Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19
jeny.nie kontrolowane wybuchy śmiechu to juz normalne jak czytam Wasze opowiadania
wreszcie sie doczekaliśmy
świetne jak zawsze ;]
Michael Scofield
oO OO OoAutumnLeaf pisze:dlatego się na młodszego przerzuciłam ;p
o nie.
o nie. o ja. o.AutumnLeaf pisze:kurde no, z dziadkiem jestem xD
jak kurde?!? co w ogóle? jak? kiedy to się stanie? dlaczego? jak można? jak ja to będę czytać? jak MY fanki to zniesiemy?? chyba umrę.
Michael Scofield
Już tak nie przezywajcie
zmieniła go na lepszy model 
Michael Scofield
mówiłam, że mnie rozszrpią, harpie jedne!!!xD
Michael Scofield
Ałtumn
Zwlekliśmy się z Alexem chyba koło południa. Ann i Whistler, dzięki Bogu postanowili nam nie przeszkadzać i dali spać w świętym spokoju. Jamesa zresztą nie było, bo poszedł do pizzerii pozałatwiać jakieś sprawy papierkowe, a rano zachowywał się na tyle cicho, że nas nie obudził. I chwała mu za to bo poprzedniego dnia padałam z nóg. Jeszcze ta wieczorna akcja...
Pamiętam, że kiedy otworzyłam oczy i zaczęłam rozglądać się za Alexem, znalazłam go leżącego na podłodze, z jakimś kocem na głowie. Na początku zdziwiłam się, dlaczego nie jest w pracy, ale po chwili do mnie dotarło.
Poniedziałek.
Czyli dzisiaj ma przepisowo wolny dzień. Od jutra dopiero zacznie się cały ten cyrk, za którym absolutnie nie tęskniłam, a do którego na nowo będę musiała przywyknąć.
Acha, i nie. Nie zdziwiam się, że leżał na podłodze. ^^
Teraz, już w swojej kuchni podśpiewywałam wesoło pod nosem, wyglądając przez okno i poddając próbie swoje umiejętności kulinarne.
-Kochanie, co tu tak...- zaczął mówić Alex, uchylając drzwi, i najwidoczniej czując jakiś nieokreślony lęk przed zbliżeniem się do kuchenki, na której, zaczęło coś niebezpiecznie syczeć.
-O cholera!Moje naleśniki!- przerwałam mu, rzucając sę do patelni.
-O nie...o nie...dlaczego się przypaliły...
-Może powinnaś mniej gapić się w okno a więcej...ok, ok...już się nie odzywam- powiedział, widząc mój wzrok i czym prędzej uciekając do pokoju.
Jak Whistler to robi...zawsze wszystko mu wychodzi...chyba jednak nie zostanę słynną szefową kuchni, którą każdy prosi o poprowadzenie własnego programu w telewizji...Moje marzenia rozsypały się w proch...
Marudziłam tak pod nosem jeszcze jakieś dziesięć minut, dopóki całkowicie nie przeszedł mi żal po straconych naleśnikach. Złapałam za telefon i zamówiłam obiad z pobliskiego baru.
-Widzę, że nici z domowego obiadku...- westchnął Alex, próbując ukryć uśmiech.
Temu to dobrze, zawsze przychodzi na gotowe. Sam mógłby spróbować coś ugotować, ciekawe czy wtedy byłby taki mądry.
-Oj daj spokój...wiesz, że się starałam...
-Kochanie...ja bym nawet zjadł te twoje naleśniki, jeżeli sprawiłoby ci to przyjemność...- zaczął mówić, ale mu przerwałam:
-Widzisz, jak chcesz to potrafisz być słodki...
-Ale...- dodał-...jutro idę do pracy i nie chcę mieć żadnych niespodzianek.
-Uch. A myślałam, że już cię ktoś podmienił na lepszy model- mruknęłam pod nosem biorąc się za zmywanie.
-Kiedy masz kolejne zajęcia?
-Mmmm...nie mam- ćwierknęłam- To były ostatnie w tym roku, słonko. Masz mnie teraz caaałą dla siebie!
Nie zdąrzył jednak nic odpowiedzieć, bo rozległ się dzwonek do drzwi.
-Idź otworzyć. Muszę zrobić...COŚ...z tą kuchnią- powiedziałam zrezygnowana, patrząc na pobojowisko przede mną.
Po głosach z przedpokoju, poznałam, że to Ann i James, dzięki Bogu pogodzeni. Chyba nie zniosłabym ich kolejnej kłótni. Lubię Jamesa, ale czasami tak mnie wkurza, że przykułabym go kajdankami Alexa, do drzwiczek naszego Rovera i ciągnęła przez jakieś dwa kilometry. Ehm...
-O matko, co tu tak śmierdzi!-wypaliła Ann, wtykając głowę do kuchni i krzywiąc się, zatkała sobie nos.
-Bo ci się zmarszczki porobią- syknęłam- Lepiej byś mi pomogła.
Ociągając się, złapała wreszcie za płyn do zmywania i jakoś razem dałyśmy sobie radę, z tego co pozostało z moich prób zrobienia eleganckiego i wystawnego obiadu składającego się z...no tak. Z naleśników. Dobre i to na początek...
-Jak tam James?- szepnęłam- Nadal zachowuje się jak jaskiniowiec, czy przeszedł już na dalszy etap ewolucji?- powidziałam złośliwie, łapiąc za sok wiśniowy, który stał na kredensie i włażąc na parapet.
-Bardzo śmieszne. Jest...- i tu się zawachała- Jest dobrze...Jeszcze nie do końca...to do niego...dotarło, ale jest ok.
Pokiwałam głową, nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć.
-Będzie lepiej, zobaczysz- uśmiechnęłam się szeroko, chociaż wcale do śmiechu mi nie było. Czekało nas jeszcze wiele...niespodzianek tego dnia i jak narazie wolałam o tym nie myśleć.
-Chodźmy stąd, mam dosyć kuchni jak na dzisiaj- pociągnęłam ją za rękę do salonu, zgarniając po drodze colę, paczkę ciastek i dwie mrożone kawy dla Alexa i Jamesa.
-Hej- powiedziałam radośnie wpadając do pokoju, na co Alex tylko się uśmiechnął a James podskoczył nerwowo na fotelu, zerkając w stronę Ann.
-Widziałaś- szepnęła do mnie.- Ciągle tak reaguje, jak znajdę się w pobliżu.
-Przejdzie mu- odszepnęłam- To dobry facet, musi to po prostu przyswoić...
-O czym tak rozprawiacie na ucho- odezwał się nagle Alex.
Cholerny agent, wszystko musi wiedzieć.
Co by tu skłamać...
-Myślałyśmy, że może...- zaczęłam i urwałam w połowie zdania.
-Może zrobimy sobie zdjęcia!- chlapnęła Ann, uśmiechając się promiennie. Spojrzałam na nią ze zgrozą, wycofując się nieznacznie z pokoju.
-Pogięło cię- syknęłam.
-No daj spokój Nati! To wspaniay pomysł! Utrwalimy naszą małą rodzinkę!- James miał szczęście, że nie zauważyła, tego grymasu na jego twarzy, który pojawił się po słowie "rodzina".
Cholera, facet rzeczywiście nie za dobrze sobie z tym radzi...
Mam nadzieję, że...
-Macie aparat?- usłyszałam jak Ann pyta Alexa.
-Alex proszę nie! Wiesz jak ja wychodzę na zdjęciach!-jęknęłam, będąc coraz bliżej drzwi.
-Siadaj i nie marudź- złapała mnie za rękę Ann, popychajac na łóżko koło Whistlera.
-Przyniosę- powiedział Alex, który o zdjęcia martwić się nie musi.
On z dobrym wychodzeniem na nich już się urodził. Niektórzy ludzie tak mają, ale ja nie! Nienawidzę zdjęć, jak dla mnie mogłyby w ogóle nie istnieć. Nie pogniewałabym się.
-MOWY NIE MA!- krzyknęłam i wystrzeliłam z pokoju, zatrzaskując się w łazience.
-Spróbujcie mnie stąd wyciągnąć- pomyślałam, przekręcając zamek, który jakoś dziwnie zazgrzytał. Trzeba to będzie później naoliwić...
-James idź po nią!-
-O niedoczekanie- pomyślałam.
Nagle usłyszałam jakieś stuki i brzęki, odgłosy szamotaniny i głos Ann:
-Aleex! Proszę cię...wiesz jak ja kocham kawę!
-Wybij to sobie z głowy.
-Dobrze kochanie, nie daj się jej- kibicowałam mu.
-Chociaż troszeczkę- błagała Ann. Ja tylko zaśmiałam się po cichu, wiedząc dobrze, że i tak nie przekona mojego mża, który był chyba najbardziej upartym człowiekiem na świecie.
-Łyczek?
-Nie.
-Skoro tak- usłyszałam znowu, przykładając ucho do drzwi, żeby nie uronić ani słowa.
-Ann złaź ze mnie!- Alex krzyczał coś, i po chwili byli już w przedpokoju.
-James, zdejmij ją ze mnie, bo nie chcę jej przez przypadek...ehm...uszkodzić!!!
-Nati on mnie molestuje!
-Nieprawda!
-James co tam się dzieje!- krzyknęłam w końcu- Jeżeli mnie wkręcacie, to nie odezwę się do was do końca życia!
-Twoja kochana przyjaciółka wskoczyła mi na plecy i za nic nie chce zleźć!- warknął Alex- I wybij sobie z głowy kawę!
-Chociaż tro...- odgłosy szamotaniny...i po chwili słyszałam już tylko brzęk tłuczonego kubka i krzyk Ann.
-Ann...Alex?
-Uch, złapał mnie James, ale Alex wylądował na podłodze.- powiedziała z satysfakcją.
-Alex!Nic ci nie jest!!!- krzyknęłam zaniepokojona, szarpiąc za klamkę.
-Cholera, dlaczego nie chcą się otworzyć!
-Jest agentem do cholery! Nic mu nie jest!- darła się Ann, jednak najwidoczniej było jej za mało, więc kopnęła w drzwi, aż odskoczyłam.
-Uważaj trochę!
-Wyłaź stamtąd!
-Ale ja nie mogę!!!- darłam się z mojego więzienia na własne życzenie, ciągle szarpiąc za klamkę.
-Zróbcie coś!- powiedziałam błagalnie, dodając po chwili ze strachem.- Tylko nie strzelaj Alex!!!
-James, pomóż jej, przynajmniej sobie mięśnie wyrobisz.
-On nie ma żadnych mięśni- mruknęłam pod nosem, zła na całego.
-Słyszałam- syknęła Ann- Nie widziałaś to się nie wymądrzaj.
-Pfff. Zróbcie coś!!!
Po chwili coś szarnęło za klamkę i drzwi nareszcie się otworzyły.
