o matko

czuje ze moj "mały" bunt to pikuś

zaraz dam tylko poszukam xD
Epizod 17
Obudziła się rano w…łóżku. Nie pamiętałam nic z wczorajszego wieczora. Film urwał mi się po tym jak wtuliłam się w Jamesa. Leżałam w jego koszulce czyli musiałam się wczoraj jeszcze przebrać. Słońce pięknie świeciło. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła 9. Przeciągnęłam się jeszcze raz i z impetem zeskoczyłam łóżka prawie łamiąc sobie nogi. Usłyszałam tylko głośny krzyk i wylądowałam obok zwijającego się z bólu Whistlera na materacu na podłodze.
- o Boże…- wyszeptałam – nic ci nie jest?
Syknął z bólu rozmasowując ramię.
- nie, nie wszystko dobrze – spojrzał na mnie a w jego oczach zobaczyłam łzy.
- przepraszam naprawdę – zbliżyłam się do niego, przyłożyłam moje wiecznie zimne ręce do jego ramienia i zaczęłam masować – jak mogę ci się odwdzięczyć? Zrobię śniadanie, co? Albo nie wiem…Jej naprawdę przepraszam
Delikatnie przesunął dłoń po moim policzku i obrócił moja głowę w jego kierunku.
- nic się nie stało…- powtórzył spokojnie i pocałował mnie delikatnie
On roztaczał jakąś magiczna aurę. Zarzuciłam mu ręce na szyję i to co przed chwila było tylko delikatnym, nieśmiałym pocałunkiem zamieniło się w bijącą ze wszystkich stron namiętność.
Było mi cudownie. Nigdy nie czułam czegoś takiego. Nie czułam tego nawet do T-Bag’a. Po chwili leżeliśmy już wtuleni w siebie na tym nieszczęsnym materacu.
- to chyba przeznaczenie – wyszeptał
- chyba tak…- dodałam i pocałowałam go w policzek.
Myślałam, że leżeliśmy tak tylko chwilę. Gdy spojrzałam na zegarek dochodziła 12.
- o kurcze chyba trzeba wstawać
- ale mi tak dobrze – James mruczał mi do ucha
- oj przecież mamy cały dzień – uśmiechnęłam się, wstałam i udałam się do łazienki.
Wzięłam szybki prysznic, założyłam czyste ciuchy i spojrzałam w lustro.
- to będzie boski dzień – powiedziałam, uśmiechnęłam się do swojego odbicia i wyszłam.
- co jest na śniadanie? – rzuciłam i chciałam wejść do pokoju jednak James zagrodził mi drogę
- chodź zjemy w kuchni. Albo na dworze – dodał szybko.
Był inny niż przed chwila gdy leżeliśmy w pokoju. Był zdenerwowany.
- no coś ty. Jemy tutaj. Chcę pooglądać wiadomości.
Nic nie mówił tylko patrzył na mnie.
- James nie rozumiesz? Chcę obejrzeć wiadomości. Może coś mówią.
Nadal nie ustępował miejsca.
- Odsuń się! – ryknęłam
Usiadłam już mocno wkurzona na kanapie i włączyłam telewizje nie patrząc w stronę Jamesa, który stał w drzwiach.
Po chwili zrozumiałam dlaczego nie chciał żebym oglądała cokolwiek.
„Dziś nad ranem znaleziono zwłoki, które należą do Lincolna Burrowsa – jednego z uciekinierów z Fox River, który odsiadywał wyrok za zabójstwo brata pani prezydent”
Odgarnęłam włosy, które opadały mi na oczy.
- Lincoln? Nie to niemożliwe – mówiłam do siebie w myślach.
Zaśmiałam się i spojrzałam na Jamesa, który był wyjątkowo poważny.
Zerknęłam ponownie na telewizor. Zobaczyłam zwłoki w czarnym worku z którego wystawała dżinsowa kurtka. Taka sama jaką miał Linc.
