciężkich sytuacjach.
Nie przewidziałam tylko ciąży.
Z wielkim trudem wstałam z łóżka i ruszyłam w stronę balkonu, który był zasłonięty roletą.
- wyglądam jak ciężarówka – mruknęłam nie patrząc na swoje odbicie w lustrze.
Odsłoniłam ciężkie rolety i uderzył mnie blask ostrego słońca.
- jasna cholera – syknęłam.
- słyszałem! – krzyknął James przez zamknięte drzwi łazienki.
Prychnęłam cicho i wyjrzałam przez okno.
Nie wiedziałam gdzie jest bardziej gorąco.
Czy w pokoju czy na dworze.
Mrowienie zamieniło się w ostry chwilowy ból, który spowodował, że z oczu popłynęły mi łzy.
Chwyciłam się mocno parapetu i im mocniej ściskałam tym ból ustępował.
Odetchnęłam głęboko i ruszyłam w stronę łóżka nie mając ochoty na przygody takie jak ta.
Usiadłam na łóżku.
Ból się powtórzył.
Jeszcze silniejszy.
Oprócz łez wywołał także krzyk.
Z łazienki wybiegł James zaplątując nogi w dżinsach, który zatrzymały się na wysokości kolan.
- co ci? – zgrabnym ślizgiem wylądował obok mnie.
- nie wiem – wyszeptałam przez łzy trzymając się kurczowo za brzuch – chyba…
- co chyba?!
- chyba rodzę!!! – krzyknęłam tak głośno na ile miałam sił.
James wytrzeszczył na mnie oczy.
Wstał spokojnie z podłogi wciągając dżinsy do końca i zakładając jakąś koszulkę, którą znalazł pod łóżkiem.
- odbiło ci? – zapytałam prawie wybuchając śmiechem.
- ja jestem spokojny – szepnął i złapał trzęsącymi się rękami kluczyki do samochodu – jestem bardzo spokojny. Pamiętaj, że masz oddychać głęboko – mruknął cicho.
- pamiętam…- szepnęłam schodząc po trzech stopniach i wychodząc na rozgrzaną ziemię.
- nie. Nie ty. Ja – powiedział skupiony w sobie James wsadzając mnie do samochodu.
Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę.
- chyba ci się coś pomyliło…- szepnęłam gdy usiadł za kierownicą.
- czytałem…
Nie dokończył.
Przerwał mu mój głośny krzyk.
Oczy zaszły mi łzami.
Nie czułam nic oprócz tego, że „coś” stara się wydostać.
- James szybciej bo urodzę w samochodzie – syknęłam gdy zaparkował z piskiem przed wejściem do szpitala.
- mam…cię wziąć na ręce? – zapytał cicho.
- sama dam sobie rade! – krzyknęłam coraz bardziej zdenerwowana.
Doczołgałam się jakoś do recepcji.
- rodzę – syknęłam z wymuszonym, sztucznym uśmiechem.
Kobieta spojrzała na mnie dziwnie.
James starał się wydusić z siebie cos po hiszpańsku ale nie za bardzo mu wychodziło.
- ja rodzę – syknęłam łapiąc go za koszulkę i przyciągając do siebie – zrób coś bo nie ręczę za siebie!
Po chwili zwijając się z bólu wylądowałam na jakiejś sali.
Ktoś zaczął ściągać ze mnie ciuchy.
- łapy precz zboczeńcu! – krzyknęłam czując, że przez ból stracę przytomność.
Wystraszony lekarz zaczął gadać coś po swojemu.
- co?! – krzyknęłam mu prosto w twarz ściskając ręce w pięści.
Ktoś chwycił mnie za rękę.
- gryź, drap rób co chcesz…- szepnął James uśmiechając się delikatnie.
Ból był nie do zniesienia.
Wbiłam mu paznokcie w dłonie.
Nie widziałam czy go boli.
Łzy zasłaniały mi wszystko.
Zaczęło mi się mieszać.
James coś do mnie mówił ale go nie rozumiałam.
Krzyczałam najgłośniej w swoim życiu.