-Alex nic ci nie jest- podbiegłam do niego, zaglądając z niepokojem w oczy, na co on tylko wybuchnął śmiechem, opierając się o ścianę.
Zabolało mnie. Moja wina, że ja się tak o niego martwię...czy on myśli, że ja siedzę spokojnie w domu i popijam herbatkę, kiedy on biega po ulicach i strzela do Bóg wie jak podłych typów!?
-Wracam do łazienki- mruknęlam pod nosem głęboko zraniona, kiedy poczułam jak łapie mnie za rękę i przygarnia do siebie.
-No chodź tutaj nerwusie...- wymruczał mi do ucha, mocno przytulając.
Od razu mi przeszło. Nic nie działało na mnie tak kojąco jak jego dotyk...
Już po chwili siedzieliśmy wszyscy na kanapie, ja wcinając, ile tylko zdołałam zmieścić w ręku, ciastek a Ann patrząc na mnie tęsknym wzrokiem.
-Czy ktoś ci powiedział, że nie możesz jeść ciastek?- wydusiłam z siebie, rzucając jej opakowanie.
Byłam już tak najedzona, że nie miałam nawet siły się ruszać, połozyłam głowę na kolanach Alexa i zamknęłam oczy...
-Głowa mnie boli...- mruknęłam pod nosem, ziewając głośno.
Ann jakoś dziwnie się na mnie patrzyła, przez cały ten czas.
-Jesteś w ciąży?!- wypaliła nagle, o mało nie przyprawiając Alexa o zawał serca.
-A czy od bólu głowy zachodzi się w ciąże?- broniłam się jak mogłam.
-Nie ściemniaj...
-Eee...hehe...no...chciałam was trochę przetrzymać.
Moje:
Spojrzałam na Alexa. Wyglądał dokładnie tak samo jak James poprzedniego wieczoru. Identycznie. Nawet minę miał taką samą.
Zeskoczyłam z kanapy i rzuciłam się jej na szyję.
- gratuluje skarbie! Tak się cieszę! – piszczałam z radości
James siedział na kanapie i patrzył martwo w Alexa.
- nie przejmuj się stary…jutro już będzie dobrze.
Spojrzałam na Jamesa z oburzeniem.
- z tobą nadal nie jest dobrze – prychnęłam – idę sobie zrobić herbaty.
W kuchni usłyszałam krzyk Jamesa
- mogłaś mi to powiedzieć w bardziej cywilizowany sposób!
- następnym razem wyśle ci sms-a! – krzyknęłam i usiadłam na krześle.
W moich oczach pojawiły się łzy.
Nie mogłam zrozumieć dlaczego on się tak zachowuje.
Jakby mu w ogóle nie zależało.
Jakby miał to gdzieś.
Otworzyłam szafkę i zaczęłam szukać cukru do herbaty. Znalazłam książkę Natalii. O ciąży.
Uśmiechnęłam się delikatnie i zaczęłam czytać.
Po moich policzkach znowu popłynęły łzy.
- skarbie nie przejmuj się nim…- szepnęła Nati która niespodziewanie znalazła się w kuchni.
- to nie o niego chodzi…
- przecież widzę. Jest w szoku. Za parę dni mu przejdzie i znowu będzie tak jak dawniej – podeszła i przytuliła mnie bardzo mocno – zobaczysz…- szepnęła
Uśmiechnęłam się. Nie był to jednak smiech, który zawsze gościł na mojej twarzy.
- no chodź pójdziemy oglądać film.
Chwyciła mnie za ręke i wyprowadziła z kuchni.
- ale chce siedzieć jak najdalej od Jamesa – prychnęłam
W pokoju było już ciemno. Alex zgasił światło i grzebał cos przy dvd.
- no chodź już…- szepnęła Nati biorą Jamesa za ręke i popychając w moją stronę – ty kochany usiądź tam…
Wskazała mu miejsce obok mnie.
- o nie…- pomyślałam i natychmiast złapałam Pyśka i odgrodziłam się nim od mojego męża.
Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem ale nic nie powiedział. Usiadł obok i westchnął cicho.
- dlaczego ja mu sprawiam taki ból? – myślałam patrząc na jego twarz, którą oświetlał blask telewizora.
W moich oczach znowu…mimo że tego nie chciałam…pojawiły się łzy…
Nic nie powiedział tylko przytulił mnie mocno.
Ja też nic nie mówiłam.
Wtuliłam się w niego i chciałam jak najszybciej o tym wszystkim zapomnieć.
Zapomnieć o tym, że tak często się kłócimy.
Zapomnieć o tym jak zareagował na wieść o dziecku.
Zapomnieć o wszystkim…
James szepnął mi tylko ciche
- kocham cię
W moim sercu zapaliło się coś ciepłego…
Położyłam mu głowę na kolanach i nawet nie wiem w którym momencie zasnęłam.
Obudziłam się rano w takiej samej pozie jak zasnęłam tylko, że Jamesa nie było.
Była tylko kartka
„Jestem w pracy. Kocham cię bardzo. James”
Na mojej twarzy pojawił się już dawno nie widziany uśmiech.
- jednak mam szczęście – szepnęłam i zwlokłam się z kanapy
Natalia jeszcze spała.
Nie miałam zamiaru jej budzić.
Ubrałam kurtkę, zamknęłam drzwi i wróciłam do siebie do mieszkania.
W domu zabrałam się za czytanie różnego rodzaju książek dla przyszłych matek.
Oczywiście rozkleiłam się przy tym parę razy ale to już inna sprawa.
Demon biegał w kółko jak opętany.
Starałam się nie zwracać na niego uwagi i wróciłam do czytania.
Po chwili zadzwonił telefon.
- taaak?- odebrałam słuchawkę
- jak tam? – usłyszałam przymulony głos Nati
- w porządku a jak u ciebie?
- a nie słychać?
No tak teraz u nich nastąpił kryzys…
- idziemy na pizze
- zgłupiałaś? Nie mam ochoty…
- o 18 w pizzerii. Na razie.
Rozłączyłam się bo wiedziałam, że zaraz będzie cos wymyślać.
O 16:30 poszłam do pizzeri.
Zawsze lepiej być wczesniej. Znając życie Nati i alex i tak się spoznia.
W środku uderzył mnie cudowny zapach.
Oczywiście ja mogłam liczyc tylko na czekoladę.
James robił cos w kuchni.
Dopiero po 15 minutach przysiadł się do mnie.
- czesc skarbie – ucałował na przywitanie
- jak tam po pierwszym dniu pracy?
- jakos taki inaczej – uśmiechnął się delikatnie
Usłyszeliśmy trzask drzwi i ciche szepty
- widzisz ich gdzies bo ja nie. Pewnie znowu się gdzie macają
Spojrzałam wyraznie rozbawiona na Jamesa
- pomachaj im bo nie wiadomo co jeszcze wypaplają
Po chwili siedzieliśmy już wszyscy przy stoliku.
Ja piłam swoja czekolade a reszta czekałam na pizze.
- nati co ty taka nie w humorze? – zapytałam
- niewyspana jestem – odburknęła, wstała i poszła do toalety
Ruszyłam za nią.
- ej co się z tobą dzieje?
Popatrzyła na mnie zapłakanymi oczami.
- nie wiem….- wykrztusiła
- mój skarbie wszystko będzie ok. nie bądź taka cieta na wszystkich. Okaz Alexowi troche miłości.
Dwa razy nie musiałam tego powtarzać.
Zostawiła mnie sama w toalecie i pobiega obściskiwać się ze swoim mezem.
Usiadłam obok Jamesa i westchnęłam cicho.
- to co robimy? – zapytała Nati wyraznie już zadowolona wpychając w siebie ktorys kawalek pizzy
- idziemy do nas…- szepnął James
Zwlekliśmy się z Alexem chyba koło południa. Ann i Whistler, dzięki Bogu postanowili nam nie przeszkadzać i dali spać w świętym spokoju. Jamesa zresztą nie było, bo poszedł do pizzerii pozałatwiać jakieś sprawy papierkowe, a rano zachowywał się na tyle cicho, że nas nie obudził. I chwała mu za to bo poprzedniego dnia padałam z nóg. Jeszcze ta wieczorna akcja...
Pamiętam, że kiedy otworzyłam oczy i zaczęłam rozglądać się za Alexem, znalazłam go leżącego na podłodze, z jakimś kocem na głowie. Na początku zdziwiłam się, dlaczego nie jest w pracy, ale po chwili do mnie dotarło.
Poniedziałek.
Czyli dzisiaj ma przepisowo wolny dzień. Od jutra dopiero zacznie się cały ten cyrk, za którym absolutnie nie tęskniłam, a do którego na nowo będę musiała przywyknąć.
Acha, i nie. Nie zdziwiam się, że leżał na podłodze. ^^
Teraz, już w swojej kuchni podśpiewywałam wesoło pod nosem, wyglądając przez okno i poddając próbie swoje umiejętności kulinarne.
-Kochanie, co tu tak...- zaczął mówić Alex, uchylając drzwi, i najwidoczniej czując jakiś nieokreślony lęk przed zbliżeniem się do kuchenki, na której, zaczęło coś niebezpiecznie syczeć.
-O cholera!Moje naleśniki!- przerwałam mu, rzucając sę do patelni.
-O nie...o nie...dlaczego się przypaliły...
-Może powinnaś mniej gapić się w okno a więcej...ok, ok...już się nie odzywam- powiedział, widząc mój wzrok i czym prędzej uciekając do pokoju.
Jak Whistler to robi...zawsze wszystko mu wychodzi...chyba jednak nie zostanę słynną szefową kuchni, którą każdy prosi o poprowadzenie własnego programu w telewizji...Moje marzenia rozsypały się w proch...
Marudziłam tak pod nosem jeszcze jakieś dziesięć minut, dopóki całkowicie nie przeszedł mi żal po straconych naleśnikach. Złapałam za telefon i zamówiłam obiad z pobliskiego baru.
-Widzę, że nici z domowego obiadku...- westchnął Alex, próbując ukryć uśmiech.
Temu to dobrze, zawsze przychodzi na gotowe. Sam mógłby spróbować coś ugotować, ciekawe czy wtedy byłby taki mądry.
-Oj daj spokój...wiesz, że się starałam...
-Kochanie...ja bym nawet zjadł te twoje naleśniki, jeżeli sprawiłoby ci to przyjemność...- zaczął mówić, ale mu przerwałam:
-Widzisz, jak chcesz to potrafisz być słodki...
-Ale...- dodał-...jutro idę do pracy i nie chcę mieć żadnych niespodzianek.
-Uch. A myślałam, że już cię ktoś podmienił na lepszy model- mruknęłam pod nosem biorąc się za zmywanie.
-Kiedy masz kolejne zajęcia?
-Mmmm...nie mam- ćwierknęłam- To były ostatnie w tym roku, słonko. Masz mnie teraz caaałą dla siebie!
