Po obejrzeniu drugiego odcinka mam mieszane uczucia. Pierwsze 35 minut oglądałam z zapartym tchem. Przede wszystkim mocny początek, może nie było takich emocji jak za starych dobrych czasów, ale dało się wyczuć klimacik dawnych ucieczek. Oczywiście w kulminacyjnym momencie coś poszło nie tak i pierwsze podejście do ucieczki wzięło w łeb, żadna nowość. Niemniej, choć było to do przewidzenia, jak najbardziej zaliczam na plus odcinka.
Bardzo dobrze pokazany klimat Jemenu ogarniętego wojną, ISIS, strzelaniny, wybuchy, walki. Bez niepotrzebnej przesady, ale odpowiednia atmosfera wprowadzona. Fajna akcja poszukiwania Szejka Światła i jego córki. Sheba wyrasta na jedną z moich ulubionych postaci tego sezonu (czy ona się aby nie zamierza zakochiwać w Linku?

).
Zdecydowanie moją ulubioną sceną odcinka jest Sara oglądająca film nadesłany przez Linka i w międzyczasie odbierająca połączenie z Jacobem. Dużo emocji i przede wszystkim taka Sara, jaką lubię.
Poza tym pojawienie się Kellermana zaliczam na plus, nic się facet nie zmienił. Nadal bardzo kanoniczny, podobnie jak jego skomplikowana relacja z Sarą.
Michael jak to Michael, odcinek (a przynajmniej jego pierwsze pół godziny) utwierdza w przekonaniu, że nadal jest tym Michaelem z poprzednich sezonów. Scena rozpalania "ogniska" w celi jak za czasów Fox River. Aż mi zabrakło Sucre gdzieś z boku... ;-)
Cała historia Kaniela Outisa bardzo intrygująca. Z jednej strony zabójstwo, na które są dowody (jak wiemy z doświadczenia nie muszą one nic oznaczać, ale coś mi mówi, że tym razem może być w nich ziarnko prawdy; aż nie chce mi się wierzyć, że tak kopiowaliby pomysł z pierwszego sezonu), z drugiej współpraca z ISIS, która w pierwszym momencie wydawała się całkowicie absurdalna, ale jednak zdaje się, że jest tam jakieś drugie dno.
Podoba mi się zamęt, jaki powstał wokół Michaela z punktu widzenia Sary. Wątpliwości, czy w ogóle kiedykolwiek był z nią szczery, czy faktycznie ją kochał, czy może wszystko to było jednym wielkim kłamstwem. Oczywiście odpowiedź na to akurat pytanie jest oczywista, ale i tak podoba mi się to zagranie. Rozmowę z Jacobem w szpitalu także ostatecznie uznaję za plus odcinka; wydają się być fajną, sensowną, "normalną" parą (choć zwlekanie z odpowiedzią na "kocham cię" bardzo wymowne). A sam Jacob... Jest tak bardzo niepasujący do tego serialu, że nie wiem, czy bardziej podoba mi się "naiwność" jego postaci, czy może jednak bardziej mnie to drażni.
No i tutaj dochodzimy do ostatnich pięciu minut odcinka. Michael mówiący po arabasku (?) wydaje się nieco hmm... przerażający

Powstaje pytanie, co łączy go z Abu Ramalem. Czy Abu Ramal jest w gruncie rzeczy kimś innych, czy Michael z jakiegoś powodu udaje jego z sprzymierzeńca, czy odpowiedź jest jeszcze inna. Tak czy inaczej całkiem to ciekawie rozgrywają jak do tej pory.
Na koniec pozostawiłam sobie coś, co zepsuło moją ogólną ocenę tego odcinka, a mianowicie scena pod szkołą Mika. Ja nie wiem, czy to miała być próba wzbudzenia emocji, że niby Mika porwali? Jeśli tak, nie wyszło... Cała ta scena, od rozmowy Sary z koleżanką (wyrwana żywcem z jakiegoś innego serialu, daję słowo), poprzez kilkusekundowe poszukiwania Mika sztuczne do bólu, aż po pseudokwiatek dostarczony przez dostawcę pizzy. Ja naprawdę rozumiem nawiązanie do pamiętnego kwiatka z Fox River, ale serio? Już nie wspominając o tym, że po 7 latach nieobecności można by było napisać coś więcej poza "ukryj wszystkich, idzie burza". Ja wiem, że szyfry i w ogóle, ale naprawdę... wszystko ma swoje granice. Ratuje ich odrobinkę sam pomysł nawiązania do kwiatka, ale wykonanie... Jestem tą sceną naprawdę zniesmaczona. Będę udawać, że jej nie było.
Zresztą, trochę to się jednak kupy nie trzyma, przynajmniej jak dla mnie. Upozorował własną śmierć, żeby ratować najbliższych, z tego samego powodu milczy przez 7 lat, choć ma możliwość skontaktowania się z żoną i synem (jak to widać na zwiastunach), ale nie robi tego - jak można się domyślić, żeby ich nie narażać. Zapewne z tego samego powodu podczas wizyty Linka udaje kogoś, kim nie jest. Ok, kupuję to tłumaczenie, ale w takim razie nagła zmiana frontu i skontaktowanie się najpierw z Linkiem (które jeszcze mogę wybaczyć), potem to żałosne z Sarą jest naprawdę od czapy. Po 7 latach poświęcenia nagle stwierdził, że woli przeżyć?
No chyba że na koniec sezonu okaże się, że to wcale nie Michael tylko jego zaginiony brat bliźniak - Kaniel Outis?

Ewentualnie, że Firma za swoich najlepszych lat sklonowała geniusza - syna Christiny i przekabaciła na swoją stronę?

Już się chyba można wszystkiego spodziewać
No a poza tym nasuwa się pytanie, czy zamierzają w jakikolwiek sposób wyjaśnić, co działo się przez te 7 lat? Myślałam, że drugi odcinek przyniesie więcej odpowiedzi, a tymczasem wciąż nie wiemy, gdzie wyparowali Sophia i LJ ani jakim cudem Sara chodzi sobie swobodnie po Nowym Jorku i opowiada koleżankom o historii z Michaelem. Mimo całego mojego uwielbienia dla tego serialu, naprawdę odrobinkę przegięli. Po raz pierwszy zaczynam się obawiać, czy przypadkiem nie skopią tego sezonu.