Horror by Nati & Ann
: 2008-06-05, 11:03
Messerowa
Cała ta wyprawa od początku mi się nie podobała.
Było upalnie, a ja nienawidzę słońca.
Jechaliśmy w kompletne odludzie, a ja nie lubię być sama.
O ból głowy przyprawiał mnie fakt, że w promieniu stu kilometrów nie widać było ani jednego supermarketu, nie wspominając już o stacji benzynowej. Z lupą nie znajdziesz tu nawet zwykłego spożywczaka.
-Wy raazeem a ja znoowuu saamaa...- zanuciła zupełnie od niechcenia Ann, bębniąc leniwie palcami w odsuniętą do połowy szybę.
Nie myślałam, ze kiedykolwiek to powiem, ale jednak...
Ona była gorsza ode mnie.
Marudziła odkąd wyjechaliśmy z miasta. Miałam lekkie wyrzuty sumienia, ale czy to moja wina, że kilka miesięcy temu Messer sam nawinął mi się pod rękę? To mogła być jedyna taka okazja w moim nudnym, jałowym, pozbawionym jakichkolwiek emocji życiu. Nie miałam innego wyjścia. Po prostu z niej skorzystałam. Złapałam ją obiema rękami i do tej pory nie puszczałam, trzymając mocno, mimo częstych otarć na nadgarstkach.
Poza tym od czego są wakacje, jak nie od zwariowanych, spontanicznych podrywów?. Na pewno kogoś sobie znajdzie. A jak nie, to ja przyprowadzę jej faceta, który będzie nosił ją na rękach...
...jeśli tylko wydostaniemy się z tej zapadłej dziury, pozbawionego żywej duszy grajdoła...
-Gorąco...-jęknęłam w końcu, przerywając panującą w samochodzie, senną ciszę i odklejając nos od rozgrzanej prawie do czerwoności szyby.
Kompletna nuda. Monotonny krajobraz. W kółko to samo. Las, las i las. Piaszczysta droga, wysuszające gardło, stojące w miejscu powietrze i ani skrawka cienia, bo słońce jak na złość ustawiło się akurat naprzeciwko naszego Range Rovera, prującego do przodu w chmurze kurzu i piasku. Pożółkła trawa jęczała cicho, ocierając się o wielkie, czarne koła samochodu.
-Pić...?-poprosiłam nieśmiało składając błagalnie ręce, kiedy po dłuższej chwili nikt nie zareagował na moje poprzednie, pełne rozpaczy błagania.
W tym samym momencie butelka wody bezceremonialnie wylądowała na siedzeniu obok mnie.
-Dzięki...Danny...-mruknęłam, poprawiając zjeżdżające po mokrym nosie okulary przeciwsłoneczne.
Pieprzony pseudodetektyw. Czasami myśli, że pozjadał wszystkie rozumy, bo umie w profesjonalny sposób machać pędzelkiem i odróżnić krew od ketchupu. Mogę się założyć, że zrujnuje mi życie, a jedyną osobą, która to dostrzeże, będzie Ann.
Podnosząc butelkę do ust, wychyliłam głowę przez okno, mając nadzieję, że moją rozpaloną skórę choć trochę ochłodzi pęd powietrza.
Ptaki ćwierkały wesoło przeskakując z gałązki na gałązkę z niespożytą energią...Mimo tego, nie poruszył się żaden listek, ani jedno źdźbło trawy.
Nie było czuć typowego zapachu lasu. Zapachu żywicy, mchu, typowej dla tych rejonów wilgoci...
Im dalej się poruszaliśmy, tym bardziej przyroda zdawała się zamierać...tym większa cisza zaczęła ogarniać otaczający nas, nieprzebyty krąg zieleni...
Coś podpowiadało mi, że susza, nie była jedyną tego przyczyną...
-Pijesz czy czekasz aż zamieni się w lód...?-Ann odwróciła się do mnie, unosząc do góry brew i uśmiechając się złośliwie.
