Michael Scofield
hahahahaha xD lepeij nie bo mnie zostawi ^^
Michael Scofield
e tam, pójdzie tylko przenocować do pizzerii xD
Michael Scofield
łoooohohohoho mam taki motyw że spadniecie z krzeseł ^^ tylko musze spisać w jakąś całość xD
Michael Scofield
czekamy czekamy
niedługo czuwania będziemy robić XD
niedługo czuwania będziemy robić XD
Michael Scofield
śpiworki... kanapeczki, termosiki i mozemy czuwac ile wlezie... ja wam mówie musimy zająć szturmem gmach Tanira TV bo zadecydowanie za żadko wrzucają odcinki 
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19
ja nie mam pojęcia;]
Tanira TV po tym strajku napewno pójdzie na ugodę
Tanira TV po tym strajku napewno pójdzie na ugodę
Michael Scofield
no więc mam już trochę. Pewnie jutro pod wieczór będzie ^^
Michael Scofield
Ech,to pewnie nawet nie przeczytam...;<
Michael Scofield
zdam ci relacje na żywo...
pisze od nowa bo mi sie pomysł nie podobał ^^
pisze od nowa bo mi sie pomysł nie podobał ^^
Michael Scofield
Ja myślę, tylko, że mi się minuty skończyły xD zdąrzysz w 3 i 45 sekund? xD dobra, bo coś mi zaczyna odbijać...
Niemożliwa jesteś ^^
Niemożliwa jesteś ^^
Michael Scofield
no tak. to musi sie łączyć w logiczną całość...i musi być piękny opis...bez tego ani rusz
Sara Tancredi
Posty: 125
Rejestracja: 2008-01-24, 17:54
Tanira pisze:no musze musze bo mnie pewna pani uśmierci jak to przeczyta ^^
jaka pani??
a opowiadanie jak zwykle piękne
Michael Scofield
no. nadrobiłam w końcu^^ i znowu mnie wciągnęło^^ dajesz Tanira, dajesz! 
Mahone
Posty: 704
Rejestracja: 2008-01-01, 14:49
No chyba że znów mamy zrobić manifestacje...? *grozi* XD
Michael Scofield
ee no z Mariuszem czy bez same spikietujemy gmach tanira TV
:StrajK !! StraJk !! sTrajK !!
:StrajK !! StraJk !! sTrajK !!
Michael Scofield
Wołał mnie.
Słyszałam jego błaganie.
Tak bardzo chciał żebym wróciła.
Gdy byłam przy dyżurce odwróciłam się.
Stał tam.
Płakał.
- kocham cię James – wyszeptałam i położyłam rękę na sercu.
Zrozumiał.
Otarł łzy, puścił metalowe ogrodzenie i wykonał ruch podobny do mojego.
Byłam w ciąży.
Noszę pod sercem dziecko.
Nasze dziecko.
Moje i Jamesa.
Uśmiechnęłam się delikatnie siadając w pustym autobusie.
Było nasze.
Nikt nie ma prawa nam go odebrać.
Bałam się tylko tego jak zareaguje Lincoln i Michael. Okłamałam Linca. Obiecałam mu coś i nie dotrzymałam tej obietnicy.
Z tego zakazanego związku powstało coś pięknego.
Coś co powodowało, że na mojej twarzy pojawiał się delikatny uśmiech. Wszystko co złę po prostu odpływało.
Na przystanku czekała mnie jednak „miła” niespodzianka.
- nie myślałem, że jesteś taka naiwna – szepnął Linc – owinął sobie ciebie wokół palca.
- ja mu wierzę. I nigdy nie zmienię zdania. Mimo tego wszystkiego co mówicie.
- Ann…Oni dziś uciekają.
Moje oczy pojaśniały.
Skoro wiedział dlaczego nic nie powiedział?
Zresztą to się teraz nie liczyło.
Przytuli mnie. Tak bardzo mi tego brakowało.
Uśmiechnęłam się i chwyciłam Linca pod rękę.
- cieszę się…bardzo…- szepnęłam i zaciągnęłam go w stronę hotelu.
Słońce zaszło wyjątkowo szybko. Stałam przy oknie i patrzyłam jak rozpływa się między wielkimi biurowcami.
Czułam się tak jakoś inaczej. Uśmiech nie znikał z mojej twarzy.