Nie zdąrzył jednak nic odpowiedzieć, bo rozległ się dzwonek do drzwi.
-Idź otworzyć. Muszę zrobić...COŚ...z tą kuchnią- powiedziałam zrezygnowana, patrząc na pobojowisko przede mną.
Po głosach z przedpokoju, poznałam, że to Ann i James, dzięki Bogu pogodzeni. Chyba nie zniosłabym ich kolejnej kłótni. Lubię Jamesa, ale czasami tak mnie wkurza, że przykułabym go kajdankami Alexa, do drzwiczek naszego Rovera i ciągnęła przez jakieś dwa kilometry. Ehm...
-O matko, co tu tak śmierdzi!-wypaliła Ann, wtykając głowę do kuchni i krzywiąc się, zatkała sobie nos.
-Bo ci się zmarszczki porobią- syknęłam- Lepiej byś mi pomogła.
Ociągając się, złapała wreszcie za płyn do zmywania i jakoś razem dałyśmy sobie radę, z tego co pozostało z moich prób zrobienia eleganckiego i wystawnego obiadu składającego się z...no tak. Z naleśników. Dobre i to na początek...
-Jak tam James?- szepnęłam- Nadal zachowuje się jak jaskiniowiec, czy przeszedł już na dalszy etap ewolucji?- powidziałam złośliwie, łapiąc za sok wiśniowy, który stał na kredensie i włażąc na parapet.
-Bardzo śmieszne. Jest...- i tu się zawachała- Jest dobrze...Jeszcze nie do końca...to do niego...dotarło, ale jest ok.
Pokiwałam głową, nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć.
-Będzie lepiej, zobaczysz- uśmiechnęłam się szeroko, chociaż wcale do śmiechu mi nie było. Czekało nas jeszcze wiele...niespodzianek tego dnia i jak narazie wolałam o tym nie myśleć.
-Chodźmy stąd, mam dosyć kuchni jak na dzisiaj- pociągnęłam ją za rękę do salonu, zgarniając po drodze colę, paczkę ciastek i dwie mrożone kawy dla Alexa i Jamesa.
-Hej- powiedziałam radośnie wpadając do pokoju, na co Alex tylko się uśmiechnął a James podskoczył nerwowo na fotelu, zerkając w stronę Ann.
-Widziałaś- szepnęła do mnie.- Ciągle tak reaguje, jak znajdę się w pobliżu.
-Przejdzie mu- odszepnęłam- To dobry facet, musi to po prostu przyswoić...
-O czym tak rozprawiacie na ucho- odezwał się nagle Alex.
Cholerny agent, wszystko musi wiedzieć.
Co by tu skłamać...
-Myślałyśmy, że może...- zaczęłam i urwałam w połowie zdania.
-Może zrobimy sobie zdjęcia!- chlapnęła Ann, uśmiechając się promiennie. Spojrzałam na nią ze zgrozą, wycofując się nieznacznie z pokoju.
-Pogięło cię- syknęłam.
-No daj spokój Nati! To wspaniay pomysł! Utrwalimy naszą małą rodzinkę!- James miał szczęście, że nie zauważyła, tego grymasu na jego twarzy, który pojawił się po słowie "rodzina".
Cholera, facet rzeczywiście nie za dobrze sobie z tym radzi...
Mam nadzieję, że...
-Macie aparat?- usłyszałam jak Ann pyta Alexa.
-Alex proszę nie! Wiesz jak ja wychodzę na zdjęciach!-jęknęłam, będąc coraz bliżej drzwi.
-Siadaj i nie marudź- złapała mnie za rękę Ann, popychajac na łóżko koło Whistlera.
-Przyniosę- powiedział Alex, który o zdjęcia martwić się nie musi.
On z dobrym wychodzeniem na nich już się urodził. Niektórzy ludzie tak mają, ale ja nie! Nienawidzę zdjęć, jak dla mnie mogłyby w ogóle nie istnieć. Nie pogniewałabym się.
-MOWY NIE MA!- krzyknęłam i wystrzeliłam z pokoju, zatrzaskując się w łazience.
-Spróbujcie mnie stąd wyciągnąć- pomyślałam, przekręcając zamek, który jakoś dziwnie zazgrzytał. Trzeba to będzie później naoliwić...
-James idź po nią!-
-O niedoczekanie- pomyślałam.
Nagle usłyszałam jakieś stuki i brzęki, odgłosy szamotaniny i głos Ann:
-Aleex! Proszę cię...wiesz jak ja kocham kawę!
-Wybij to sobie z głowy.
-Dobrze kochanie, nie daj się jej- kibicowałam mu.
-Chociaż troszeczkę- błagała Ann. Ja tylko zaśmiałam się po cichu, wiedząc dobrze, że i tak nie przekona mojego mża, który był chyba najbardziej upartym człowiekiem na świecie.
-Łyczek?
-Nie.
-Skoro tak- usłyszałam znowu, przykładając ucho do drzwi, żeby nie uronić ani słowa.
-Ann złaź ze mnie!- Alex krzyczał coś, i po chwili byli już w przedpokoju.
-James, zdejmij ją ze mnie, bo nie chcę jej przez przypadek...ehm...uszkodzić!!!
-Nati on mnie molestuje!
-Nieprawda!
-James co tam się dzieje!- krzyknęłam w końcu- Jeżeli mnie wkręcacie, to nie odezwę się do was do końca życia!
-Twoja kochana przyjaciółka wskoczyła mi na plecy i za nic nie chce zleźć!- warknął Alex- I wybij sobie z głowy kawę!
-Chociaż tro...- odgłosy szamotaniny...i po chwili słyszałam już tylko brzęk tłuczonego kubka i krzyk Ann.
-Ann...Alex?
-Uch, złapał mnie James, ale Alex wylądował na podłodze.- powiedziała z satysfakcją.
-Alex!Nic ci nie jest!!!- krzyknęłam zaniepokojona, szarpiąc za klamkę.
-Cholera, dlaczego nie chcą się otworzyć!
-Jest agentem do cholery! Nic mu nie jest!- darła się Ann, jednak najwidoczniej było jej za mało, więc kopnęła w drzwi, aż odskoczyłam.
-Uważaj trochę!
-Wyłaź stamtąd!
-Ale ja nie mogę!!!- darłam się z mojego więzienia na własne życzenie, ciągle szarpiąc za klamkę.
-Zróbcie coś!- powiedziałam błagalnie, dodając po chwili ze strachem.- Tylko nie strzelaj Alex!!!
-James, pomóż jej, przynajmniej sobie mięśnie wyrobisz.
-On nie ma żadnych mięśni- mruknęłam pod nosem, zła na całego.
-Słyszałam- syknęła Ann- Nie widziałaś to się nie wymądrzaj.
-Pfff. Zróbcie coś!!!
Po chwili coś szarnęło za klamkę i drzwi nareszcie się otworzyły.
-Alex nic ci nie jest- podbiegłam do niego, zaglądając z niepokojem w oczy, na co on tylko wybuchnął śmiechem, opierając się o ścianę.
Zabolało mnie. Moja wina, że ja się tak o niego martwię...czy on myśli, że ja siedzę spokojnie w domu i popijam herbatkę, kiedy on biega po ulicach i strzela do Bóg wie jak podłych typów!?
-Wracam do łazienki- mruknęlam pod nosem głęboko zraniona, kiedy poczułam jak łapie mnie za rękę i przygarnia do siebie.
-No chodź tutaj nerwusie...- wymruczał mi do ucha, mocno przytulając.
Od razu mi przeszło. Nic nie działało na mnie tak kojąco jak jego dotyk...
Już po chwili siedzieliśmy wszyscy na kanapie, ja wcinając, ile tylko zdołałam zmieścić w ręku, ciastek a Ann patrząc na mnie tęsknym wzrokiem.
-Czy ktoś ci powiedział, że nie możesz jeść ciastek?- wydusiłam z siebie, rzucając jej opakowanie.
Byłam już tak najedzona, że nie miałam nawet siły się ruszać, połozyłam głowę na kolanach Alexa i zamknęłam oczy...
-Głowa mnie boli...- mruknęłam pod nosem, ziewając głośno.
Ann jakoś dziwnie się na mnie patrzyła, przez cały ten czas.
-Jesteś w ciąży?!- wypaliła nagle, o mało nie przyprawiając Alexa o zawał serca.
-A czy od bólu głowy zachodzi się w ciąże?- broniłam się jak mogłam.
-Nie ściemniaj...
-Eee...hehe...no...chciałam was trochę przetrzymać.
Moje:
Spojrzałam na Alexa. Wyglądał dokładnie tak samo jak James poprzedniego wieczoru. Identycznie. Nawet minę miał taką samą.
Zeskoczyłam z kanapy i rzuciłam się jej na szyję.
- gratuluje skarbie! Tak się cieszę! – piszczałam z radości
James siedział na kanapie i patrzył martwo w Alexa.
- nie przejmuj się stary…jutro już będzie dobrze.
Spojrzałam na Jamesa z oburzeniem.
- z tobą nadal nie jest dobrze – prychnęłam – idę sobie zrobić herbaty.
W kuchni usłyszałam krzyk Jamesa
- mogłaś mi to powiedzieć w bardziej cywilizowany sposób!
- następnym razem wyśle ci sms-a! – krzyknęłam i usiadłam na krześle.
W moich oczach pojawiły się łzy.
Nie mogłam zrozumieć dlaczego on się tak zachowuje.
Jakby mu w ogóle nie zależało.
Jakby miał to gdzieś.
Otworzyłam szafkę i zaczęłam szukać cukru do herbaty. Znalazłam książkę Natalii. O ciąży.
Uśmiechnęłam się delikatnie i zaczęłam czytać.
Po moich policzkach znowu popłynęły łzy.
- skarbie nie przejmuj się nim…- szepnęła Nati która niespodziewanie znalazła się w kuchni.
- to nie o niego chodzi…
- przecież widzę. Jest w szoku. Za parę dni mu przejdzie i znowu będzie tak jak dawniej – podeszła i przytuliła mnie bardzo mocno – zobaczysz…- szepnęła
Uśmiechnęłam się. Nie był to jednak smiech, który zawsze gościł na mojej twarzy.
- no chodź pójdziemy oglądać film.
Chwyciła mnie za ręke i wyprowadziła z kuchni.
- ale chce siedzieć jak najdalej od Jamesa – prychnęłam
W pokoju było już ciemno. Alex zgasił światło i grzebał cos przy dvd.
- no chodź już…- szepnęła Nati biorą Jamesa za ręke i popychając w moją stronę – ty kochany usiądź tam…
Wskazała mu miejsce obok mnie.
- o nie…- pomyślałam i natychmiast złapałam Pyśka i odgrodziłam się nim od mojego męża.
Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem ale nic nie powiedział. Usiadł obok i westchnął cicho.