-Bardzo śmieszne-mruknęłam wyrywając się z własnych myśli i wczuwając w swoją dobrze wszystkim znaną rolę Wiecznie Niezadowolonej i W Złym Humorze.
W sumie to bardzo przydatna umiejętność. Pesymiści mają lepiej od wiecznie roześmianych, mdląco-szczęśliwych optymistów. Ludzie patrzą na pesymistów bardziej pobłażliwie, uważając ich za pokrzywdzonych przez los i zasługujących z jakiegoś, tylko im znanego powodu, na współczucie. A mnie to w zupełności odpowiadało.
Wzięłam potężnego łyka, nie zwracając uwagi na jej wygłodniałe spojrzenie.
W końcu dojechaliśmy do długo wyczekiwanego rozwidlenia. Tutaj, razem mieliśmy podjąć decyzję, w którą stronę jechać.
A przynajmniej tak mi się wydawało...Obudził się w nim wieczny indywidualista, cholera jasna!
Danny machinalnie skręcił w lewo, nawet nie zaczynając jakiejkolwiek dyskusji. Byłam pewna, że przez myśl mu nie przeszło, żeby zapytać nas o zdanie. To zadzieranie nosa go kiedyś zgubi.
Wolałam nie podważać podjętej w ułamku sekundy, ale na pewno trafnej decyzji Sherlocka Holmesa vel porucznika Colombo i powstrzymując się od cichego prychnięcia, wróciłam do swojego ulubionego i jedynego w ostatnim czasie zajęcia. Wyglądania przez okno.
-Danny zwolnij trochę...-powiedziałam nagle, kładąc mu rękę na ramieniu i wychylając się przez przednie siedzenie.
W oddali majaczyła jakaś stara, spróchniała tabliczka z wyrytym koślawymi literami, jakby w pośpiechu, z obawy przed nakryciem, napisem.
Zmrużyłam oczy, próbując go odczytać, by już po chwili otworzyć je tak szeroko, na ile pozwoliły mi na to moje zmęczone upałem i brakiem snu powieki.
-Zły zakręt...-wyszeptałam, przełykając głośno.
Momentalnie, przez myśl zaczęło mi przebiegać milion scen z horrorów i każdy ich krwawy szczegół jaki widziałam w swoim krótkim życiu.
Nie należałam do strachliwych osób. Ale nie byłam też Supermanem w spódnicy. Otaczający las, skąpany w letnich promieniach słońca, paradoksalnie mroził mi krew w żyłach a perspektywa zgubienia się w nim przyprawiała o dreszcze.
-Mów głośniej! Przez tą piekielną drogę nic nie słychać!-krzyknęła Ann, próbując przebić się przez hałas, jaki robiły drobne kamyki, uderzające z głośnym brzękiem w błotniki.
-Zły zakręt!-odkrzyknęłam trzymając się za głowę, kiedy zupełnie niespodziewanie podskoczyłam na siedzeniu, prawie uderzając w dach.
Słyszałam jak Danny zaśmiał się cicho.
-To zmyła-powiedział w stu procentach pewny siebie, patrząc mi prosto w oczy przez przednie lusterko.
- Pewnie dzieciaki robią sobie żarty. Pismo nie wyglądało, jakby należało do kogoś dorosłego. A poza tym...-mówił dalej jak nakręcony- Jesteśmy na miejscu!
Samochód zahamował gwałtownie i następne co słyszałam to trzask drzwi z obydwu stron i radosne wrzaski.
Przewróciłam oczami, próbując nie czepiać się o każdy szczegół, nie psuć nikomu wakacji i nie zmieniać się w zrzędliwą babę, tylko i wyłącznie dlatego, że nie chciałam być tu, gdzie się obecnie znajdowałam.
Wysiadłam, przeciągając się leniwie i rozprostowując kości po kilkugodzinnej jeździe z dwiema krótkimi przerwami.