Linc siedział na łóżku z telefonem w ręce.
- myślisz, że im się uda? – zapytałam nie odrywając wzroku od zachodzącego słońca, które teraz przybrało złota barwę.
- musi im się udać. Jeśli coś nie wypali LJ…
Głos mu się załamał.
- myślałam, że…że on po tym co zrobili Sarze on…nie ucieknie.
- słabo znasz własnego brata…
Nie dokończył. Przerwał mu dźwięk telefonu, który teraz wydawał się upiorny.
- czego chcesz Susan? Wszystko jest ustalone… Tak o 22… Dostaniesz go tak jak się umawialiśmy. Whistler za mojego syna.
Linc rozłączył się pierwszy.
Rozmawiali o nich jak o rzeczach, które można kupić i oddać gdy nie spodoba nam się to jak światło pada na nie w domu i psuje cały efekt, który wydawał się taki piękny w sklepie. James był jej potrzebny tylko po to by podać te cholerne współrzędne. Później pozbędzie się go po cichu strzelając w tył głowy gdy nie będzie się tego nawet spodziewał.
Czarne myśli przewijały mi się przez głowę jak film.
- przestań – syknęłam do siebie w myślach – on musi żyć. Ma dla kogo żyć.
Słońce już zaszło zostawiając za sobą pomarańczową łunę, która idealnie zgrywała się z ciemniejącym panamskim niebem.
On musi wrócić…do mnie…do nas…
Czas dłużył się tak jak nigdy. Te parę godzin zamieniło się w wieczność. Wieczność, która musi zakończyć się dobrze.
- załóż to – Linc podał mi bluzę – o tej godzinie jest już zimno. I bez paniki – szepnął patrząc mi w oczy – ucieknie. Nie martw się. Tylko, że ode tej chwili to właśnie na wolności rozpęta się piekło.
- uciekną wszyscy – szepnęłam wciągając bluzę – każdy ma na wolności kogoś do kogo musi wrócić.
- Michael…
- Michael ma nas – przerwałam mu.
Dochodziła 22.
- a Whistler?
- James ma… James ma mnie. I ja go nie zostawię.
Linc uśmiechnął się delikatnie chyba pierwszy raz gdy mówiłam właśnie o Jamesie.
- zazdroszczę wam – szepnął
- co?
Westchnął cicho i chwycił za kluczyki i pistolet, który leżał na łóżku.
- już czas jechać po twojego księcia – szepnął i wskazał drzwi z delikatnym uśmiechem na twarzy.
- kocham cię braciszku – zaświergotałam i wybiegłam z pokoju zatrzymując się dopiero przy samochodzie.
Teraz wszystko zdawało się takie łatwe. Takie wykonalne. Nawet ucieczka z sony stawała się zwykłą kradzieżą w sklepie.
Linc pojawił się chwile później z torbą.
Po dłuższej chwili spowodowanej tym, że mój brat nie wiedział gdzie wpakować ową torbę, mknęliśmy już po jakiś bocznych ulicach Panamy po to by wjechać do jakiegoś lasu. Nie słyszałam już szumu miasta. Nie słyszałam nic.
- musimy tutaj na nich poczekać – szepnął Linc uderzając nerwowo palcami w kierownicę.
- nie mogę tu siedzieć.
Otworzyłam drzwi i usiadłam na masce samochodu.
Uderzył mnie delikatny, spokojny wiatr. Wplatał się w moje włosy i szeptał do ucha. Otworzyłam oczy, które miałam zamknięte od chwili wgramolenia się na maskę.
- uciekli – szepnęłam patrząc w ciemność przede mną.
- skąd to wiesz? – zapytał Linc siadając obok mnie.
- po prostu wiem…ja…- wyprostowałam się i zsunęłam z maski – James…
Linc spojrzał przed siebie i zrobił to samo co ja przed chwilą.
- James…- wyszeptałam znowu i rzuciłam się przed siebie wpadając mu w ramiona.
- Boże…nic ci nie jest…- wyszeptał tuląc mnie jak małe dziecko.
- nie puszczaj mnie. Już nigdy mnie nie wypuść z rąk…błagam – szeptałam wtulając się w niego mocniej.
Nie przeszkadzało mi to, że był brudny i nieogolony.