Po chwili ktoś krzyczał już ze mną.
- o cholera…- wyszeptałam cicho zamykając oczy.
- mówiłem nie przeklinaj przy dziecku – szepnął wyraźnie rozbawiony świeżo upieczony tatuś i pocałował mnie w czoło.
- jestem zmęczona…- mruknęłam tylko gdy wywozili mnie z sali.
Dłonie miałam zimne jak zwykle.
Leżałam w idealnie wymalowanej sali.
- dostał 10 na 10 – zaświergotał James wchodząc do środka z małym zawiniątkiem.
Spojrzałam na niego dziwnie.
Nie wszystko jeszcze do mnie docierało.
- chcesz zobaczyć synka? – zapytał siadając obok na łóżku.
Uśmiechnęłam się delikatnie wyciągając ręce w kierunku malucha.
Odsłoniłam delikatnie pieluszkę z jego twarzy.
- jest śliczny…- szepnęłam czując, że do oczu znowu napływają mi łzy.
Maluch otworzył oczy.
Błękitne, pełne głębi oczy.
- jak u tatusia – powiedział z dumą James prężąc ramiona – już wiesz jak go nazwiemy?
- James…- powiedziałam cicho gdy kruszynka złapała mój palec.
- ja nie wiem…- szepnął przysuwając się bliżej i patrząc w jego oczy.
Uśmiechnęłam się delikatnie.
- James Junior – szepnęłam.
James chciał coś powiedzieć ale przerwał mu głośny płacz.
- zaczyna się…- mruknął uśmiechając się szeroko.
Panama się nie zmieniła.
Nadal była tak upalna.
Tak radosna jak wtedy gdy po raz pierwszy przyjechała do tego kraju z Nim.
Bracia i Ona zostali oczyszczeni ze wszystkich zarzutów i mogli wrócić spokojnie do USA.
Oni skorzystali.
Ona nie.
Straciła z Nimi kontakt.
Starała się zapomnieć.
Jamesa nikt już nie ścigał.
Ona nie wnikała w to co im zrobił.
To gorące słońce było uciążliwe dla wszystkich ludzi.
Szczególnie dla kobiet w ciąży.
A jeszcze bardziej szczegółowo dla jednej…[/center]
- Jaaaaaaaamesssssss – wyjęczałam leżąc nieruchomo na łóżku.
- Jaaaaaaaamesssssss gorąco mi…
Whistler otworzył leniwie oczy i spojrzał najpierw na mój brzuch a później na mnie.
- wszystko w porządku? – zapytał
- jest mi gorąco…bardzo…
- czy z dzieckiem wszystko w porządku? – zapytał ponownie unosząc brew do góry.
Zrobiłam urażoną minę i odgarnęłam włosy, które rozwiewał mi wentylator.
- boli mnie – szepnęłam.
James otworzył szerzej oczy wbijając we mnie wzrok.
- znaczy wiesz…czuję mrowienie….tu…
Chwyciłam jego rękę i przyłożyłam do dolnej części brzucha.
- on nie kopie – szepnął James robiąc jeszcze większe oczy.
- bo jest za duży – mruknęłam z ogromną pewnością siebie.
- to może pojedziemy do szpitala?
- zgłupiałeś? Jeszcze dużo czasu…
James westchnął cicho i zlazł z łóżka.
- nie przeklinaj przy dziecku – mruknął idąc do łazienki.
Umiałam sobie sama radzić w ciężkich sytuacjach.
Nie przewidziałam tylko ciąży.
Z wielkim trudem wstałam z łóżka i ruszyłam w stronę balkonu, który był zasłonięty roletą.
- wyglądam jak ciężarówka – mruknęłam nie patrząc na swoje odbicie w lustrze.
Odsłoniłam ciężkie rolety i uderzył mnie blask ostrego słońca.
- jasna cholera – syknęłam.
- słyszałem! – krzyknął James przez zamknięte drzwi łazienki.
Prychnęłam cicho i wyjrzałam przez okno.
Nie wiedziałam gdzie jest bardziej gorąco.
Czy w pokoju czy na dworze.