Mój wzrok od razu przykuła wielka, drewniana tablica przybita do najbardziej wysuniętego z lasu, drzewa. Zdjęłam okulary i chowając się w ożywczym cieniu zaczęłam bliżej przyglądać się wiszącym na niej kartkom papieru, z braku miejsca przyklejanym jedna na drugiej.
-Zaginiona...zaginiona...za...giniony...
Zaczęłam się wycofywać powoli, potykając się o wystające z ziemi konary. Moja pierwsza myśl? Uciekać...jak najdalej od tego opustoszałego, wyludnionego miejsca...piekielnej drogi i prowadzącego do niej Złego zakrętu.
-Kochanie, w porządku?-usłyszałam cichy szept tuż przy swoim uchu. Kojący szept...
Danny. Danny może być pieprzonym pseudodetektywem. Może być laboratoryjną szują.
Ale nie mogłam zaprzeczyć jednego. Danny jest też, zaraz po Ann, najbliższą mi osobą, którą kocham najbardziej na świecie. Kto inny miałby mnie ochronić, jeśli nie on...? Przy nim czułam się bezpiecznie.
Dlatego też, przylgnęłam do niego, czując mimo gorąca, zimne dreszcze przebiegające przez moje ciało.
Machnęłam ręką w kierunku tablicy ogłoszeniowej, czarnej dziury, która wessała w siebie wszelkie błagania, prośby i łzy bliskich, pozostałe po nieodnalezionych 'zaginionych'.
Żadne z nich nie zdąrzyło zareagować w jakikolwiek sposób, kiedy...
-Przyjechaliście tutaj na wakacje?
Moje oczy prawie natychmiat napełniły się łzami przerażenia, gdy skierowałam swój wzrok na wielkiego, a przynajmniej wyższego ode mnie, faceta, który wyrósł przed nami chyba spod ziemi. Długi, czarny, rozciągnięty płaszcz, kapelusz chroniący przed promieniami słonecznymi, gumowe buty do kolan i czarne rękawiczki na rękach.
-Chryste...-przebiegło mi przez myśl- Koszmar minionego lata...
Tylko, że jemu do całości brakowało jeszcze haka...
***
Ja ^^
Stałam i patrzyłam na Niego.
Czułam, że zaraz zacznę się ślinić.
- jestem James – uśmiechnął się promiennie i podał mi rękę.
Wydałam z siebie dziwny odgłos i uśmiechnęłam się krzywo.
- Aaaaaaaaaaa…- próbowałam wydusić z siebie swoje własne imię.
Spojrzał na mnie dziwnie ale nie puścił ręki.
- Ann – wydusiłam w końcu szturchnięta w ramię przez Danny’ego.
- miło – szepnął przysuwając się bliżej.
- mieszkasz tu? Gdzieś? – zapytałam czując, że robie z siebie kretynkę.
- mieszkam tam – wskazał na mała chatę na brzegu jeziora.
Usłyszałam zduszony pisk Nati.
Chata nie była aż tak upiorna żeby wydawać z siebie dźwięki jak zarzynany prosiak.
On sam zresztą też nie był upiorny.
Był…
- słodki…- wymruczałam patrząc na jego dłonie.
Czułam na sobie wzrok Danny’ego, Nati i co najgorsze James’a.
Uśmiechnęłam się promiennie i starałam odciągnąć jego uwagę od moich czerwonych policzków.
- mam jeszcze trochę roboty…może zobaczymy się później – mruknął niezwykle męsko i ruszył w stronę swojej chałupy.
Spojrzałam na Nati zupełnie przypadkowo rozanielonym wzrokiem.
- no co? – oburzyłam się siadając na piasku – jest uroczyyyyyyyyy – zaświergotałam cicho.
- czy ty oszalałaś?! Nie widzisz jak on wygląda?!
- uroczo – szepnęłam kołysząc się delikatnie w przód i w tył.