Żył. To było najważniejsze.
Spojrzałam w bok.
- Mike…
Wyrwałam się Jamesowi i podeszłam do Michaela, który niewiele myśląc przytulił mnie mocno.
- nacieszycie się jeszcze sobą! – krzyknął Linc – musimy stąd uciekać!
- idź – popchnęłam Michaela w stronę samochodu, chwyciłam Jamesa za rękę i wbiłam się na tylne siedzenie.
- był jeszcze z nami Mahone ale…nie wiem gdzie on jest – wyszeptał Mike.
- ja nie będę na niego czekał. Ten autobus ma określony rozkład jazdy – syknął Linc i ruszył z piskiem opon.
Poczułam na swojej twarzy jego delikatny dotyk.
Spojrzałam mu prosto w oczy, które znowu były błękitne.
Dotknął delikatnie mojego brzucha drżącą ręką.
- jesteś pewna?
- na 100 % - wyszeptałam bojąc się co odpowie.
On tylko uśmiechnął się tak promiennie jak zwykle i pocałował mnie delikatnie.
Zapomniałam o Lincu i Michaelu.
Zapomniałam już jak smakowały jego usta.
Zapomniałam jak pachniał jego dotyk.
Zapomniałam jaką melodie roztaczał wokół siebie.
W tej jednej chwili wszystko wróciło ze zdwojoną siła.
- wysiadka! – krzyknął Linc gdy znaleźliśmy się przy jakimś starym magazynie – tutaj się chyba pożegnamy panie Whistler.
James chwycił mnie mocno za rękę i wyciągnął z samochodu.
Wiatr zrobił się zimniejszy. Złowrogi. Przynosił ze sobą coś czego się bałam.
Po chwili na stary, opuszczony parking wjechała mała ciężarówka z której wysiadła Susan.
- jakie cudowne rodzinne spotkanie.
Słowa wypływały z jej ust jak trucizna.
- gdzie jest LJ?! – ryknął Linc
- spokojnie…- zamachała ręka w kierunku kierowcy, który otworzył rozsuwane drzwi – Lincoln jesteś kąpany w gorącej wodzie. Uspokój się trochę to będzie nam się milej pracowało. Oddaj mi Whistlera.
- najpierw LJ.
- ty chyba nie rozumiesz powagi sytuacji – syknęła
Lincoln popatrzył na Jamesa, który był tak przerażony, że nie mógł wykonać kroku nawet gdyby chciał.
- idź do niej – syknął Linc
James chciał mnie puścić.
- idę z tobą – wyszeptałam
- och jakie to słodkie…ale on kochana idzie ze mną…bez ciebie
W moich oczach pojawiły się łzy. Puściłam go. Oddałam jej.
- Whistler znowu się spotykamy – wyszeptała patrząc mu prosto w oczy.
Nie chciałam tego. Wiedziałam, że tylko pogorszę sytuację ale mimowolnie rzuciłam się w jego kierunku tylko po to żeby się przytulić. Tylko po to. Ten ostatni raz.
Susan złapała mnie wyjmując broń i celując w kierunku Lincolna i Michaela. Facet z samochodu celował w Jamesa, który chwiał się na nią rzucić.
- obiecałam, że roztrzaskam jej głowę i tak zrobię jeśli nie przestanie odstawiać cyrku! – krzyknęła
- Ona jest w ciąży! – ryknął James i zalał się łzami – jeśli masz kogokolwiek zabić to tylko mnie.
Nastała cisza.
Cisza…
Po moich policzkach popłynęły łzy.
Nie miałam odwagi spojrzeć na żadnego z braci.
Susan rozluźniła uścisk i puściła mnie do Jamesa.
- wyprowadź młodego – szepnęła
Lincoln i Michael rzucili się w kierunku LJ’a.
W całej tej euforii robiłam wszystko mechanicznie.
Susan ruchem reki kazała nam wejść do samochodu.
Oni nawet tego nie zauważyli.
Byłam z nim.
Znowu.
To były ułamki sekund.
Po chwili z piskiem opon ruszyliśmy z parkingu. O drzwi zaczęły uderzać kule.
- odzyskał syna ale stracił siostrę – syknęła słodko Susan odwracając się w naszym kierunku – witam państwa na pokładzie. Nasza wycieczka dopiero się rozpoczyna.
