Sen.
Czym jest sen?
Sen jest stanem ustroju. Najistotniejszym objawem snu jest obniżenie aktywności układu nerwowego a przede wszystkim kory mózgowej, co pociąga za sobą utratę łączności z otoczeniem.
Ja nie utraciłam tej łączności.
Leżałam w łóżku, w ciemnym pokoju gapiąc się w sufit.
Obiecałam sobie, że jeśli przeżyję to piekło wydam książkę o tym co jest najważniejsze w życiu.
Panama budziła się do życia.
Po suficie co chwila przesuwały się sennie światła nielicznych jeszcze samochodów.
Elektroniczny zegar rzucał na ścianę wściekle czerwone cyfry.
3:50.
Nie spałam. Nie mogłam. Nie mogłam sobie wybaczyć tego jak potraktowałam Jamesa.
- przecież ja go kocham – szepnęłam wtulając się bardziej w poduszkę.
Zasnęłam myśląc o nim.
O jego niebieskich, uśmiechniętych oczach wiecznego optymisty, który kocha życie ponad wszystko.
O tym, że z tym kilkudniowym zarostem wygląda jeszcze cudowniej niż zwykle.
O tym, że jest niewinny.
Otwarłam oczy. Błysk słońca rozbudził mnie jak najlepsza kawa. Dochodziła 12.
Obróciłam głowę w druga stronę i poczułam, że na czymś leżę.
Kartka.
Zdjęcia.
Pojechał mu pokazać Sarę.
Teraz zdałam sobie sprawę jak bardzo cierpią niewinni ludzie.
Sara nie była niczemu winna.
Ona tylko zakochała się w nieodpowiednim człowieku.
Michael.
Nie wiedziałam co czuje.
Nawet nie umiałam sobie tego wyobrazić.
Nie chciałam sobie tego wyobrażać.
Usłyszałam trzask drzwi.
- ANN!
- nie musisz tak krzyczeć – szepnęłam wstając z łóżka.
- wiem gdzie oni są! Wiem gdzie jest LJ i Sara! – krzyknął wpadając do pokoju.
Patrzyłam na niego ze strachem.
- Linc nie możesz bawić się w bohatera.
- wiem gdzie jest mój syn. Musze po niego jechać a ty pojedziesz ze mną.
Miałam złe przeczucia.
Bardzo złe.
Chciałam zapytać czy na pewno wie co robi ale zrezygnowałam.
Nie wiedział.
Zarzuciłam na siebie jakąś koszulkę i wybiegłam, ciągnięta przez niego za rękę, z pokoju.
- Linc…
- wiem co robię! – krzyknął wpychając mnie do samochodu.
To była jakaś stara dzielnica Panamy. Ludzi żyli tu bardzo biednie. Zupełne przeciwieństwo tego co dzieje się w centrum. Patrząc na twarze tych ludzi tutaj nie było widać tej sztucznej dobroci, która pokazywała się na twarzach ludzi „z miasta”
Żyli tutaj spokojniej. Dzieci były bardziej radosne. Bardziej dziecięce. Bardziej szczęśliwe mimo tego, że biedniejsze.
- to tam – szepnął wskazując na stary dom z zabitymi oknami.
- Lincoln to nie jest dobry pomysł. Ty ostatnio nie masz dobrych pomysłów – szepnęłam, gdy wyjmował broń.
- po co ci to?
- do obrony – szepnął – ty zostajesz tutaj.
Nie odzywałam się.
Nie umiałam go nawet powstrzymać choć wiedziałam, że ten jego wyskok będzie nas wszystkich sporo kosztował.
Ręce dziwnie mi się trzęsły.
Obok samochodu przebiegła grupka maluchów uśmiechających się promiennie.
Strzały.
Coś czego najbardziej się obawiałam.
Cos czego nie chciałam tutaj usłyszeć.
