ohohohohoho nadtemat \o/
Jakie to ja przygody z tym miałam...a raczej może jakich to ja nie miałam xD
Na kurs poszłam w wakacje przed klasą maturalną...prawko dostałam dopiero w sierpniu

Długo to trwało, bo miedzy kolejnymi egzaminami zawsze były w moim WORDzie straszne kolejki, po drodze mialam maturę, wiec musiałam zrobic przerwę.
Zdałam za 4 razem dopiero...ale i tak sie cieszylam, ze w koncu mam to za sobą. Po 3 razie byłam tak wkurzona i zrezygnowana, ze mialam ochotę już w ogole do tego nie podchodzić...No ale jednak się udało
Ogolnie rzecz biorąc to zawsze chciałam jezdzić samochodem. Na kurs szłam z wielkimi nadziejami, choc wiedziałam, ze nie uda mi się zdac za 1 razem.
Za 1 razem oblałam już na placu na łuku...najechałam na linię^^ Bylam okroooopnie zestresowana...rece się trzęsły...nogi drżały...w ogole aż dziwne ze mi nie silnik nie gasł.
Za drugim razem wymusiłam pierwszenstwo na skrzyzowaniu po jakiś 30 minutach jazdy.
Za trzecim znowu na 5 minut przed koncem, gdy juz wracałam na plac ( i chyba za bardzo sie rozluzniłam tą myslą, że się udało) wyprzedzałam rowerzystę przed przejsciem dla pieszych

No masakra /o\
Gdy szłam na ostatni egzamin było mi juz naprawde wszystko jedno. W ogole sie nie denerwowałam...tak jakby mi nie zalezało, jakbym byla z góry przekonana, ze znowu obleje...a tu akurat się udało
Duzo zalezy od egzaminatora...od jego humorków, bo może Cię uwalić na głupotach, jesli bedzie miał taki kaprys, kiedy inny przymknie na nie oko.
Ogolnie rzecz ujmując to gdy się juz nie mysli o tych egzaminach i o tym całym zamieszaniu to posiadanie tego małego, niepozornego plastiku daje kupe radosci.
Nie ma się czego bać. Ja do jazdy po miescie jakoś podchodziłam od poczatku na luzie. Bardziej bałam się tych wszystkich manewrow...głównie koperty...gdy egzaminator chce Cie oblac daje Ci kopertę czyli parkowanie rownolegle do krawęznika, tylem miedzy dwa auta... gdzie odległosc od kraweznika nie moze byc wieksza niz 'długość' dłoni. Czasami się uda, ale cięzko tu sobie wyrobic technikę, która zapewnie powodzenie w każdej sytuacji...
Co do nauki...hehe...sam kurs był swietny. Miałam 3 instruktorów. Na poczatku takiego starego dziadka ( agulec-cos dla Ciebie

), któremu zdarzało się klepac mnie po kolanie

Ale zdradzał tajne sztuczki przy manewrach...potem dostałam przystojnego 26-letniego Łukasza, więc nie narzekałam juz na nic

Pierwszy raz jechałam z moim ojcem...to był dramat. Przy jego nerwach i cierpliwosci...ekhm

po 30 minutach jazdy po jakimś zadupiu miałam dość.... A poczatki są ważne, bo można się nieźle zrazić...
Ale polecam. Teraz sobie smigam autem, gdzie chce i kiedy chce. Nie musze sie nikogo prosić o transport...no chyba, że zajdzie taka konieczność

I w ogóle to takie fajne uczucie, gdy jesteś aktywnym uczestnikiem ruchu drogowego, a nie takim z pobocza...xD