Słyszałam jego błaganie.
Tak bardzo chciał żebym wróciła.
Gdy byłam przy dyżurce odwróciłam się.
Stał tam.
Płakał.
- kocham cię James – wyszeptałam i położyłam rękę na sercu.
Zrozumiał.
Otarł łzy, puścił metalowe ogrodzenie i wykonał ruch podobny do mojego.
Byłam w ciąży.
Noszę pod sercem dziecko.
Nasze dziecko.
Moje i Jamesa.
Uśmiechnęłam się delikatnie siadając w pustym autobusie.
Było nasze.
Nikt nie ma prawa nam go odebrać.
Bałam się tylko tego jak zareaguje Lincoln i Michael. Okłamałam Linca. Obiecałam mu coś i nie dotrzymałam tej obietnicy.
Z tego zakazanego związku powstało coś pięknego.
Coś co powodowało, że na mojej twarzy pojawiał się delikatny uśmiech. Wszystko co złę po prostu odpływało.
Na przystanku czekała mnie jednak „miła” niespodzianka.
- nie myślałem, że jesteś taka naiwna – szepnął Linc – owinął sobie ciebie wokół palca.
- ja mu wierzę. I nigdy nie zmienię zdania. Mimo tego wszystkiego co mówicie.
- Ann…Oni dziś uciekają.
Moje oczy pojaśniały.
Skoro wiedział dlaczego nic nie powiedział?
Zresztą to się teraz nie liczyło.
Przytuli mnie. Tak bardzo mi tego brakowało.
Uśmiechnęłam się i chwyciłam Linca pod rękę.
- cieszę się…bardzo…- szepnęłam i zaciągnęłam go w stronę hotelu.
Słońce zaszło wyjątkowo szybko. Stałam przy oknie i patrzyłam jak rozpływa się między wielkimi biurowcami.
Czułam się tak jakoś inaczej. Uśmiech nie znikał z mojej twarzy.
Linc siedział na łóżku z telefonem w ręce.
- myślisz, że im się uda? – zapytałam nie odrywając wzroku od zachodzącego słońca, które teraz przybrało złota barwę.
- musi im się udać. Jeśli coś nie wypali LJ…
Głos mu się załamał.
- myślałam, że…że on po tym co zrobili Sarze on…nie ucieknie.
- słabo znasz własnego brata…
Nie dokończył. Przerwał mu dźwięk telefonu, który teraz wydawał się upiorny.
- czego chcesz Susan? Wszystko jest ustalone… Tak o 22… Dostaniesz go tak jak się umawialiśmy. Whistler za mojego syna.
Linc rozłączył się pierwszy.
Rozmawiali o nich jak o rzeczach, które można kupić i oddać gdy nie spodoba nam się to jak światło pada na nie w domu i psuje cały efekt, który wydawał się taki piękny w sklepie. James był jej potrzebny tylko po to by podać te cholerne współrzędne. Później pozbędzie się go po cichu strzelając w tył głowy gdy nie będzie się tego nawet spodziewał.
Czarne myśli przewijały mi się przez głowę jak film.
- przestań – syknęłam do siebie w myślach – on musi żyć. Ma dla kogo żyć.
Słońce już zaszło zostawiając za sobą pomarańczową łunę, która idealnie zgrywała się z ciemniejącym panamskim niebem.
On musi wrócić…do mnie…do nas…
Czas dłużył się tak jak nigdy. Te parę godzin zamieniło się w wieczność. Wieczność, która musi zakończyć się dobrze.
- załóż to – Linc podał mi bluzę – o tej godzinie jest już zimno. I bez paniki – szepnął patrząc mi w oczy – ucieknie. Nie martw się. Tylko, że ode tej chwili to właśnie na wolności rozpęta się piekło.
- uciekną wszyscy – szepnęłam wciągając bluzę – każdy ma na wolności kogoś do kogo musi wrócić.
- Michael…
- Michael ma nas – przerwałam mu.
Dochodziła 22.
- a Whistler?
- James ma… James ma mnie. I ja go nie zostawię.
Linc uśmiechnął się delikatnie chyba pierwszy raz gdy mówiłam właśnie o Jamesie.
- zazdroszczę wam – szepnął
- co?
Westchnął cicho i chwycił za kluczyki i pistolet, który leżał na łóżku.