Mrowienie zamieniło się w ostry chwilowy ból, który spowodował, że z oczu popłynęły mi łzy.
Chwyciłam się mocno parapetu i im mocniej ściskałam tym ból ustępował.
Odetchnęłam głęboko i ruszyłam w stronę łóżka nie mając ochoty na przygody takie jak ta.
Usiadłam na łóżku.
Ból się powtórzył.
Jeszcze silniejszy.
Oprócz łez wywołał także krzyk.
Z łazienki wybiegł James zaplątując nogi w dżinsach, który zatrzymały się na wysokości kolan.
- co ci? – zgrabnym ślizgiem wylądował obok mnie.
- nie wiem – wyszeptałam przez łzy trzymając się kurczowo za brzuch – chyba…
- co chyba?!
- chyba rodzę!!! – krzyknęłam tak głośno na ile miałam sił.
James wytrzeszczył na mnie oczy.
Wstał spokojnie z podłogi wciągając dżinsy do końca i zakładając jakąś koszulkę, którą znalazł pod łóżkiem.
- odbiło ci? – zapytałam prawie wybuchając śmiechem.
- ja jestem spokojny – szepnął i złapał trzęsącymi się rękami kluczyki do samochodu – jestem bardzo spokojny. Pamiętaj, że masz oddychać głęboko – mruknął cicho.
- pamiętam…- szepnęłam schodząc po trzech stopniach i wychodząc na rozgrzaną ziemię.
- nie. Nie ty. Ja – powiedział skupiony w sobie James wsadzając mnie do samochodu.
Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę.
- chyba ci się coś pomyliło…- szepnęłam gdy usiadł za kierownicą.
- czytałem…
Nie dokończył.
Przerwał mu mój głośny krzyk.
Oczy zaszły mi łzami.
Nie czułam nic oprócz tego, że „coś” stara się wydostać.
- James szybciej bo urodzę w samochodzie – syknęłam gdy zaparkował z piskiem przed wejściem do szpitala.
- mam…cię wziąć na ręce? – zapytał cicho.
- sama dam sobie rade! – krzyknęłam coraz bardziej zdenerwowana.
Doczołgałam się jakoś do recepcji.
- rodzę – syknęłam z wymuszonym, sztucznym uśmiechem.
Kobieta spojrzała na mnie dziwnie.
James starał się wydusić z siebie cos po hiszpańsku ale nie za bardzo mu wychodziło.
- ja rodzę – syknęłam łapiąc go za koszulkę i przyciągając do siebie – zrób coś bo nie ręczę za siebie!
Po chwili zwijając się z bólu wylądowałam na jakiejś sali.
Ktoś zaczął ściągać ze mnie ciuchy.
- łapy precz zboczeńcu! – krzyknęłam czując, że przez ból stracę przytomność.
Wystraszony lekarz zaczął gadać coś po swojemu.
- co?! – krzyknęłam mu prosto w twarz ściskając ręce w pięści.
Ktoś chwycił mnie za rękę.
- gryź, drap rób co chcesz…- szepnął James uśmiechając się delikatnie.
Ból był nie do zniesienia.
Wbiłam mu paznokcie w dłonie.
Nie widziałam czy go boli.
Łzy zasłaniały mi wszystko.
Zaczęło mi się mieszać.
James coś do mnie mówił ale go nie rozumiałam.
Krzyczałam najgłośniej w swoim życiu.
Po chwili ktoś krzyczał już ze mną.
- o cholera…- wyszeptałam cicho zamykając oczy.
- mówiłem nie przeklinaj przy dziecku – szepnął wyraźnie rozbawiony świeżo upieczony tatuś i pocałował mnie w czoło.
- jestem zmęczona…- mruknęłam tylko gdy wywozili mnie z sali.
Dłonie miałam zimne jak zwykle.
Leżałam w idealnie wymalowanej sali.
- dostał 10 na 10 – zaświergotał James wchodząc do środka z małym zawiniątkiem.
Spojrzałam na niego dziwnie.
Nie wszystko jeszcze do mnie docierało.