- dlaczego ja mu sprawiam taki ból? – myślałam patrząc na jego twarz, którą oświetlał blask telewizora.
W moich oczach znowu…mimo że tego nie chciałam…pojawiły się łzy…
Nic nie powiedział tylko przytulił mnie mocno.
Ja też nic nie mówiłam.
Wtuliłam się w niego i chciałam jak najszybciej o tym wszystkim zapomnieć.
Zapomnieć o tym, że tak często się kłócimy.
Zapomnieć o tym jak zareagował na wieść o dziecku.
Zapomnieć o wszystkim…
James szepnął mi tylko ciche
- kocham cię
W moim sercu zapaliło się coś ciepłego…
Położyłam mu głowę na kolanach i nawet nie wiem w którym momencie zasnęłam.
Obudziłam się rano w takiej samej pozie jak zasnęłam tylko, że Jamesa nie było.
Była tylko kartka
„Jestem w pracy. Kocham cię bardzo. James”
Na mojej twarzy pojawił się już dawno nie widziany uśmiech.
- jednak mam szczęście – szepnęłam i zwlokłam się z kanapy
Natalia jeszcze spała.
Nie miałam zamiaru jej budzić.
Ubrałam kurtkę, zamknęłam drzwi i wróciłam do siebie do mieszkania.
W domu zabrałam się za czytanie różnego rodzaju książek dla przyszłych matek.
Oczywiście rozkleiłam się przy tym parę razy ale to już inna sprawa.
Demon biegał w kółko jak opętany.
Starałam się nie zwracać na niego uwagi i wróciłam do czytania.
Po chwili zadzwonił telefon.
- taaak?- odebrałam słuchawkę
- jak tam? – usłyszałam przymulony głos Nati
- w porządku a jak u ciebie?
- a nie słychać?
No tak teraz u nich nastąpił kryzys…
- idziemy na pizze
- zgłupiałaś? Nie mam ochoty…
- o 18 w pizzerii. Na razie.
Rozłączyłam się bo wiedziałam, że zaraz będzie cos wymyślać.
O 16:30 poszłam do pizzeri.
Zawsze lepiej być wczesniej. Znając życie Nati i alex i tak się spoznia.
W środku uderzył mnie cudowny zapach.
Oczywiście ja mogłam liczyc tylko na czekoladę.
James robił cos w kuchni.
Dopiero po 15 minutach przysiadł się do mnie.
- czesc skarbie – ucałował na przywitanie
- jak tam po pierwszym dniu pracy?
- jakos taki inaczej – uśmiechnął się delikatnie
Usłyszeliśmy trzask drzwi i ciche szepty
- widzisz ich gdzies bo ja nie. Pewnie znowu się gdzie macają
Spojrzałam wyraznie rozbawiona na Jamesa
- pomachaj im bo nie wiadomo co jeszcze wypaplają
Po chwili siedzieliśmy już wszyscy przy stoliku.
Ja piłam swoja czekolade a reszta czekałam na pizze.
- nati co ty taka nie w humorze? – zapytałam
- niewyspana jestem – odburknęła, wstała i poszła do toalety
Ruszyłam za nią.
- ej co się z tobą dzieje?
Popatrzyła na mnie zapłakanymi oczami.
- nie wiem….- wykrztusiła
- mój skarbie wszystko będzie ok. nie bądź taka cieta na wszystkich. Okaz Alexowi troche miłości.
Dwa razy nie musiałam tego powtarzać.
Zostawiła mnie sama w toalecie i pobiega obściskiwać się ze swoim mezem.
Usiadłam obok Jamesa i westchnęłam cicho.
- to co robimy? – zapytała Nati wyraznie już zadowolona wpychając w siebie ktorys kawalek pizzy
- idziemy do nas…- szepnął James
Michael Scofield
na szczęście to moja ostatnia część, z której jestem na maxa niezadowolona...
kocham to...wystarczy mi tylko dać coś do jedzenia do ręki i już mi lepiej...cała prawda...to co robimy? – zapytała Nati wyraznie już zadowolona wpychając w siebie ktorys kawalek pizzy
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19
ale super. bedą dzieci
a potem przewijanie,krzyki,wrzaski jak z moim bratem xD nie zapomnijcie o kolkach 
Michael Scofield
tutaj pierwszy raz 'prychnęłam' śmiechem - a myślałam, że dzisiaj to niemożliwe ;**Tanira pisze:znalazłam go leżącego na podłodze, z jakimś kocem na głowie.
oO madafaka oOTanira pisze:Lubię Jamesa, ale czasami tak mnie wkurza, że przykułabym go kajdankami Alexa, do drzwiczek naszego Rovera i ciągnęła przez jakieś dwa kilometry.
już to sobie wyobrażam^^Tanira pisze:-Łyczek?
-Nie.
-Skoro tak- usłyszałam znowu, przykładając ucho do drzwi, żeby nie uronić ani słowa.
-Ann złaź ze mnie!- Alex krzyczał coś, i po chwili byli już w przedpokoju.
-James, zdejmij ją ze mnie, bo nie chcę jej przez przypadek...ehm...uszkodzić!!!
-Nati on mnie molestuje!
-Nieprawda!
-James co tam się dzieje!- krzyknęłam w końcu- Jeżeli mnie wkręcacie, to nie odezwę się do was do końca życia!
-Twoja kochana przyjaciółka wskoczyła mi na plecy i za nic nie chce zleźć!
hahahaha xD to wszystko powinno zostać nakręcone, weźcie to sprzedajcie komuś - będziecie mieć milionyTanira pisze:-Zróbcie coś!- powiedziałam błagalnie, dodając po chwili ze strachem.- Tylko nie strzelaj Alex!!!
spadłam z krzesła po tymTanira pisze:Pewnie znowu się gdzie macają
i co to teraz będzie? Ann w ciąży. Nati w ciąży. A tu podobno jakieś poważne zmiany mają zajść w doborze partnerów, taa..? ;]
Michael Scofield
Aaaaaaach jak wy mi humor potraficie poprawić!!!
dzięęęękuuujeeeemyyy xD
wszystkiego się dowiecie, jeszcze trochę xD
dzięęęękuuujeeeemyyy xD
wszystkiego się dowiecie, jeszcze trochę xD
John Abruzzi
super xD nie chce mi się cytować całości... a musiałabym w celu pokazania super kawałków xP
Mahone
Posty: 704
Rejestracja: 2008-01-01, 14:49
Ale Alex zostanie, powiedzcie, że zostanie!!!agulec pisze:A tu podobno jakieś poważne zmiany mają zajść w doborze partnerów, taa..? ;]
^^
Michael Scofield
haha cudowne...nie mogę sie powtrzymac i zawsze jak czytam to ma taka mine jak szympans na widok banana 
Michael Scofield
cieszcie się, że mam dobry humor xD
moje:
Mmmm...idźcie pierwsi, zaraz do was dołączymy...- wymruczałam nie mogąc wyrwać się z objęć Alexa.
A raczej nie chcąc...było mi tak przyjemnie...czułam się taka bezpieczna. Wiedziałam, że przy nim nic mi nie grozi...
-Nie puszczaj mnie...- szepnęłam...
-Nie mam zamiaru...- odpowiedział, całując mnie w czoło- Już lepiej?- dodał po chwili.
-Chyba tak...ale jestem straaasznie zmęczona...- jęknęłam, łypiąc na niego jednym okiem- Chyba nie dojdę o własnych siłach...- udałam, że ziewam szeroko, wtulając się mocniej w jego marynarkę.
-Wiesz, że niedługo nie będę cię już mógł nosić na rękach....Hmmm?
-Oooj...no to wykorzystajmy czas, który nam został- uśmiechnęłam się czarująco, całując go lekko w policzek.
-No Alex, nie daj się prosić!
Mój kochany mąż...już po chwili torował sobie drogę pomiędzy stolikami, między zdziwionymi ludźmi, ze mną na rękach. Czasami wydaje mi się, że on jest dla mnie za dobry...ja ciągle na niego warczę...on zasługuje na kogoś lepszego niż ja.
-I ładnieszego- dodałam w myślach, przypominając sobie co widzę każdego ranka w lusterku.
-Przejście dla przyszłej mamy!-darł się w niebogłosy.
-Alex, nie z taką pompą!- powiedziałam klepiąc go lekko w ramię, kiedy z pojedynczych stolików rozległy się brawa i gwizdy.
Nie mogłam jednak opanować swojej radości. Chyba nareszcie to do niego dotarło. Może przestanie wreszcie schodzić mi z drogi w domu i traktować mnie jak bańki mydlanej, którą można uszkodzić przy najlżejszym dotknięciu.
Agnet specjalny Alexander Mahone boi się zostać tatą. Starałam się nie wybuchnąć śmiechem, kiedy sobie to uświadomiłam.
Nareszcie się czegoś boi!
To było takie słodkie...
Nie raz biegał po ulicach w jakichś kamizelkach kuloodpornych, uchylając się cudem przed kulami i nie odczuwając przy tym ani trochę strachu, a tu taka niespodzianka! Boi się mieć dziecko! Mogę się założyć, że będzie świetnym ojcem, jeżeli tylko zapamięta, żeby nie kłaść broni w miejscach łatwo dostępnych i spędzać w domu więcej niż 3 godziny. Mam nadzieję, że jest na tyle odpowiedzialny, że jakoś rozwiąże problem z pracą...nie wiem...może trochę mniej godzin czy coś w tym stylu. Chociaż nie mam pojęcia czy tak można w całym tym ich biurze. Cóż będziemy się martwic o to później.
Dobrnęliśmy nareszcie do drzwi, które otworzyłam wolną... nogą...i wydostalismy się nareszcie na zewnatrz. Chłodne powietrze od razu mnie otrzeźwiło, zaczęłam się rozglądać za Ann i Whistlerem i kiedy myślałam już, że poszli bez nas, usłyszałam odgłosy cmokania za kontenerami na śmieci.
Co do wyboru romantycznych miejsc, to muszę stwierdzić, że mają ten sam gust.
-Ok kochanie, puść mnie, bo się przedźwigasz- nie zwracałam uwagi na jego oburzony wzrok- Zachowuj siły na później skarbie.
Kiedy stanęłam wreszcie na nogach, podreptałam za śmietnik, gdzie obściskiwali się nie kto inny jak nasze dwa gołąbeczki.
-Hej- szepnęłam konspiracyjnie- Ciszej, bo wystraszycie wszystkie koty...- Alex parsknął śmiechem, odwracając się tyłem, a Ann czerwona jak burak oderwała się wreszcie od Jamesa.
-No co...przypomniała nam się nasza pierwsza randka...
-Aach, pamiętam- puściłam oko do Whistlera, który wygląda na nieco zdezorientowanego.
-Pamiętasz?- zapytał patrząc to na mnie to na Ann.