- już czas jechać po twojego księcia – szepnął i wskazał drzwi z delikatnym uśmiechem na twarzy.
- kocham cię braciszku – zaświergotałam i wybiegłam z pokoju zatrzymując się dopiero przy samochodzie.
Teraz wszystko zdawało się takie łatwe. Takie wykonalne. Nawet ucieczka z sony stawała się zwykłą kradzieżą w sklepie.
Linc pojawił się chwile później z torbą.
Po dłuższej chwili spowodowanej tym, że mój brat nie wiedział gdzie wpakować ową torbę, mknęliśmy już po jakiś bocznych ulicach Panamy po to by wjechać do jakiegoś lasu. Nie słyszałam już szumu miasta. Nie słyszałam nic.
- musimy tutaj na nich poczekać – szepnął Linc uderzając nerwowo palcami w kierownicę.
- nie mogę tu siedzieć.
Otworzyłam drzwi i usiadłam na masce samochodu.
Uderzył mnie delikatny, spokojny wiatr. Wplatał się w moje włosy i szeptał do ucha. Otworzyłam oczy, które miałam zamknięte od chwili wgramolenia się na maskę.
- uciekli – szepnęłam patrząc w ciemność przede mną.
- skąd to wiesz? – zapytał Linc siadając obok mnie.
- po prostu wiem…ja…- wyprostowałam się i zsunęłam z maski – James…
Linc spojrzał przed siebie i zrobił to samo co ja przed chwilą.
- James…- wyszeptałam znowu i rzuciłam się przed siebie wpadając mu w ramiona.
- Boże…nic ci nie jest…- wyszeptał tuląc mnie jak małe dziecko.
- nie puszczaj mnie. Już nigdy mnie nie wypuść z rąk…błagam – szeptałam wtulając się w niego mocniej.
Nie przeszkadzało mi to, że był brudny i nieogolony.
Żył. To było najważniejsze.
Spojrzałam w bok.
- Mike…
Wyrwałam się Jamesowi i podeszłam do Michaela, który niewiele myśląc przytulił mnie mocno.
- nacieszycie się jeszcze sobą! – krzyknął Linc – musimy stąd uciekać!
- idź – popchnęłam Michaela w stronę samochodu, chwyciłam Jamesa za rękę i wbiłam się na tylne siedzenie.
- był jeszcze z nami Mahone ale…nie wiem gdzie on jest – wyszeptał Mike.
- ja nie będę na niego czekał. Ten autobus ma określony rozkład jazdy – syknął Linc i ruszył z piskiem opon.
Poczułam na swojej twarzy jego delikatny dotyk.
Spojrzałam mu prosto w oczy, które znowu były błękitne.
Dotknął delikatnie mojego brzucha drżącą ręką.
- jesteś pewna?
- na 100 % - wyszeptałam bojąc się co odpowie.
On tylko uśmiechnął się tak promiennie jak zwykle i pocałował mnie delikatnie.
Zapomniałam o Lincu i Michaelu.
Zapomniałam już jak smakowały jego usta.
Zapomniałam jak pachniał jego dotyk.
Zapomniałam jaką melodie roztaczał wokół siebie.
W tej jednej chwili wszystko wróciło ze zdwojoną siła.
- wysiadka! – krzyknął Linc gdy znaleźliśmy się przy jakimś starym magazynie – tutaj się chyba pożegnamy panie Whistler.
James chwycił mnie mocno za rękę i wyciągnął z samochodu.
Wiatr zrobił się zimniejszy. Złowrogi. Przynosił ze sobą coś czego się bałam.
Po chwili na stary, opuszczony parking wjechała mała ciężarówka z której wysiadła Susan.
- jakie cudowne rodzinne spotkanie.
Słowa wypływały z jej ust jak trucizna.
- gdzie jest LJ?! – ryknął Linc
- spokojnie…- zamachała ręka w kierunku kierowcy, który otworzył rozsuwane drzwi – Lincoln jesteś kąpany w gorącej wodzie. Uspokój się trochę to będzie nam się milej pracowało. Oddaj mi Whistlera.
- najpierw LJ.
- ty chyba nie rozumiesz powagi sytuacji – syknęła
Lincoln popatrzył na Jamesa, który był tak przerażony, że nie mógł wykonać kroku nawet gdyby chciał.