- wygląda jak Fredi Kruger gdy miał 20 lat. I z tego co widzę…a raczej czuje to się nie myje – syknęła dostając w głowę od Dannyego
- co z tego…jest uroczy…
Z marzeń nie wyrwało mnie nawet jej buczenie „nie przetłumaczysz”, „może jak ja zgwałci i zabije to zrozumie”.
- zgwałci? – uśmiechnęłam się szeroko – sama mu się oddam.
Danny zaśmiał się cicho i wrócił do rozkładania namiotu.
Nati usiadła obok mnie grzebiąc zawzięcie w piasku.
- musze się najeść – mruknęła ryjąc coraz głębiej.
- grill? – zapytałam patrząc ukradkiem w stronę jego domu.
- yhy…
W mojej głowie zaświtał jakże pomysłowy pomył xD
- skoro robimy grilla a on jest sam…
- nawet o tym nie myśl – mruknęła mi do ucha tak żeby Danny nie słyszał.
- no ale przecież…
Spojrzałam smętnie na wodę.
- pozbawiasz mnie miłości – szepnęłam wstając i idąc w kierunku Danny’ego który szamotał się z nieszczęsnym namiotem.
- Danny…- wymruczałam cicho robiąc się wyjątkowo słodka.
- hmmm?
- masz coś przeciwko żeby James wpadł do nas na kolacje? – zapytałam świecąc oczami.
Zrobił niewyraźną minę i wbił sobie śledzia w stopę.
- znaczy wiesz…- syknął z bólu – on jest dziwny…ale jeśli chcesz…to dlaczego nie…
Wydałam z siebie dziki okrzyk radości pomieszany z rosnącym pożądaniem na sama myśl o jego klacie w jakiejś obcisłej koszulce i rzuciłam się Danny’emu na szyję.
- wiesz, że zawsze cię kochałam, nie? I ja nigdy nie mówiłam, że jesteś bezmózgim kretynem w białych, śmierdzących rękawiczkach.
- co? – wydusił gdy puściłam jego szyję.
Uśmiechnęłam się szeroko i ruszyłam biegiem w kierunku chaty.
Cała ta wyprawa od początku mi się nie podobała.
Było upalnie, a ja nienawidzę słońca.
Jechaliśmy w kompletne odludzie, a ja nie lubię być sama.
O ból głowy przyprawiał mnie fakt, że w promieniu stu kilometrów nie widać było ani jednego supermarketu, nie wspominając już o stacji benzynowej. Z lupą nie znajdziesz tu nawet zwykłego spożywczaka.
-Wy raazeem a ja znoowuu saamaa...- zanuciła zupełnie od niechcenia Ann, bębniąc leniwie palcami w odsuniętą do połowy szybę.
Nie myślałam, ze kiedykolwiek to powiem, ale jednak...
Ona była gorsza ode mnie.
Marudziła odkąd wyjechaliśmy z miasta. Miałam lekkie wyrzuty sumienia, ale czy to moja wina, że kilka miesięcy temu Messer sam nawinął mi się pod rękę? To mogła być jedyna taka okazja w moim nudnym, jałowym, pozbawionym jakichkolwiek emocji życiu. Nie miałam innego wyjścia. Po prostu z niej skorzystałam. Złapałam ją obiema rękami i do tej pory nie puszczałam, trzymając mocno, mimo częstych otarć na nadgarstkach.
Poza tym od czego są wakacje, jak nie od zwariowanych, spontanicznych podrywów?. Na pewno kogoś sobie znajdzie. A jak nie, to ja przyprowadzę jej faceta, który będzie nosił ją na rękach...
...jeśli tylko wydostaniemy się z tej zapadłej dziury, pozbawionego żywej duszy grajdoła...
-Gorąco...-jęknęłam w końcu, przerywając panującą w samochodzie, senną ciszę i odklejając nos od rozgrzanej prawie do czerwoności szyby.