-Idziemy bo zimnooo!- krzyknęła Ann, obrzucając mnie morderczym wzrokiem i ciągnąc go za ramię w stronę ich klatki. Ach czyżby mu nie powiedziała, że zostali nakryci wtedy w parku? Wykorzystam to przy najbliższej okazji ^^.
Winda w wierzowcu Whistlera była na szczęście całkowicie sprawna, bo najwidoczniej mieszkali tu bardziej wychowani ludzie niż u nas...ehm...więc dotarliśmy bez żadnych niespodzianek na górę, rozsiadając się wygodnie na kanapie.
-Spać mi się chce- mruknęłam, kładąc głowę na jakiejś mięciutkiej poduszce.
W tle leciała cichutko wolna piosenka, było mi cieplutko i byłam najedzona. Czego chcieć więcej...powoli zamykały mi się oczy i...
-Żartujesz!- krzyknęła nagle Ann, zrywając się z kanapy.
Ta to ma niewyczerpaną energię...
-Alex zatańczymy?- mój Nagle Bardzo Rozrywkowy Mąż oczywiście nie miał nic przeciwko i już po chwili rozbijali się po salonie, bo tańcem to trudno było nazwać xD.
Zostałam więc sama z Whistlerem, który jakoś krzywo zerkał na Alexa. Albo tylko mi się wydawało... myślałam, że nadają na tych samych falach i całkiem nieźli z nich kumple, ale kto ich tam wie...
Wzruszyłam ramionami, przenosząc wzrok na Ann i Alexa, którzy nawijali o czymś bez przerwy. Leżałam na jednym uchu i grała muzyka, więc nie bardzo mogłam ich zrozumieć. W pewnej chwili w oczach Ann pojawiły się łzy i zobaczyłam jak Alex ją pociesza.
-Awww...jak oni słodko razem wyglądają...- spojrzałam znowu na Jamesa, który cały czas patrzył się na mojego męża, a raczej na jego marynarkę. Co mu znowu odbiło, już chciałam się go zapytać o co chodzi, kiedy zaczęły dolatywać do mnie strzępy rozmowy Ann i Alexa. Przesunęłam się na kanapie jak tylko najbliżej mogłam, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
-...taki...jesteś...
-uwierz...bezwzględny...pracy.
Bezwzględny?
Zapewne W pracy...
O Boże czy on to mówił o sobie...? Nie raz zastanawiałam się co Alex musi robić w FBI, ale...myślałam, że jest uczciwym i sprawiedliwym, jeżeli mogę się tak wyrazić "gliną".
Coś jak Tommy Lee Jones w "Ściganym".
On sam też nigdy nie opowiadał mi żadnych szczegółów, o swoich akcjach...w końcu on nimi dowodzi, więc sam wydaje rozkazy i nikt mu się nie narzuca. To co robi, robi z własnej woli. Nigdy mnie to nie przerażało, ale teraz...Nawet nie myślałam o nim w ten sposób.
A może nie chciałam...może usprawiedliwiałam go ze wszystkiego co robi, bo wiem jakim człowiekiem jest w domu. Jaki jest dla mnie...nie raz słyszałam jak się wydziera do telefonu, na jakichś Bogu ducha winnych agentów, ale wiedziałam, że na mnie nigdy nie podniósłby głosu. Często się kłócimy...nie wiem nawet czy można to nazwać kłótniami, ale częściej przeze mnie. Alex w domu wycisza się, jest bardziej opanowany i spokojny.
Piosenka dobiegła końca, więc postanowiłam wziąć ich w obroty i dowiedzieć się o czym tak szemrali.
Ann usiadła obok mnie, szepcząc na ucho:
-Już teraz wiem, co cię w nim tak zauroczyło- usmiechnęła sie tajemniczo i zakładając nogę na nogę, w najlepsze zaczęła pochłaniać wielkie pudełko ciastek.
-Ann o co chodzi- zapytałam groźnie, krzyżując ręce i strzelając wzrokiem to na nią to na Alex.
-O co chodziło z tym "bezwzględnym w pracy"- warknęłam zła na całego. Dlaczego oni ciągle muszą mnie tak wkurzać!
-Mmm..i tak ci nie powiemy.
-Nie musisz wszystkego wiedzieć, kochanie- dodał Alex.
To mnie zabolało. Tajemnice przede mną? Zawiązali jakiś spisek czy coś?!
-Wychodzę.- powiedziałam, podnosząc się z kanapy- Na BP...po coś do jedzenia.
-To u nas już nie ma!
-Nie o to chodzi. Muszę się przejść- mruknęłam nie parząc na Alexa.
-Poczekaj, pójdę z tobą!- odwróciłam się zdziwiona, patrząc jak James rzuca się po kurtkę.
-James, daj spkój to tylko kilka minut drogi stąd, do tego pada, nie ma sensu żebyś za mną biegł, zostań z Ann- powiedziałam z szybkością karabinu maszynowego i już mnie nie było.
Potrzebowałam chwili samotności. Oparłam się o zimne drzwi w windzie, patrząc na lustro przed sobą.
-Boże, człowieku, jak ty wyglądasz- mruknęłam do siebie, odwracając się tyłem.
Wymaszerowałam czym prędzej z klatki, kierując się nie na żadną stację, tylko do parku, na mostek. Punkt schadzek wszystkich par z naszego osiedla. Jednocześnie cholernie kiczowate jak i najbardziej romantyczne miejsce jakie znam.
-Hej chyba ci się strony pomyliły!- usłyszałam za sobą krzyk, nikogo innego jak tylko Jamesa. A jednak za mną przylazł. Żegnaj, o słodka samotności!!!
-Miałeś zostać z Ann.
-Ona da sobie radę beze mnie. Muszę z tobą pogadać o...- i tu się zawahał. Czekałam aż coś powie, ale patrzył tylko w ziemię, szurając butem w śniegu.
-O...
-O...Alexie...- dodał lekko speszony. Co go tak zdenerwowało? Nie miałam zielonego pojęcia o co mogło mu chodzić.
-James o co chodzi, wyduś to z siebie wreszcie!
-Chodzi o to, że...on cały czas nosi przy sobie broń i...
-James, to jego praca...
-Tak, ale...jeśli kiedyś...- w końcu zrozumiałam.
-Kochany, posłuchaj mnie! Alex siedzi w tym już od wielu lat i dobrze zna się na swojej robocie! Jest profesjonalistą!
-Tak, ale...
-Żadnych "ale", słońce! Jest najlepszy, a to powinno już ci coś mówić. Wiesz co, wracajmy. Jakaś dziwna ta noc- szepnęłam do siebie, patrząc w niebo. Nie było ani jednej gwiazdy. Nawet księżyc schował się za chmurami.
-Chodźmy.- powtórzyłam, biorąc go pod ramię.
-Nie zastanawiałaś się kiedyś...co oni każą mu robić...
-James, to on "im" każe a nie "oni" jemu.
-Nie przeraża cię to jeszcze bardzej?
Chciałam mu coś odpowiedzieć, ale zdałam sobie sprawę, że nie bardzo wiem co.
-Posłuchaj...dla mnie najważniejsze jest to...jakim on jest człowiekiem...w domu...dla mnie i...
-Wygodniej dla ciebie, jest nie wiedzieć co robi poza waszym bezpiecznym mieszkankiem?- zapytał nieco ironicznie. Czułam się jak na przesłuchaniu. Ale musiałam przyznać, że miał w tym sporo racji. Ja nie chciałam wiedzieć.
-Tak...- szepnęłam- Wygodniej, to chyba właściwe słowo...
Pokiwał głową ze zrozumieniem, otwierając drzwi i wpuszczając mnie przodem.
Z pokoju wybiegł, przestraszony nie na żarty Alex.
-Alex? Cos się stało?
Pokręcił tylko głową, wychodząc z mieszkania i rozglądając się po korytarzu.
-Alex, do cholery, coś z Ann?!O Boże... coś z...- nie mogłam...
-Nie! Nic się nie stało, tylko, że nie widzieliście...po drodze...czy może...
-Wyduś to z siebie w końcu!- wykrzyknęliśmy jednocześnie z Jamesem.
-Nie ma jej.
-Jak to jej nie ma?
-Chyba gdzieś wyszła, kiedy byłem w kuchni. Zaraz jak wybiegłeś za Nati, zamknęła się w sypialni i w ogóle nie chciała mnie słuchać!
-Do samochodu, szybko!- krzyknęłam, łapiąc za kurtkę i rzucając się do drzwi.
Dopadliśmy naszego Rovera. Alex prowadził, James siedział obok niego nic się nie odzywając a ja ulokowałam się wygodnie z tyłu, wyglądając przez okno.
-Myślicie, że ona mogła pomyśleć, że my...że ty i ja...- odezwał się po raz pierwszy Whistler, patrząc mi prosto w oczy przez przednie lusterko...to, które wisi nad kierownicą...hehe...
-James no coś ty! Przecież, ale...nie ma żadnych podstaw, żeby...Boże, Alex szybciej! Szukajmy jej!- krzyknęłam ze łzami w oczach.
Kręciliśmy się w kółko po całym naszym osiedlu i pobliskich uliczkach. James w tym czasie dzwonił po szpitalach i posterunkach policji.
-Gdzie ona mogła pójść...gdzie..- wykręcałam głowę na wszystkie strony, powstrzymując cisnące się do oczu łzy.
-Ann gdzie jesteś...kretynko...- dłużej nie mogłam wytrzymać.
-Alex znajdź ją proszę...- wyszeptałąm wychylając się przez przednie siedzenie i kładąc mu rękę na ramieniu. Gorące łzy płynęły mi po policzkach.
Nagle Alex zatrzymał samochód, wyraźnie czegoś nasłuchując.
-Alex co ty robisz, jedź!
-Kochanie, uspokój się- powiedział spokojnie- W ten sposób mi nie pomagasz.
-Ale...
-Ćśśś...- podniósł rękę do góry- Słyszycie?
W końcu i ja to usłyszałam. Zaczęły do mnie dolatywać jakieś pijackie bełkoty i wrzaski spod pobliskiego monopolowego, pod którym zwykle tkwiło pełno meneli i żuli.
-O mój Boże to Ann!!!- wyskoczyłam z samochodu z walącym sercem, ledwo mogłam ustać ze strachu, widok zasłaniały mi łzy, ale biegłam co sił w jej stronę. Za mną pędził James i Alex.
-Alex...o nie Alex dzwoń po pogotowie!- wrzasnęłam rzucając się w stronę Ann, która ledwo stała na nogach. I ...o Boże...czy to krew...o nie, o nie.
-Tylko nie panikuj, tak nie pomagasz- przypomniałam sobie słowa Alexa, i próbowałam zachować zimną krew.
-Ann...słyszysz mnie...kochanie, słyszysz mnie...mów do mnie!
-Anioł...
