Kolejna porcja "emocji" 
Dzień jak co dzień. W końcu to więzienie. Wszystkie dni zlewają się ze sobą. Śniadanie do kitu, poranki do kitu, łazienki też do kitu. Czułam się gorzej niż zwykle. Wydała się tajemnica, która nigdy nie powinna ujrzeć światła dziennego w tym miejscu. Nie byłam zadowolona z faktu, że jestem siostrzenicą Pani vice prezydent. To nic miłego kiedy jest się traktowanym jak pudelek na pokazach. Siedziałam na swoim łóżku wpatrując się jak psychopatka w wielką plamę na ścianie, kiedy to nagle przed naszą celą stanął strażnik.
-Otworzyć dwudziestkę trójkę! - krzyknął. Cela otworzyła się.
-Siemasz Bellick. - powiedziała Coni
-Ty jak zawsze uśmiechnięta i pełna życia, co? - zapytał
-Jak widać. Co tym razem? - zapytała patrząc głupkowato na klawisza
-Nicole idziesz ze mną. - powiedział. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
-Gdzie? - zapytałam
-Na pierwsze badania kontrolne. - zeszłam z łóżka i posłusznie wyszłam z celi. Szliśmy różnymi korytarzami. Przeszliśmy do bloku B, tam gdzie znajdowało się ambulatorium.
-To ty powiedziałeś mi o tych dwóch żelaznych zasadach. - powiedziałam śmiejąc się pod nosem – Powiedz chociaż jak masz na imię. Spędzimy ze sobą dużo czasu.
-Brad Bellick. Wierz mi, nie powinnaś tu siedzieć. Jesteś za młoda na więzienie. - odpowiedział
-Jak stąd wyjdę będę miała 47 lat. To teraz bez różnicy czy jestem młoda czy nie.
-To tu. Dalej idziesz sama. - weszłam do gabinetu lekarskiego. Usiadłam na krzesełku pod oknem i rozejrzałam się dookoła. Poczułam się jak w domu. Brakowało mi tego szpitalnego otoczenia.
-Dzień dobry! Nazywam się dr Sara Tancredi i będę twoim lekarzem tutaj.- do gabinetu weszła młoda kobieta z rudymi włosami. Była starsza ode mnie, ale nie wyglądała.
-Witam! - odpowiedziałam
-A więc nazywasz się Nicole Smith, masz 23 lata i... - urwała w połowie zdania – No proszę! Studiowałaś medycynę. - powiedziała ze zdziwieniem w głosie
-Co w tym dziwnego? - zapytałam
-Niby nic. Dlaczego to zrobiłaś? Pytam z ciekawości, jak nie chcesz nie musisz odpowiadać.
-Byłabym wdzięczna. - odpowiedziałam i odwróciłam głowę w stronę okna. Patrzyłam na piękne błękitne niebo i bystro świecące słońce.
-Podwiń rękaw. - powiedziała lekarka. Zrobiłam to o co prosiła. Zacisnęła mi rękę gumowym paseczkiem i pobrała krew. Potem zmierzyła mi ciśnienie i obsłuchała stetoskopem.
-Wszystko w porządku. Możesz już iść. - wstałam z krzesełka i wyszłam z gabinetu. Brad już na mnie czekał. Odprowadził mnie z powrotem do celi.
-Nie wyglądasz dobrze. - powiedziała Coni – Co ona ci tam zrobiła?
-Nic. Była miła.
-Więc co się stało?
-Kiedy tam weszłam przypomniało mi się coś.
-A co ci się mogło przypomnieć w ambulatorium? - zapytała po raz kolejny. Na jej ustach rósł co raz większy uśmiech
-I tak się pewnie dowiesz, więc powiem ci od razu.
-Ooo... Miło usłyszeć.
-Przestań! To nie jest zabawne.
-Dobra, już dobra. Przepraszam. No ale mów co ci się przypomniało. - widać było, że Coni zżera ciekawość.
-Zanim tu trafiłam studiowałam medycynę. Nie pytaj mnie proszę o nic więcej bo nie chcę o tym rozmawiać. - Constanza była wyraźnie zaskoczona. Nie pytała mnie więcej o nic co dotyczyło moich studiów. Do kolejnego wyjścia na spacerniak zostały jeszcze dwie godziny. Położyłam się na swoim łóżku i zasnęłam.
***
-Idziesz? - otworzyłam oczy. Coni stała przy moim łóżku i próbowała wyrwać mnie z tego niebiańskiego snu.
-To już? - zapytałam
-Tak! Idziesz czy zostajesz?
-Idę, idę. - powiedziałam ledwo żywa. Podniosłam się, przeciągnęłam i zeskoczyłam z łóżka. Razem z Coni poszłyśmy na spacerniak. Nie chciałam zbytnio łazić gdzie nie potrzeba, więc spacerowałam wzdłuż siatki. Pogoda była piękna. Marzyłam o spacerze nad brzegiem oceanu. Zawsze o tej porze tak robiłam. Przez tego cholernego dupka muszę tu siedzieć. Nikogo nie obchodziło to, że zrobiłam to w obronie własnej.
-Zaczekaj, zaraz przyjdę. - powiedziała Coni szturchając mnie w prawe ramię.
-Gdzie idziesz? - zapytałam z przerażeniem w oczach. Nie chciałam zostawać sama nawet na krótką chwilę.