Kompletna nuda. Monotonny krajobraz. W kółko to samo. Las, las i las. Piaszczysta droga, wysuszające gardło, stojące w miejscu powietrze i ani skrawka cienia, bo słońce jak na złość ustawiło się akurat naprzeciwko naszego Range Rovera, prującego do przodu w chmurze kurzu i piasku. Pożółkła trawa jęczała cicho, ocierając się o wielkie, czarne koła samochodu.
-Pić...?-poprosiłam nieśmiało składając błagalnie ręce, kiedy po dłuższej chwili nikt nie zareagował na moje poprzednie, pełne rozpaczy błagania.
W tym samym momencie butelka wody bezceremonialnie wylądowała na siedzeniu obok mnie.
-Dzięki...Danny...-mruknęłam, poprawiając zjeżdżające po mokrym nosie okulary przeciwsłoneczne.
Pieprzony pseudodetektyw. Czasami myśli, że pozjadał wszystkie rozumy, bo umie w profesjonalny sposób machać pędzelkiem i odróżnić krew od ketchupu. Mogę się założyć, że zrujnuje mi życie, a jedyną osobą, która to dostrzeże, będzie Ann.
Podnosząc butelkę do ust, wychyliłam głowę przez okno, mając nadzieję, że moją rozpaloną skórę choć trochę ochłodzi pęd powietrza.
Ptaki ćwierkały wesoło przeskakując z gałązki na gałązkę z niespożytą energią...Mimo tego, nie poruszył się żaden listek, ani jedno źdźbło trawy.
Nie było czuć typowego zapachu lasu. Zapachu żywicy, mchu, typowej dla tych rejonów wilgoci...
Im dalej się poruszaliśmy, tym bardziej przyroda zdawała się zamierać...tym większa cisza zaczęła ogarniać otaczający nas, nieprzebyty krąg zieleni...
Coś podpowiadało mi, że susza, nie była jedyną tego przyczyną...
-Pijesz czy czekasz aż zamieni się w lód...?-Ann odwróciła się do mnie, unosząc do góry brew i uśmiechając się złośliwie.
-Bardzo śmieszne-mruknęłam wyrywając się z własnych myśli i wczuwając w swoją dobrze wszystkim znaną rolę Wiecznie Niezadowolonej i W Złym Humorze.
W sumie to bardzo przydatna umiejętność. Pesymiści mają lepiej od wiecznie roześmianych, mdląco-szczęśliwych optymistów. Ludzie patrzą na pesymistów bardziej pobłażliwie, uważając ich za pokrzywdzonych przez los i zasługujących z jakiegoś, tylko im znanego powodu, na współczucie. A mnie to w zupełności odpowiadało.
Wzięłam potężnego łyka, nie zwracając uwagi na jej wygłodniałe spojrzenie.
W końcu dojechaliśmy do długo wyczekiwanego rozwidlenia. Tutaj, razem mieliśmy podjąć decyzję, w którą stronę jechać.
A przynajmniej tak mi się wydawało...Obudził się w nim wieczny indywidualista, cholera jasna!
Danny machinalnie skręcił w lewo, nawet nie zaczynając jakiejkolwiek dyskusji. Byłam pewna, że przez myśl mu nie przeszło, żeby zapytać nas o zdanie. To zadzieranie nosa go kiedyś zgubi.
Wolałam nie podważać podjętej w ułamku sekundy, ale na pewno trafnej decyzji Sherlocka Holmesa vel porucznika Colombo i powstrzymując się od cichego prychnięcia, wróciłam do swojego ulubionego i jedynego w ostatnim czasie zajęcia. Wyglądania przez okno.
-Danny zwolnij trochę...-powiedziałam nagle, kładąc mu rękę na ramieniu i wychylając się przez przednie siedzenie.
W oddali majaczyła jakaś stara, spróchniała tabliczka z wyrytym koślawymi literami, jakby w pośpiechu, z obawy przed nakryciem, napisem.
Zmrużyłam oczy, próbując go odczytać, by już po chwili otworzyć je tak szeroko, na ile pozwoliły mi na to moje zmęczone upałem i brakiem snu powieki.