-Anioł?Jaki anioł?!Co ty pieprzysz! NIE IDŹ W STRONĘ ŚWIATŁA!!!- darłam się w niebogłosy, dopóki nie usłyszałam nadjeżdżającej karetki.
-Chodź...skarbie chodź, pojedziemy naszym samochodem- szeptał mi do ucha Alex, łamiącym się głosem, kiedy do Ann dobrało się już dwóch sanitariuszy.
-James, jedź z nią- przytuliłam go mocno- Wszystko będzie gobrze, kochanie, jedź.
Sama rzuciłam się z Alexem do naszego Rovera i pognaliśmy, łamiąc wszelkie możliwe przepisy do szpitala.
Oczywiście nie pozwolili nam się z nią zobaczyć i wcisnęli nas do jakiejś sterylnej, śmierdzącej lekami poczekalni.
-Alex...kochanie...dlaczego ona to zrobiła...
-Ćśś...nie myśl teraz o tym...
-Ale dlaczego...-szepnęłam ze łzami w oczach- Co my takiego złego zrobiliśmy, że mogła pomyśleć...że...
-Nie wiesz na pewno, że tak to odebrała. Będzie dobrze- próbował mnie pocieszyć, ale z wyjątkowo marnym skutkiem.
Mogłam stracić swoją najlepszą przyjaciólkę. Mogłam już nigdy jej nie zobaczyć...
-Alex...proszę cię przytul mnie...tylko mocno- wyszeptałam wtulając się w jego zimny płaszcz...
Nie wiem ile tak siedzieliśmy, chyba na chwilę przysnęłam.
Ocknęłam się, kiedy nagle do poczekalni wpadł James. Zerwałam się z krzesła, podbiegając do niego, i mocno przytulając. Był blady jak ściana i ledwo stał na nogach. Po całonocnej bieganinie po lekarzach, wcale mu się nie dziwię.
-Chodź. Usiądź i mów.- powiedziałam gotowa nawet na najgorszą prawdę.
-Wszystko z nią w porządku...
-A...a..- zacięłam się i nie mogłam ruszyć dlej.
-Co z dzieckiem?- dokończył za mnie Alex, za co byłam mu cholernie wdzięczna.
Tu James się załamał. Opadł ciężko na krzesło, kryjąc twarz w dłoniach, który zrobiły się wilgotne od łez...
O Boże, pomóż nam...
-Robią...jakieś dodatkowe badania- wydusił w końcu z siebie.
-Wszystko będzie dobrze, posłuchaj mnie James! Będzie dobrze! Ann jest silna i będzie walczyć! Nie podda się...
Pokiwał tylko głową, opierajac się na krześle i zamykając oczy.
Usiadłam obok niego i złapałam go za rękę, Alex uklęknął obok mnie,ściskając moją dłoń.
-Damy radę- szepnął.
W pewnym momencie drzwi się otworzyły i stanął w nich lekarz.
-Możecie państwo do niej iść.
Serce przestało mi bić.
Whistlerowa:
Leżałam na łóżku.
Myślałam o tym co zrobiłam.
W moich oczach pojawiły się łzy.
Łzy, które pojawiały się w nich dość często.
Do sali wpadła Natalia z Alexem i Jamesem.
Podbiegł natychmiast do łóżka i chwycił mnie za rękę.
- skarbie…Boże…- wyszeptał
Spojrzałam na Natalie i automatycznie odwróciłam głowę w drugą stronę.
Wyrwałam swoją dłoń z uścisku Jamesa.
- Ann co się dzieje? – zapytała Nati
Zaśmiałam się ironicznie.
- wy chyba wiecie lepiej, co?
Patrzyłam na Jamesa i na Natalię.
- kochanie ty nic nie rozumiesz…- zaczeła spokojnie
- wynoś się! – warknęłam i zaczęłam zwijać się z bólu.
- Alex biegnij po kogoś! – Natalia wypchnęła go z Sali i podbiegła do mnie.
James był w szoku. Nic nie mówił. Patrzył na mnie zapłakanymi oczami.
- Ann…co cię boli? Kochanie…- szeptała
- powiedziałam odejdź! – wysyczałam czując, że ból ustepuje
Do Sali wleciał lekarz i pielęgniarka.
Zaczęli we mnie wkuwać jakieś igły i podawać lekarstwa.
- jaka ja byłam głupia…- szeptałam w myślach i czułam, że oczy napełniają mi się gorącymi łzami z bólu.
- chcemy tutaj zostać – powiedziała stanowczo Nati zagradzając przejscie lekarzowi
- przykro mi. Z pacjentką może być tylko najblizsza rodzina a państwo jak mi wiadomo do takiej nie należycie.
- mogę pana prosić na chwile na korytarz? – zapytał Alex i wskazał dłonia drzwi
Po chwili Alex wrócił z nim do Sali.
- jednak mogą państwo zostać…- wyszeptał.
Był strasznie blady…
- Alex cos ty mu zrobił? – zapytała z przerażeniem w oczach Natalia
Usiadł na krzesle pod sciana i westchnął ciężko
- a czy to wazne?
Natalia usiadła obok mnie.
- chcesz się przespać?
- nie
- a może cos zjeść? Pić? Skocze do…
- nie chce nic od ciebie!
- co się z toba dzieje?! – krzyknęła w końcu
Odwróciłam się ze łzami w oczach i wysyczałam powstrzymując histerię
- wiesz tak się składa, że widzę pare rzeczy!
Zapadła niezręczna cisza.
- jak mogłaś tak pomyśleć…- wyszeptała
Nie wytrzymałam. To było za wiele jak dla mnie.
- wynoście się! Wszyscy! Nie chcę was widzieć! Nikogo!
- nie wyjdziemy! Jesteśmy twoją rodzina i nie zostawimy cie w takim stanie! Możesz krzyczec, bić i Bóg wie co jeszcze! Nie wyjdę! Nie bądź taka uparta!
Wszystko ze mnie uleciało. Cała radość i złość…Wszystko.
Zalałam się łzami.
Usłyszałam słowa przed którymi tak bardzo się broniłam a z drugiej strony bardzo chciałam usłyszeć.
Nati rzuciła się w moim kierunku i przytuliła mocno
- już dobrze…spokojnie…wszystko będzie dobrze…
Widziałam jak James wychodzi z Sali.
Wyszedł tak po prostu…
Zostawił mnie…
- ja go kocham…- wyszeptałam
Natalia spojrzała na Alexa.
- no idz po niego!
Zostałyśmy same.
- Ann wiem, że nie zdajesz sobie sprawy z tego co…
- przepraszam…- załkałam – przepraszam za wszystko. Przepraszam
Przytuliła mnie jeszcze mocniej.
- nie przepraszaj. Nie ma za co.
Wrócił Alex…wrócił sam…
- gdzie on jest? – zapytałam
Alex spuścił głowę.
- wyjdzcie…chce być sama…
Natalia wstała i chwyciła Alexa za ręke.
Zostawili mnie sama.
- straciłam go…- szeptałam – straciłam człowieka którego kochałam…
Patrzyłam w upiornie ciemne niebo.
Leki zaczęły działać.
Ogarnęła mnie ciemność.
Poczułam że ktos Szerpie moja dłon.
To był tylko lekarz.
W Sali oprócz niego nie było nikogo.
- zamieniamy kroplówkę…- szepnał – mam dobrą wiadomośc. Dziecku nic nie jest.
Patrzyłam na niego zaspana
- na pewno? – zapytałam
- na pewno – uśmiechnął się delikatnie – niech pani idzie spać. Naprawde dobrze to pani zrobi
Spojrzałam za okno.
Tym razem było rozgwieżdżone. Chmury popłynęły gdzies dalej.
Nie wiem o której zasnęłam.
Wiem tylko, że nie było przy mnie człowieka którego najbardziej potrzebowałam w tej chwili….
moje:
Mmmm...idźcie pierwsi, zaraz do was dołączymy...- wymruczałam nie mogąc wyrwać się z objęć Alexa.
A raczej nie chcąc...było mi tak przyjemnie...czułam się taka bezpieczna. Wiedziałam, że przy nim nic mi nie grozi...
-Nie puszczaj mnie...- szepnęłam...
-Nie mam zamiaru...- odpowiedział, całując mnie w czoło- Już lepiej?- dodał po chwili.
-Chyba tak...ale jestem straaasznie zmęczona...- jęknęłam, łypiąc na niego jednym okiem- Chyba nie dojdę o własnych siłach...- udałam, że ziewam szeroko, wtulając się mocniej w jego marynarkę.
-Wiesz, że niedługo nie będę cię już mógł nosić na rękach....Hmmm?
-Oooj...no to wykorzystajmy czas, który nam został- uśmiechnęłam się czarująco, całując go lekko w policzek.
-No Alex, nie daj się prosić!
Mój kochany mąż...już po chwili torował sobie drogę pomiędzy stolikami, między zdziwionymi ludźmi, ze mną na rękach. Czasami wydaje mi się, że on jest dla mnie za dobry...ja ciągle na niego warczę...on zasługuje na kogoś lepszego niż ja.
-I ładnieszego- dodałam w myślach, przypominając sobie co widzę każdego ranka w lusterku.
-Przejście dla przyszłej mamy!-darł się w niebogłosy.
-Alex, nie z taką pompą!- powiedziałam klepiąc go lekko w ramię, kiedy z pojedynczych stolików rozległy się brawa i gwizdy.
Nie mogłam jednak opanować swojej radości. Chyba nareszcie to do niego dotarło. Może przestanie wreszcie schodzić mi z drogi w domu i traktować mnie jak bańki mydlanej, którą można uszkodzić przy najlżejszym dotknięciu.
Agnet specjalny Alexander Mahone boi się zostać tatą. Starałam się nie wybuchnąć śmiechem, kiedy sobie to uświadomiłam.
Nareszcie się czegoś boi!
To było takie słodkie...
Nie raz biegał po ulicach w jakichś kamizelkach kuloodpornych, uchylając się cudem przed kulami i nie odczuwając przy tym ani trochę strachu, a tu taka niespodzianka! Boi się mieć dziecko! Mogę się założyć, że będzie świetnym ojcem, jeżeli tylko zapamięta, żeby nie kłaść broni w miejscach łatwo dostępnych i spędzać w domu więcej niż 3 godziny. Mam nadzieję, że jest na tyle odpowiedzialny, że jakoś rozwiąże problem z pracą...nie wiem...może trochę mniej godzin czy coś w tym stylu. Chociaż nie mam pojęcia czy tak można w całym tym ich biurze. Cóż będziemy się martwic o to później.
Dobrnęliśmy nareszcie do drzwi, które otworzyłam wolną... nogą...i wydostalismy się nareszcie na zewnatrz. Chłodne powietrze od razu mnie otrzeźwiło, zaczęłam się rozglądać za Ann i Whistlerem i kiedy myślałam już, że poszli bez nas, usłyszałam odgłosy cmokania za kontenerami na śmieci.