Po chwili dziennikarka znowu zaczęła mówić:
„Lincoln Burrows został zastrzelony nad ranem w małej miejscowości w stanie Utah. Nie wiadomo co się dzieje z reszta zbiegów. Wiadomo, że zaczynają się wykruszać”
W moich oczach pojawiły się łzy. Patrzyłam martwo na telewizor. Nie mogłam w to uwierzyć. Tak jak stałam wybiegłam na podwórko słysząc za sobą krzyki Jamesa.
Stanęłam nad brzegiem jeziora i zaczęłam krzyczeć z bezsilności. Miałam gdzieś to czy mnie ktoś zobaczy. Po chwili podbiegł do mnie James i przytulił bardzo mocno.
- uspokój się
- mój brat. Mój kochany brat. ONI MI GO ZABILI! – wbiłam paznokcie w jego ramiona i płakałam w koszulkę.
- już dobrze skarbie…
- NIE JEST DOBRZE! NIC NIE JEST DOBRZE! – próbowałam się wyrwać z jego objęć ale on był silniejszy.
Zaczęłam się trząść. Nie panowałam nad swoim ciałem. Z całej siły uderzyłam Whistlera w pierś.
- bij jeśli ci to przyniesie ulgę. Krzycz. Wyrzuć to z siebie – szeptał mi do ucha nie wypuszczając z ramion.
- nie mam już siły – wyszeptałam
Łzy płynęły mi po policzkach. Nadal trzęsłam się jak opętana. Nie miałam już naprawdę siły. Oparłam głowę o ramię Jamesa.
- nie zostawiaj mnie. Proszę. Nie chce Cię stracić – wyszeptałam
- już spokojnie…nie zostawię Cię nigdy. Już dobrze.
Tulił mnie jak małe dziecko. Czułam, że coś we mnie umarło. Tak bardzo kochałam Lincolna a teraz go już nigdy nie zobaczę. Ten dzień miał być piękny a okazał się największym koszmarem mojego życia. Straciłam brata. Straciłam kogoś, kto mnie wychowywał. Kto był dla mnie jak ojciec. Straciłam kogoś, kto znał wszystkie moje sekrety. Straciłam największego przyjaciela. Straciłam brata.
James zaprowadził mnie do domu. Byłam otępiała z bólu, który wypełniał mnie od środka.
Usiadłam na kanapie i patrzyłam tępo w podłogę.
- zrobię ci cos na uspokojenie – szepnął i wyszedł do kuchni
Nie miałam ochoty na nic. Chciałam umrzeć. Zostawić to wszystko i odejść.
Nagle zadzwonił telefon. Nie ruszyło mnie to specjalnie.
James stanął w drzwiach z telefonem w reku i szepnął
- to chyba twój
Zwróciłam głowę w jego stronę. To był telefon Lincolna. Podbiegłam do niego natychmiast i wyrwałam mu go z ręki. Odebrałam…
- Ann? Ann jesteś tam?
Usłyszałam w telefonie głos Michaela
- Ann?
- Mike…
- Ann nie wierz we wszystko co widzisz!
- Mike ale o co…
Cichy sygnał rozłączonego telefonu dzwonił mi w uchu…
James patrzył na mnie tak jakby jego wzrok miał mi jakoś pomóc.
Po chwili telefon znowu zadzwonił.
- Mike?
- Panama
- co?! – krzyknęłam do słuchawki
- Panama rozumiesz?
- Mike!
Znowu ten sam dźwięk rozłączonego telefonu.
James podszedł do mnie i przytulił bardzo mocno.
- co mówił? – zapytał
- powiedział „Panama”
- coś jeszcze?
- nie wierz w to co widzisz…James – spojrzałam mu prosto w oczy – co to znaczy?
- nie wiem – przytulił mnie jeszcze mocniej – ale jedno wiem na pewno. Że damy radę.
Wtuliłam się w niego najmocniej jak potrafiłam. Zamknęłam oczy.
- dlaczego to wszystko nie może być snem?
- bo musimy przez to wszystko przejść żeby być jeszcze bardziej szczęśliwi.
Spojrzałam mu głęboko w oczy…w te przepiękne oczy które niosły ze sobą ukojenie
- kocham cię…