- idź do niej – syknął Linc
James chciał mnie puścić.
- idę z tobą – wyszeptałam
- och jakie to słodkie…ale on kochana idzie ze mną…bez ciebie
W moich oczach pojawiły się łzy. Puściłam go. Oddałam jej.
- Whistler znowu się spotykamy – wyszeptała patrząc mu prosto w oczy.
Nie chciałam tego. Wiedziałam, że tylko pogorszę sytuację ale mimowolnie rzuciłam się w jego kierunku tylko po to żeby się przytulić. Tylko po to. Ten ostatni raz.
Susan złapała mnie wyjmując broń i celując w kierunku Lincolna i Michaela. Facet z samochodu celował w Jamesa, który chwiał się na nią rzucić.
- obiecałam, że roztrzaskam jej głowę i tak zrobię jeśli nie przestanie odstawiać cyrku! – krzyknęła
- Ona jest w ciąży! – ryknął James i zalał się łzami – jeśli masz kogokolwiek zabić to tylko mnie.
Nastała cisza.
Cisza…
Po moich policzkach popłynęły łzy.
Nie miałam odwagi spojrzeć na żadnego z braci.
Susan rozluźniła uścisk i puściła mnie do Jamesa.
- wyprowadź młodego – szepnęła
Lincoln i Michael rzucili się w kierunku LJ’a.
W całej tej euforii robiłam wszystko mechanicznie.
Susan ruchem reki kazała nam wejść do samochodu.
Oni nawet tego nie zauważyli.
Byłam z nim.
Znowu.
To były ułamki sekund.
Po chwili z piskiem opon ruszyliśmy z parkingu. O drzwi zaczęły uderzać kule.
- odzyskał syna ale stracił siostrę – syknęła słodko Susan odwracając się w naszym kierunku – witam państwa na pokładzie. Nasza wycieczka dopiero się rozpoczyna.
Michael Scofield
boshe cale takie miodne... romantyczne... ja się juz ode tego uzależniłamTanira pisze:Noszę pod sercem dziecko.
Nasze dziecko.
Moje i Jamesa.
Michael Scofield
a to sie kiedyś musi skończyć ^^ chociaż...patus1905 pisze:ja się juz ode tego uzależniłam
Michael Scofield
nie ma mowy ..wiesz jakie zamieszki wybuchną jak skońcysz wrzucac nowe odcinki... 
Michael Scofield
świetne kiedy kolejny odcinek... bo już nie mogę się doczekać.
Michael Scofield
o jaa.. świetny..od góry do dołu.. rozwaliłaś mnie tym odcinkiem.. oO
Mahone
Posty: 682
Rejestracja: 2007-12-01, 22:29
To jest więcej niż genialne!! Braaawooo
! A susan- zupełnie jak ta w serialu- nieczuła i wyrachowana jędza xD.
Ale, ale.. co Susan kombinuje i gdzie zabrała Jamesa i Ann??
B-U-N-t!! CHCEMY WIĘCEJ ODCINKÓW!! xD
Śliczne..Tanira pisze:- Ona jest w ciąży! – ryknął James i zalał się łzami – jeśli masz kogokolwiek zabić to tylko mnie
Ale, ale.. co Susan kombinuje i gdzie zabrała Jamesa i Ann??
B-U-N-t!! CHCEMY WIĘCEJ ODCINKÓW!! xD
Mahone
Posty: 704
Rejestracja: 2008-01-01, 14:49
Dokładnie ^^ Teraz to był tylko taki niby - bunt, a potem to już nie wiem... W ruch pójdą granaty i butelki z benzyną chyba...patus1905 pisze:nie ma mowy ..wiesz jakie zamieszki wybuchną jak skońcysz wrzucac nowe odcinki...
Michael Scofield
łooo Poznań nie aż takie wielkie miasto żeby tłum rozszalałych fanów Cie tam nie znalazł i nie "zasugerował dobitnie" wrzucenia nowych odcinków ... nie no joke ;-D
Mahone
Posty: 704
Rejestracja: 2008-01-01, 14:49
Uczymy się od najlepszych, czyli od bohaterów PB, więc nie ma żartów... XDpatus1905 pisze:i nie "zasugerował dobitnie" wrzucenia nowych odcinków