- Lincoln ty kretynie – syknęłam
W stronę wielkiego samochodu biegło dwóch potężnych facetów z…
- Boże…- szepnęłam gdy zobaczyłam LJ’a i Sarę, którzy byli ciągnięci jak zwierzęta.
Tak bardzo chciałam im pomóc a nie mogłam nic zrobić. Kompletnie nic.
Lincoln.
Biegł za nimi i strzelał na oślep gdy wpakowano ich do samochodu.
Nie wytrzymałam. Wybiegłam z samochodu i jakimś cudem zatrzymałam swojego brata ogarniętego chęcią mordu.
- przestań. Błagam cię przestań – szeptałam trzymając go za ramiona.
- on…ona…mogłam ich uratować – szepnął ze łzami w oczach.
- Nie mogłeś. Nie dałbyś rady. Lincoln wiesz, że to byłoby nierealne. Wiesz to. I schowaj ten pistolet. Tutaj są niewinni ludzie – szepnęłam patrząc na przerażone dzieci.
- ale…
- schowaj go! I nie baw się w bohatera! To nie jest twoja rola! Miałeś nie podejmować żadnych konkretnych kroków w związku z wyciągnięciem ich na własną rękę! Czy do ciebie nic nie dociera?!
Odwróciłam się i wsiadłam do samochodu.
Nigdy nie myślałam, że będę musiała pouczać swojego brata.
- wysadź mnie w centrum. Muszę się przejść – szepnęłam gdy odpalił samochód.
Poczułam nieodpartą chęć pójścia do mieszkania Whistlera.
I miała gdzieś to, że Lincoln mi zabronił.
Sam zachował się dziś jak kretyn.
A ja musiałam.
- przy okazji wezmę swoje rzeczy – pomyślałam patrząc w dal.
Panama City.
Jak zwykle korek.
Miałam dość czekania w tym cholernym upale.
Czułam się jak w puszce.
Odpięłam pasy i wysiadłam trzaskając drzwiami.
W drodze do mieszkania Jamesa zastanawiałam się po co ja tam właściwie idę.
Brakowało mi go.
Bardzo.
W końcu po dość długiej wędrówce dotarłam do tych znajomych drzwi.
Klucz jak zawsze był pod wycieraczką.
Otwarłam cicho drzwi.
Jak zawsze uderzyło mnie chłodne powietrze.
Uśmiechnęłam się delikatnie wchodząc do środka.
Na łóżku leżała jego koszula z naszego ostatniego wspólnego wieczoru.
Z całych sił powstrzymywałam się od płaczu.
Złapałam za torbę, otworzyłam szafę i zaczęłam pakować swoje rzeczy.
Wyjmując dżinsy wypadła z szafy jakaś mała książeczka.
Paszport.
Otworzyłam ją i zobaczyłam Jamesa.
Uśmiechnęłam się szeroko bo wyszedł dziwacznie na zdjęciu ale po chwili nie miałam już takiej wesołej miny.
W miejscu gdzie powinno się znajdować imię i nazwisko zamiast „James Whistler” widniało „Chris Vance”.
- oddaj mi to skarbie
Usłyszałam za sobą cichy szept i poczułam, ze ktoś pcha mnie z całej siły na drzwi szafy.
- to ci już nie będzie potrzebne – wysyczała kobieta i wyrwała mi z reki paszport.
Nie mogłam się nawet odwrócić.
- a ten dzisiejszy wyskok twojego brata…powiedz mu, że będzie miał niespodziankę.
Usłyszałam odgłos odbezpieczanego pistoletu. Kobieta mnie puściła.
- jeśli się odwrócisz odstrzelę ci głowę i wyślę twojemu przystojniakowi w kartonie do Sony – syknęła.
Po chwili usłyszałam trzask drzwi i odgłos odjeżdżającego samochodu.
Osunęłam się delikatnie na ziemię i patrzyłam tępo w miejsce w którym niedawno wylądował paszport.
- Chris…- szepnęłam cicho po czym chwyciłam swoją torbę i wybiegłam z mieszkania trzaskając drzwiami.