- chcesz zobaczyć synka? – zapytał siadając obok na łóżku.
Uśmiechnęłam się delikatnie wyciągając ręce w kierunku malucha.
Odsłoniłam delikatnie pieluszkę z jego twarzy.
- jest śliczny…- szepnęłam czując, że do oczu znowu napływają mi łzy.
Maluch otworzył oczy.
Błękitne, pełne głębi oczy.
- jak u tatusia – powiedział z dumą James prężąc ramiona – już wiesz jak go nazwiemy?
- James…- powiedziałam cicho gdy kruszynka złapała mój palec.
- ja nie wiem…- szepnął przysuwając się bliżej i patrząc w jego oczy.
Uśmiechnęłam się delikatnie.
- James Junior – szepnęłam.
James chciał coś powiedzieć ale przerwał mu głośny płacz.
- zaczyna się…- mruknął uśmiechając się szeroko.
John Abruzzi
super xD
A ty weź się wreszcie zdecyduj czy to mały Dżejms czy Chris

A ty weź się wreszcie zdecyduj czy to mały Dżejms czy Chris
Michael Scofield
ahahaha, dobra, zaczynamy xD
Dżej Dżej!
cytując książkę dla niemowlaków?xDbo jest za duży – mruknęłam z ogromną pewnością siebie.
y y. słonica xDwyglądam jak ciężarówka
Bo dlaczego niby miałby je założyć do końca, nie?^^ neheheheZ łazienki wybiegł James zaplątując nogi w dżinsach, który zatrzymały się na wysokości kolan.
To jest prawdziwy James, jakiego znam xD- ja jestem spokojny ... Nie ty. Ja – powiedział skupiony w sobie James wsadzając mnie do samochodu.
Dżej Dżej!
Michael Scofield
si xDAutumnLeaf pisze:cytując książkę dla niemowlaków?xD
masz wpier*** xDAutumnLeaf pisze:y y. słonica xD
nie wiem co on tam robił xDAutumnLeaf pisze:Bo dlaczego niby miałby je założyć do końca, nie?^^
taaaa myślący tylko o sobie xD jak ty xDAutumnLeaf pisze:To jest prawdziwy James, jakiego znam xD
to jest tak słodkie że nie wiem xD awwwwAutumnLeaf pisze:Dżej Dżej!
Michael Scofield
masz wpier*** ^^jak ty xD
Michael Scofield
hyhy.. moje Gratulację!! 
fajowy odcinek xD normalnie śmiać się i płakać ze wzruszenia za jednym razem^^ i tak jakoś fajnie mi^^
nie cytuję, bo by miejsca w poście zabrakło xD
fajowy odcinek xD normalnie śmiać się i płakać ze wzruszenia za jednym razem^^ i tak jakoś fajnie mi^^
nie cytuję, bo by miejsca w poście zabrakło xD
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19
hahaha xD dobre xD
podobało mi sie xD i to bardzo ;]
kto by uwierzył xDxDTanira pisze:jestem bardzo spokojny. Pamiętaj, że masz oddychać głęboko – mruknął cicho.
- pamiętam…- szepnęłam schodząc po trzech stopniach i wychodząc na rozgrzaną ziemię.
- nie. Nie ty. Ja – powiedział skupiony w sobie James wsadzając mnie do samochodu.
Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę.
podobało mi sie xD i to bardzo ;]
Michael Scofield
Ekstra!! Dzidziuś ^^ Nie spodziewałam sie takiego zwrotu akcji xD James jest spokojny 
Michael Scofield
Mam wrażenie, że z tej historii robi się Moda na sukces xD
Pytanie: Czy pisać dalej?
Pytanie: Czy pisać dalej?
John Abruzzi
pisz, pisz, pisz! (albo będzie sławetny strajk
)
Michael Scofield
Radzę pisać bo my tutaj zwiędniemy xDTanira pisze:Pytanie: Czy pisać dalej?
Michael Scofield
Tylko żeby ci się nie zrobił z Jamesa zdziadziały pantoflarz xD o, taki jak ten nasz ehehe xD