-Zły zakręt...-wyszeptałam, przełykając głośno.
Momentalnie, przez myśl zaczęło mi przebiegać milion scen z horrorów i każdy ich krwawy szczegół jaki widziałam w swoim krótkim życiu.
Nie należałam do strachliwych osób. Ale nie byłam też Supermanem w spódnicy. Otaczający las, skąpany w letnich promieniach słońca, paradoksalnie mroził mi krew w żyłach a perspektywa zgubienia się w nim przyprawiała o dreszcze.
-Mów głośniej! Przez tą piekielną drogę nic nie słychać!-krzyknęła Ann, próbując przebić się przez hałas, jaki robiły drobne kamyki, uderzające z głośnym brzękiem w błotniki.
-Zły zakręt!-odkrzyknęłam trzymając się za głowę, kiedy zupełnie niespodziewanie podskoczyłam na siedzeniu, prawie uderzając w dach.
Słyszałam jak Danny zaśmiał się cicho.
-To zmyła-powiedział w stu procentach pewny siebie, patrząc mi prosto w oczy przez przednie lusterko.
- Pewnie dzieciaki robią sobie żarty. Pismo nie wyglądało, jakby należało do kogoś dorosłego. A poza tym...-mówił dalej jak nakręcony- Jesteśmy na miejscu!
Samochód zahamował gwałtownie i następne co słyszałam to trzask drzwi z obydwu stron i radosne wrzaski.
Przewróciłam oczami, próbując nie czepiać się o każdy szczegół, nie psuć nikomu wakacji i nie zmieniać się w zrzędliwą babę, tylko i wyłącznie dlatego, że nie chciałam być tu, gdzie się obecnie znajdowałam.
Wysiadłam, przeciągając się leniwie i rozprostowując kości po kilkugodzinnej jeździe z dwiema krótkimi przerwami.
Mój wzrok od razu przykuła wielka, drewniana tablica przybita do najbardziej wysuniętego z lasu, drzewa. Zdjęłam okulary i chowając się w ożywczym cieniu zaczęłam bliżej przyglądać się wiszącym na niej kartkom papieru, z braku miejsca przyklejanym jedna na drugiej.
-Zaginiona...zaginiona...za...giniony...
Zaczęłam się wycofywać powoli, potykając się o wystające z ziemi konary. Moja pierwsza myśl? Uciekać...jak najdalej od tego opustoszałego, wyludnionego miejsca...piekielnej drogi i prowadzącego do niej Złego zakrętu.
-Kochanie, w porządku?-usłyszałam cichy szept tuż przy swoim uchu. Kojący szept...
Danny. Danny może być pieprzonym pseudodetektywem. Może być laboratoryjną szują.
Ale nie mogłam zaprzeczyć jednego. Danny jest też, zaraz po Ann, najbliższą mi osobą, którą kocham najbardziej na świecie. Kto inny miałby mnie ochronić, jeśli nie on...? Przy nim czułam się bezpiecznie.
Dlatego też, przylgnęłam do niego, czując mimo gorąca, zimne dreszcze przebiegające przez moje ciało.
Machnęłam ręką w kierunku tablicy ogłoszeniowej, czarnej dziury, która wessała w siebie wszelkie błagania, prośby i łzy bliskich, pozostałe po nieodnalezionych 'zaginionych'.
Żadne z nich nie zdąrzyło zareagować w jakikolwiek sposób, kiedy...
-Przyjechaliście tutaj na wakacje?
Moje oczy prawie natychmiat napełniły się łzami przerażenia, gdy skierowałam swój wzrok na wielkiego, a przynajmniej wyższego ode mnie, faceta, który wyrósł przed nami chyba spod ziemi. Długi, czarny, rozciągnięty płaszcz, kapelusz chroniący przed promieniami słonecznymi, gumowe buty do kolan i czarne rękawiczki na rękach.
-Chryste...-przebiegło mi przez myśl- Koszmar minionego lata...