Co do wyboru romantycznych miejsc, to muszę stwierdzić, że mają ten sam gust.
-Ok kochanie, puść mnie, bo się przedźwigasz- nie zwracałam uwagi na jego oburzony wzrok- Zachowuj siły na później skarbie.
Kiedy stanęłam wreszcie na nogach, podreptałam za śmietnik, gdzie obściskiwali się nie kto inny jak nasze dwa gołąbeczki.
-Hej- szepnęłam konspiracyjnie- Ciszej, bo wystraszycie wszystkie koty...- Alex parsknął śmiechem, odwracając się tyłem, a Ann czerwona jak burak oderwała się wreszcie od Jamesa.
-No co...przypomniała nam się nasza pierwsza randka...
-Aach, pamiętam- puściłam oko do Whistlera, który wygląda na nieco zdezorientowanego.
-Pamiętasz?- zapytał patrząc to na mnie to na Ann.
-Idziemy bo zimnooo!- krzyknęła Ann, obrzucając mnie morderczym wzrokiem i ciągnąc go za ramię w stronę ich klatki. Ach czyżby mu nie powiedziała, że zostali nakryci wtedy w parku? Wykorzystam to przy najbliższej okazji ^^.
Winda w wierzowcu Whistlera była na szczęście całkowicie sprawna, bo najwidoczniej mieszkali tu bardziej wychowani ludzie niż u nas...ehm...więc dotarliśmy bez żadnych niespodzianek na górę, rozsiadając się wygodnie na kanapie.
-Spać mi się chce- mruknęłam, kładąc głowę na jakiejś mięciutkiej poduszce.
W tle leciała cichutko wolna piosenka, było mi cieplutko i byłam najedzona. Czego chcieć więcej...powoli zamykały mi się oczy i...
-Żartujesz!- krzyknęła nagle Ann, zrywając się z kanapy.
Ta to ma niewyczerpaną energię...
-Alex zatańczymy?- mój Nagle Bardzo Rozrywkowy Mąż oczywiście nie miał nic przeciwko i już po chwili rozbijali się po salonie, bo tańcem to trudno było nazwać xD.
Zostałam więc sama z Whistlerem, który jakoś krzywo zerkał na Alexa. Albo tylko mi się wydawało... myślałam, że nadają na tych samych falach i całkiem nieźli z nich kumple, ale kto ich tam wie...
Wzruszyłam ramionami, przenosząc wzrok na Ann i Alexa, którzy nawijali o czymś bez przerwy. Leżałam na jednym uchu i grała muzyka, więc nie bardzo mogłam ich zrozumieć. W pewnej chwili w oczach Ann pojawiły się łzy i zobaczyłam jak Alex ją pociesza.
-Awww...jak oni słodko razem wyglądają...- spojrzałam znowu na Jamesa, który cały czas patrzył się na mojego męża, a raczej na jego marynarkę. Co mu znowu odbiło, już chciałam się go zapytać o co chodzi, kiedy zaczęły dolatywać do mnie strzępy rozmowy Ann i Alexa. Przesunęłam się na kanapie jak tylko najbliżej mogłam, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
-...taki...jesteś...
-uwierz...bezwzględny...pracy.
Bezwzględny?
Zapewne W pracy...
O Boże czy on to mówił o sobie...? Nie raz zastanawiałam się co Alex musi robić w FBI, ale...myślałam, że jest uczciwym i sprawiedliwym, jeżeli mogę się tak wyrazić "gliną".
Coś jak Tommy Lee Jones w "Ściganym".
On sam też nigdy nie opowiadał mi żadnych szczegółów, o swoich akcjach...w końcu on nimi dowodzi, więc sam wydaje rozkazy i nikt mu się nie narzuca. To co robi, robi z własnej woli. Nigdy mnie to nie przerażało, ale teraz...Nawet nie myślałam o nim w ten sposób.
A może nie chciałam...może usprawiedliwiałam go ze wszystkiego co robi, bo wiem jakim człowiekiem jest w domu. Jaki jest dla mnie...nie raz słyszałam jak się wydziera do telefonu, na jakichś Bogu ducha winnych agentów, ale wiedziałam, że na mnie nigdy nie podniósłby głosu. Często się kłócimy...nie wiem nawet czy można to nazwać kłótniami, ale częściej przeze mnie. Alex w domu wycisza się, jest bardziej opanowany i spokojny.
Piosenka dobiegła końca, więc postanowiłam wziąć ich w obroty i dowiedzieć się o czym tak szemrali.
Ann usiadła obok mnie, szepcząc na ucho:
-Już teraz wiem, co cię w nim tak zauroczyło- usmiechnęła sie tajemniczo i zakładając nogę na nogę, w najlepsze zaczęła pochłaniać wielkie pudełko ciastek.
-Ann o co chodzi- zapytałam groźnie, krzyżując ręce i strzelając wzrokiem to na nią to na Alex.
-O co chodziło z tym "bezwzględnym w pracy"- warknęłam zła na całego. Dlaczego oni ciągle muszą mnie tak wkurzać!
-Mmm..i tak ci nie powiemy.
-Nie musisz wszystkego wiedzieć, kochanie- dodał Alex.
To mnie zabolało. Tajemnice przede mną? Zawiązali jakiś spisek czy coś?!
-Wychodzę.- powiedziałam, podnosząc się z kanapy- Na BP...po coś do jedzenia.
-To u nas już nie ma!
-Nie o to chodzi. Muszę się przejść- mruknęłam nie parząc na Alexa.
-Poczekaj, pójdę z tobą!- odwróciłam się zdziwiona, patrząc jak James rzuca się po kurtkę.
-James, daj spkój to tylko kilka minut drogi stąd, do tego pada, nie ma sensu żebyś za mną biegł, zostań z Ann- powiedziałam z szybkością karabinu maszynowego i już mnie nie było.
Potrzebowałam chwili samotności. Oparłam się o zimne drzwi w windzie, patrząc na lustro przed sobą.
-Boże, człowieku, jak ty wyglądasz- mruknęłam do siebie, odwracając się tyłem.
Wymaszerowałam czym prędzej z klatki, kierując się nie na żadną stację, tylko do parku, na mostek. Punkt schadzek wszystkich par z naszego osiedla. Jednocześnie cholernie kiczowate jak i najbardziej romantyczne miejsce jakie znam.
-Hej chyba ci się strony pomyliły!- usłyszałam za sobą krzyk, nikogo innego jak tylko Jamesa. A jednak za mną przylazł. Żegnaj, o słodka samotności!!!
-Miałeś zostać z Ann.
-Ona da sobie radę beze mnie. Muszę z tobą pogadać o...- i tu się zawahał. Czekałam aż coś powie, ale patrzył tylko w ziemię, szurając butem w śniegu.
-O...
-O...Alexie...- dodał lekko speszony. Co go tak zdenerwowało? Nie miałam zielonego pojęcia o co mogło mu chodzić.
-James o co chodzi, wyduś to z siebie wreszcie!
-Chodzi o to, że...on cały czas nosi przy sobie broń i...
-James, to jego praca...
-Tak, ale...jeśli kiedyś...- w końcu zrozumiałam.
-Kochany, posłuchaj mnie! Alex siedzi w tym już od wielu lat i dobrze zna się na swojej robocie! Jest profesjonalistą!
-Tak, ale...
-Żadnych "ale", słońce! Jest najlepszy, a to powinno już ci coś mówić. Wiesz co, wracajmy. Jakaś dziwna ta noc- szepnęłam do siebie, patrząc w niebo. Nie było ani jednej gwiazdy. Nawet księżyc schował się za chmurami.
-Chodźmy.- powtórzyłam, biorąc go pod ramię.
-Nie zastanawiałaś się kiedyś...co oni każą mu robić...
-James, to on "im" każe a nie "oni" jemu.
-Nie przeraża cię to jeszcze bardzej?
Chciałam mu coś odpowiedzieć, ale zdałam sobie sprawę, że nie bardzo wiem co.
-Posłuchaj...dla mnie najważniejsze jest to...jakim on jest człowiekiem...w domu...dla mnie i...
-Wygodniej dla ciebie, jest nie wiedzieć co robi poza waszym bezpiecznym mieszkankiem?- zapytał nieco ironicznie. Czułam się jak na przesłuchaniu. Ale musiałam przyznać, że miał w tym sporo racji. Ja nie chciałam wiedzieć.
-Tak...- szepnęłam- Wygodniej, to chyba właściwe słowo...
Pokiwał głową ze zrozumieniem, otwierając drzwi i wpuszczając mnie przodem.
Z pokoju wybiegł, przestraszony nie na żarty Alex.
-Alex? Cos się stało?
Pokręcił tylko głową, wychodząc z mieszkania i rozglądając się po korytarzu.
-Alex, do cholery, coś z Ann?!O Boże... coś z...- nie mogłam...
-Nie! Nic się nie stało, tylko, że nie widzieliście...po drodze...czy może...
-Wyduś to z siebie w końcu!- wykrzyknęliśmy jednocześnie z Jamesem.
-Nie ma jej.
-Jak to jej nie ma?
-Chyba gdzieś wyszła, kiedy byłem w kuchni. Zaraz jak wybiegłeś za Nati, zamknęła się w sypialni i w ogóle nie chciała mnie słuchać!
-Do samochodu, szybko!- krzyknęłam, łapiąc za kurtkę i rzucając się do drzwi.
Dopadliśmy naszego Rovera. Alex prowadził, James siedział obok niego nic się nie odzywając a ja ulokowałam się wygodnie z tyłu, wyglądając przez okno.
-Myślicie, że ona mogła pomyśleć, że my...że ty i ja...- odezwał się po raz pierwszy Whistler, patrząc mi prosto w oczy przez przednie lusterko...to, które wisi nad kierownicą...hehe...
-James no coś ty! Przecież, ale...nie ma żadnych podstaw, żeby...Boże, Alex szybciej! Szukajmy jej!- krzyknęłam ze łzami w oczach.
Kręciliśmy się w kółko po całym naszym osiedlu i pobliskich uliczkach. James w tym czasie dzwonił po szpitalach i posterunkach policji.
-Gdzie ona mogła pójść...gdzie..- wykręcałam głowę na wszystkie strony, powstrzymując cisnące się do oczu łzy.
-Ann gdzie jesteś...kretynko...- dłużej nie mogłam wytrzymać.
-Alex znajdź ją proszę...- wyszeptałąm wychylając się przez przednie siedzenie i kładąc mu rękę na ramieniu. Gorące łzy płynęły mi po policzkach.
Nagle Alex zatrzymał samochód, wyraźnie czegoś nasłuchując.
-Alex co ty robisz, jedź!
-Kochanie, uspokój się- powiedział spokojnie- W ten sposób mi nie pomagasz.