-Zaraz wrócę. Spokojnie. - odpowiedziała i poszła w stronę kilku mężczyzn siedzących na ławeczkach.
-Świetnie! - powiedziałam.
-Co jest takie świetne? - usłyszałam pytanie za plecami. Odwróciłam się.
-Ach, to ty. - za mną stał Scofield – Czego chcesz tym razem?
-Pogadać. Jeśli oczywiście masz ochotę.
-Nie mam. - rzuciłam
-No dobra. Jak chcesz. - powiedział i był gotów odejść kiedy nagle coś mnie tknęło
-Zaczekaj! Przepraszam za moje zachowanie. To dlatego, że jedyną osobą jaką tu znam to Coni, ale ona wolała inne towarzystwo. - burknęłam pod nosem i spojrzałam na Michaela
-Wiem coś o tym. Zresztą znasz też mnie. Nie jesteś całkiem sama. - posłał mi delikatny uśmiech kiedy to mówił
-Nie licząc T-Baga i Abruzziego jest całkiem w porządku. Jeszcze trochę i będę znać całą mafię tutaj. - chwilę później oboje zaczęliśmy się z tego śmiać. Czułam się tak jakbym znała Michaela od lat.
-Uwierz mi, Abruzzi zrobił to dlatego, że przypominasz mu jego dzieci. Założę się, że zrobi to kolejny raz jak zobaczy, że jesteś w niebezpieczeństwie. - powiedział
-To miłe z jego strony, ale mimo wszystko John jest najbardziej znanym i niebezpiecznym mafiosem o jakim świat słyszał. Swoją drogą wydawał się bardzo miły. Na pewno milszy i sympatyczniejszy niż mój własny ojciec. - odparłam krzywiąc minę
-Myślałem, że masz kochającą rodzinę.
-O tak! Kochają mnie, aż po grób! Kiedy dowiedzieli się, że zastrzeliłam Kevina myślałam, że ze mną zrobią to samo. Kiedy policja po mnie przyjechała, ostatnie co od nich usłyszałam to: “Jak mogłaś zabić tak dobrego człowieka? On cię tak bardzo kochał!”. Kochał, owszem ale moje ciało. Nic innego się nie liczyło. - westchnęłam. Ciężko było mi mówić o rodzinie, którą kochałam, a oni mimo wszystko w najgorszych sytuacjach udawali, że mnie nie znają.
-Nie wiem jak to jest kiedy własna rodzina cię odrzuca, ale wiem jak to jest nie mieć jej wcale. - powiedział Michael
-Przykro mi, nie wiedziałam.
-Nie szkodzi. - odparł i uśmiechnął się do mnie.
-Hej! Odejdź od niej! - krzyknęła nagle Coni.
-O co ci chodzi? My tylko rozmawialiśmy. - stanęłam w obronie Scofielda
-Co tym razem jej powiedziałeś?!
-Nie denerwuj się tak. Po prostu rozmawialiśmy. - powiedział – Jeśli ci się to nie podoba, to wystarczyło zwrócić uwagę. - chwilę potem odszedł od nas. Byłam trochę zła na Coni. Zachowała się chamsko.
-Dlaczego to zrobiłaś?! - zapytałam z ironią w głosie
-Nie ufaj mu! Nigdy!
-O co ci chodzi? Ciągle tylko mówisz, żebym nikomu nie ufała! Dlaczego wtrącasz się w nie swoje sprawy?! Ja nie opieprzam cię za to, że polazłaś do jakichś “panienek”, a mnie zostawiłaś samą na pastwę losu! Gdybyś przy mnie była nic by się nie stało, więc nie mów mi teraz, że to moja wina! - krzyknęłam i poszłam do swojej celi. Byłam wkurzona. Nic mnie już nie obchodziło. Wskoczyłam na swoje łóżko i jak małe dziecko schowałam głowę w kolanach obejmując ją rękami.
-A cóż to moje słoneczko jest nie w humorze? - to był T-Bag. Nie chciałam z nikim rozmawiać zwłaszcza z nim.
-Czego chcesz? - rzuciłam
-Uuu... Trochę grzeczniej proszę.
-Będę odzywać się tak, jak mi się podoba!
-Słuchaj no...
-Nie! To ty mnie posłuchaj! - przerwałam mu – Nie mam ochoty gadać z nikim, zwłaszcza z tobą, więc bądź tak uprzejmy i zjeżdżaj z stąd! - krzyknęłam. Nie wiedziałam czy zrobiłam dobrze, ale mimo wszystko chyba mi ulżyło. Zresztą nic mnie już dzisiaj nie obchodziło. T-Bag spojrzał na mnie krzywo. Był wyraźnie zaskoczony moim zachowaniem. Wszyscy dookoła się go bali, a ja jak głupia na niego nawrzeszczałam. Wkurzyły go moje słowa. Chciał wejść do mojej celi, ale akurat przyszła Coni i go odepchnęła. Chyba słyszała to co powiedziałam bo zrobiła to pewnie mówiąc: “Jeszcze coś?”.
-Dzięki! - powiedziałam kiedy T-Bag odszedł
-Za co? To ja powinnam dziękować tobie. - odparła. Popatrzyłyśmy na siebie przez krótką chwilę i zaczęłyśmy się śmiać. Kilka minut później zamknęli cele. W głowie miałam tylko myśli co zamierza zrobić T-Bag, po tym jak na niego nakrzyczałam...