Tylko, że jemu do całości brakowało jeszcze haka...
***
Ja ^^
Stałam i patrzyłam na Niego.
Czułam, że zaraz zacznę się ślinić.
- jestem James – uśmiechnął się promiennie i podał mi rękę.
Wydałam z siebie dziwny odgłos i uśmiechnęłam się krzywo.
- Aaaaaaaaaaa…- próbowałam wydusić z siebie swoje własne imię.
Spojrzał na mnie dziwnie ale nie puścił ręki.
- Ann – wydusiłam w końcu szturchnięta w ramię przez Danny’ego.
- miło – szepnął przysuwając się bliżej.
- mieszkasz tu? Gdzieś? – zapytałam czując, że robie z siebie kretynkę.
- mieszkam tam – wskazał na mała chatę na brzegu jeziora.
Usłyszałam zduszony pisk Nati.
Chata nie była aż tak upiorna żeby wydawać z siebie dźwięki jak zarzynany prosiak.
On sam zresztą też nie był upiorny.
Był…
- słodki…- wymruczałam patrząc na jego dłonie.
Czułam na sobie wzrok Danny’ego, Nati i co najgorsze James’a.
Uśmiechnęłam się promiennie i starałam odciągnąć jego uwagę od moich czerwonych policzków.
- mam jeszcze trochę roboty…może zobaczymy się później – mruknął niezwykle męsko i ruszył w stronę swojej chałupy.
Spojrzałam na Nati zupełnie przypadkowo rozanielonym wzrokiem.
- no co? – oburzyłam się siadając na piasku – jest uroczyyyyyyyyy – zaświergotałam cicho.
- czy ty oszalałaś?! Nie widzisz jak on wygląda?!
- uroczo – szepnęłam kołysząc się delikatnie w przód i w tył.
- wygląda jak Fredi Kruger gdy miał 20 lat. I z tego co widzę…a raczej czuje to się nie myje – syknęła dostając w głowę od Dannyego
- co z tego…jest uroczy…
Z marzeń nie wyrwało mnie nawet jej buczenie „nie przetłumaczysz”, „może jak ja zgwałci i zabije to zrozumie”.
- zgwałci? – uśmiechnęłam się szeroko – sama mu się oddam.
Danny zaśmiał się cicho i wrócił do rozkładania namiotu.
Nati usiadła obok mnie grzebiąc zawzięcie w piasku.
- musze się najeść – mruknęła ryjąc coraz głębiej.
- grill? – zapytałam patrząc ukradkiem w stronę jego domu.
- yhy…
W mojej głowie zaświtał jakże pomysłowy pomył xD
- skoro robimy grilla a on jest sam…
- nawet o tym nie myśl – mruknęła mi do ucha tak żeby Danny nie słyszał.
- no ale przecież…
Spojrzałam smętnie na wodę.
- pozbawiasz mnie miłości – szepnęłam wstając i idąc w kierunku Danny’ego który szamotał się z nieszczęsnym namiotem.
- Danny…- wymruczałam cicho robiąc się wyjątkowo słodka.
- hmmm?
- masz coś przeciwko żeby James wpadł do nas na kolacje? – zapytałam świecąc oczami.
Zrobił niewyraźną minę i wbił sobie śledzia w stopę.
- znaczy wiesz…- syknął z bólu – on jest dziwny…ale jeśli chcesz…to dlaczego nie…
Wydałam z siebie dziki okrzyk radości pomieszany z rosnącym pożądaniem na sama myśl o jego klacie w jakiejś obcisłej koszulce i rzuciłam się Danny’emu na szyję.
- wiesz, że zawsze cię kochałam, nie? I ja nigdy nie mówiłam, że jesteś bezmózgim kretynem w białych, śmierdzących rękawiczkach.
- co? – wydusił gdy puściłam jego szyję.
Uśmiechnęłam się szeroko i ruszyłam biegiem w kierunku chaty.