-Ale...
-Ćśśś...- podniósł rękę do góry- Słyszycie?
W końcu i ja to usłyszałam. Zaczęły do mnie dolatywać jakieś pijackie bełkoty i wrzaski spod pobliskiego monopolowego, pod którym zwykle tkwiło pełno meneli i żuli.
-O mój Boże to Ann!!!- wyskoczyłam z samochodu z walącym sercem, ledwo mogłam ustać ze strachu, widok zasłaniały mi łzy, ale biegłam co sił w jej stronę. Za mną pędził James i Alex.
-Alex...o nie Alex dzwoń po pogotowie!- wrzasnęłam rzucając się w stronę Ann, która ledwo stała na nogach. I ...o Boże...czy to krew...o nie, o nie.
-Tylko nie panikuj, tak nie pomagasz- przypomniałam sobie słowa Alexa, i próbowałam zachować zimną krew.
-Ann...słyszysz mnie...kochanie, słyszysz mnie...mów do mnie!
-Anioł...
-Anioł?Jaki anioł?!Co ty pieprzysz! NIE IDŹ W STRONĘ ŚWIATŁA!!!- darłam się w niebogłosy, dopóki nie usłyszałam nadjeżdżającej karetki.
-Chodź...skarbie chodź, pojedziemy naszym samochodem- szeptał mi do ucha Alex, łamiącym się głosem, kiedy do Ann dobrało się już dwóch sanitariuszy.
-James, jedź z nią- przytuliłam go mocno- Wszystko będzie gobrze, kochanie, jedź.
Sama rzuciłam się z Alexem do naszego Rovera i pognaliśmy, łamiąc wszelkie możliwe przepisy do szpitala.
Oczywiście nie pozwolili nam się z nią zobaczyć i wcisnęli nas do jakiejś sterylnej, śmierdzącej lekami poczekalni.
-Alex...kochanie...dlaczego ona to zrobiła...
-Ćśś...nie myśl teraz o tym...
-Ale dlaczego...-szepnęłam ze łzami w oczach- Co my takiego złego zrobiliśmy, że mogła pomyśleć...że...
-Nie wiesz na pewno, że tak to odebrała. Będzie dobrze- próbował mnie pocieszyć, ale z wyjątkowo marnym skutkiem.
Mogłam stracić swoją najlepszą przyjaciólkę. Mogłam już nigdy jej nie zobaczyć...
-Alex...proszę cię przytul mnie...tylko mocno- wyszeptałam wtulając się w jego zimny płaszcz...
Nie wiem ile tak siedzieliśmy, chyba na chwilę przysnęłam.
Ocknęłam się, kiedy nagle do poczekalni wpadł James. Zerwałam się z krzesła, podbiegając do niego, i mocno przytulając. Był blady jak ściana i ledwo stał na nogach. Po całonocnej bieganinie po lekarzach, wcale mu się nie dziwię.
-Chodź. Usiądź i mów.- powiedziałam gotowa nawet na najgorszą prawdę.
-Wszystko z nią w porządku...
-A...a..- zacięłam się i nie mogłam ruszyć dlej.
-Co z dzieckiem?- dokończył za mnie Alex, za co byłam mu cholernie wdzięczna.
Tu James się załamał. Opadł ciężko na krzesło, kryjąc twarz w dłoniach, który zrobiły się wilgotne od łez...
O Boże, pomóż nam...
-Robią...jakieś dodatkowe badania- wydusił w końcu z siebie.
-Wszystko będzie dobrze, posłuchaj mnie James! Będzie dobrze! Ann jest silna i będzie walczyć! Nie podda się...
Pokiwał tylko głową, opierajac się na krześle i zamykając oczy.
Usiadłam obok niego i złapałam go za rękę, Alex uklęknął obok mnie,ściskając moją dłoń.
-Damy radę- szepnął.
W pewnym momencie drzwi się otworzyły i stanął w nich lekarz.
-Możecie państwo do niej iść.
Serce przestało mi bić.
Whistlerowa:
Leżałam na łóżku.
Myślałam o tym co zrobiłam.
W moich oczach pojawiły się łzy.
Łzy, które pojawiały się w nich dość często.
Do sali wpadła Natalia z Alexem i Jamesem.
Podbiegł natychmiast do łóżka i chwycił mnie za rękę.
- skarbie…Boże…- wyszeptał
Spojrzałam na Natalie i automatycznie odwróciłam głowę w drugą stronę.
Wyrwałam swoją dłoń z uścisku Jamesa.
- Ann co się dzieje? – zapytała Nati
Zaśmiałam się ironicznie.
- wy chyba wiecie lepiej, co?
Patrzyłam na Jamesa i na Natalię.
- kochanie ty nic nie rozumiesz…- zaczeła spokojnie
- wynoś się! – warknęłam i zaczęłam zwijać się z bólu.
- Alex biegnij po kogoś! – Natalia wypchnęła go z Sali i podbiegła do mnie.
James był w szoku. Nic nie mówił. Patrzył na mnie zapłakanymi oczami.
- Ann…co cię boli? Kochanie…- szeptała
- powiedziałam odejdź! – wysyczałam czując, że ból ustepuje
Do Sali wleciał lekarz i pielęgniarka.
Zaczęli we mnie wkuwać jakieś igły i podawać lekarstwa.
- jaka ja byłam głupia…- szeptałam w myślach i czułam, że oczy napełniają mi się gorącymi łzami z bólu.
- chcemy tutaj zostać – powiedziała stanowczo Nati zagradzając przejscie lekarzowi
- przykro mi. Z pacjentką może być tylko najblizsza rodzina a państwo jak mi wiadomo do takiej nie należycie.
- mogę pana prosić na chwile na korytarz? – zapytał Alex i wskazał dłonia drzwi
Po chwili Alex wrócił z nim do Sali.
- jednak mogą państwo zostać…- wyszeptał.
Był strasznie blady…
- Alex cos ty mu zrobił? – zapytała z przerażeniem w oczach Natalia
Usiadł na krzesle pod sciana i westchnął ciężko
- a czy to wazne?
Natalia usiadła obok mnie.
- chcesz się przespać?
- nie
- a może cos zjeść? Pić? Skocze do…
- nie chce nic od ciebie!
- co się z toba dzieje?! – krzyknęła w końcu
Odwróciłam się ze łzami w oczach i wysyczałam powstrzymując histerię
- wiesz tak się składa, że widzę pare rzeczy!
Zapadła niezręczna cisza.
- jak mogłaś tak pomyśleć…- wyszeptała
Nie wytrzymałam. To było za wiele jak dla mnie.
- wynoście się! Wszyscy! Nie chcę was widzieć! Nikogo!
- nie wyjdziemy! Jesteśmy twoją rodzina i nie zostawimy cie w takim stanie! Możesz krzyczec, bić i Bóg wie co jeszcze! Nie wyjdę! Nie bądź taka uparta!
Wszystko ze mnie uleciało. Cała radość i złość…Wszystko.
Zalałam się łzami.
Usłyszałam słowa przed którymi tak bardzo się broniłam a z drugiej strony bardzo chciałam usłyszeć.
Nati rzuciła się w moim kierunku i przytuliła mocno
- już dobrze…spokojnie…wszystko będzie dobrze…
Widziałam jak James wychodzi z Sali.
Wyszedł tak po prostu…
Zostawił mnie…
- ja go kocham…- wyszeptałam
Natalia spojrzała na Alexa.
- no idz po niego!
Zostałyśmy same.
- Ann wiem, że nie zdajesz sobie sprawy z tego co…
- przepraszam…- załkałam – przepraszam za wszystko. Przepraszam
Przytuliła mnie jeszcze mocniej.
- nie przepraszaj. Nie ma za co.
Wrócił Alex…wrócił sam…
- gdzie on jest? – zapytałam
Alex spuścił głowę.
- wyjdzcie…chce być sama…
Natalia wstała i chwyciła Alexa za ręke.
Zostawili mnie sama.
- straciłam go…- szeptałam – straciłam człowieka którego kochałam…
Patrzyłam w upiornie ciemne niebo.
Leki zaczęły działać.
Ogarnęła mnie ciemność.
Poczułam że ktos Szerpie moja dłon.
To był tylko lekarz.
W Sali oprócz niego nie było nikogo.
- zamieniamy kroplówkę…- szepnał – mam dobrą wiadomośc. Dziecku nic nie jest.
Patrzyłam na niego zaspana
- na pewno? – zapytałam
- na pewno – uśmiechnął się delikatnie – niech pani idzie spać. Naprawde dobrze to pani zrobi
Spojrzałam za okno.
Tym razem było rozgwieżdżone. Chmury popłynęły gdzies dalej.
Nie wiem o której zasnęłam.
Wiem tylko, że nie było przy mnie człowieka którego najbardziej potrzebowałam w tej chwili….
T-Bag
Posty: 951
Rejestracja: 2008-02-13, 13:29
Ale wy macie talent nawet nie macie o tym pojecia! normalnie szok po przeczytaniu! Powaga!
Michael Scofield
Wystarczy nam się tylko cieszyć, że tak uważasz ;* i dziekować ;>
T-Bag
Posty: 951
Rejestracja: 2008-02-13, 13:29
AutumnLeaf niema za co i to ja wam dziekuje za nowe wrazenia a sa ogromne! i mam nadzieje ze chociaz wy niebedziecie strajkowac ;-)
Michael Scofield
O MAMO.. TO było ekstra.. nawet nie wiem co zacytować, co wybrać.. no masakra oO
Mahone
Posty: 704
Rejestracja: 2008-01-01, 14:49
Nie ma co, Dziewczyny się rozkręciły
Tyle wrażeń na raz... Wasza wyobraźnia nie zna granic
Matkooo... Mogłabym czytać Was non stop.
Michael Scofield
Nasza wyobraźnia czasami posuwa się za daleko ;>
dzięki ;*
dzięki ;*
Michael Scofield
Jezuuu... nie ma mnie 1 dzień a tu tyle niespodzianek... Ale mam nadzieję, że James nie opuści Ann na stałe? Mają się zejść. W końcu dziecko itp.
A ten fragment z lekarzem... z Alexa taki "bad boy" wyszedł ;-)
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19
o ja...serce po tej akcji bije mi tak szybko,że se nawet nie wyobrażacie...
Michael Scofield
hehe, no coś ty ;p
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19
ale naprawde xD choć już przestało xD wogóle nie bije xD
Mahone
Posty: 704
Rejestracja: 2008-01-01, 14:49
No dostarczacie nam takich emocji że masakra!!!
Mówię poważnie
I... Ekhm... Miło byłoby gdybyście nas DZISIAJ MILE ZASKOCZYŁY... 
Michael Scofield
i to tak bardzo MIŁO... ;-)Babydoll pisze:DZISIAJ MILE ZASKOCZYŁY...