Messerowa
-Mogliście nie zabawiać się w 'Nieustraszonych' i kochać w bardziej przyzwoitym miejscu.
Westchnęłam cicho, słysząc podobny ironicznie- złośliwy komentarz już chyba po raz setny, podczas ostatnich dziesięciu minut, kiedy to zdołałam dowlec swojego, nieco uszkodzonego narzeczonego do salonu, owinąć w koc, który zauważyłam na kanapie zaraz po przyjeździe i dopaść do lodówki, skąd po małej szarpaninie, triumfalnie wyciągnęłam torebkę z lodem.
-To była romantyczna kolacja...- szepnął Danny, dotykając ostrożnie ręką miejsca na czole, które zapewne przywitało się po drodze z jakąś gałęzią.
-Miała być...poprawiłam go, przykładając delikatnie zimny worek, zawinięty w ręcznik do malującego się wszystkimi barwami tęczy siniaka, który do tej pory przybrał już wielkość Nowej Zelandii.
-Ale trochę się zagalopowaliśmy- dodał, widząc zapewne ich wyczekujące spojrzenia, które ja, z marnym skutkiem, starałam się ignorować.
-Będziesz miał guza jak stąd do Nowego Jorku- mruknęłam rozkładając rzucone na kupę poduszki i zaczynając odczuwać lekkie wyrzuty sumienia.
W końcu przez czyją zachciankę wylądowaliśmy z butelką wina na dachu?
Pierwszy kieliszek i gwiazdy miałam na wyciągnięcie ręki.
Po drugim byłam już w kosmosie.
Przy trzecim nastąpiło orbitowanie i awaryjne lądowanie jednego...członka na ziemi.
-Ty mu to raczej przyłóż do...- zaczął James ze złośliwym uśmiechem, ale zamknął się natychmiast, kiedy tylko napotkał mój miażdżący wzrok.
-Kochanie...sex to bardzo niebezpieczna dyscyplina- odezwał się nagle Danny, wyciągając spod koca jakąś połamaną, żałośnie wyglądającą gałązkę, która przez jedną, okropną chwilę skojarzyła mi się tylko z jednym.
-Zwłaszcza, jeśli uprawia się ją z tobą- uśmiechnął się do mnie krzywo zza okładu.
-Wolę nie pytać, skąd to wyjął- usłyszałam cichy szept Jamesa, który najwyraźniej nie potrafił ugryźć się w język.
-Wolisz nie wiedzieć, gdzie to się za chwilę może znaleźć- warknął Danny, poprawiając okulary, które nieco odkształcone, zsunęły mu się na czubek nosa.
James zagwizdał cicho, najwidoczniej nie mogąc dać za wygraną.
-Jeśli tobie są do tego potrzebne okulary to...
Usłyszałam ciche trzepnięcie i zobaczyłam jak Ann szczerzy do nas zęby, cofając rękę od jego pleców i udając, że nic się nie stało.
-Przestańcie być złośliwi- syknęłam z rządzą mordu w oczach, kiedy Danny, szczelnie owinięty kocem, mrucząc pod nosem coś w stylu 'zero współczucia' i 'wypadki chodzą po ludziach', ułożył się wygodnie na poduszkach, odwracając do nas tyłem i momentalnie zapadając w głęboki sen.
-Poza tym...to była moja wina- szepnęłam strącając ze spodni jakiegoś uschniętego liścia- Chyba zbyt gwałtownie przekręciłam się na bok i...jakby to powiedzieć...sturlał się...- zakończyłam kulawo, pociągając nosem.
-Wszystko z nim w porządku- Ann położyła mi rękę na ramieniu, uśmiechając się delikatnie.
-Prawie złamał sobie tyłek, jeśli to w ogóle możliwe- zaćwierkał cicho James, nie tracąc najwyraźniej dobrego humoru -Ale nic mu nie będzie.
Spojrzałam na ich wymuszoną powagę i z trudem powstrzymywane rozbawienie. W końcu sama parsknęłam śmiechem, czując jak opadają ze mnie wszystkie emocje.
-Idźcie już spać- pomachałam im ręką, obserwując jak Ann wskakuje Jamesowi na plecy, jak to miała w zwyczaju i razem
zaczynają wdrapywać się po schodach.
Przytuliłam się do Danny'ego, czując jak usypia mnie ciepło jego ciała.
-Mmm...kocham...- zdołałam jeszcze wymruczeć, przyciskając policzek do jego koszulki z kultowym dla nowojorczyków napisem ''I Love NY', która jakimś cudem przetrwała ostre pikowanie w dół.
-Mnie czy ich jak mi jadą?- do moich uszu dobiegł cichy szept kogoś, kto powinien spać jak zabity już od dobrego kwadransa.
-Kocham cię Mess...choćby mi powiedzieli, że kroisz chleb skalpelem i ucinasz sobie poobiednie drzemki na stole w prosektorium....
-Wydało się...- odwrócił się do mnie przodem, opiekuńczo otaczając ramionami.
-Gadasz jak potłuczony Panie Pseudo Detektywie- zdobyłam się jeszcze na odrobinę złośliwości, bez której nasz związek nie miałby chyba racji bytu.
-Koniec czarnego humoru. Za dużo ze mną przebywasz Pani Prawie Messer- pocałował mnie w czoło-...branoc.
Ostatnim obrazem przed oczami z jakim zasnęłam, była mina Danny'ego, jaka malowała się na jego twarzy, kiedy próbował jeszcze przytrzymać się rynny...
-Tosta? A może dżem? Jakiś owoc? Herbaty? Kawy? Soku?
Wściekłe, australijskie słońce waliło mi po oczach, zmuszając do ciągłego ich mrużenia i wykrzywiania twarzy w nienaturalny sposób. Mój nie do końca rozbudzony mózg, starał się ogarnąć cały ten chaos, w jaki wpakowałam się, schodząc na śniadanie.
Usiadłam obok Danny'ego, rzucając mu szybkie spojrzenie i wytrzeszczając oczy ze zdziwienia na widok jego, ułożonych zwykle w artystyczny nieład włosów, które dzisiaj zaczesane do przodu, zasłaniały pół czoła.
Zresztą, jak nietrudno było zauważyć, cała nasza trójka była dziwnie zajęta wpatrywaniem się w swoje dłonie, nie mając odwagi podnieść głowy z obawy przed niekontrolowanym atakiem śmiechu.
Na szczęście Jamesowi skończyły się podłe komentarze a Ann nie miała chyba ochoty na dalsze wrzucanie mojemu poobijanemu narzeczonemu, co było aż dziwne, bo wiem, że uwielbiała to robić.
-Eee...na razie dziękuję- uśmiechnęłam się uprzejmie do ciotki, która od mojego przyjścia nie przestawała podstawiać mi pod nos wszystkiego, co stało na stole w dość sporym ogrodzie, tuż za domem.
-James kochanie, zaprowadź swoich gości do twojego- zrobiła palcami cudzysłów w powietrzu- Miejsca- O- Którym- Nikt- Nie- Wie- wyszeptała konspiracyjnie, ukradkiem puszczając do nas oko.
Czując, że nadchodzi nieuchronny kataklizm w postaci wyciągania na światło dzienne faktów z przeszłości Whistlera, od razu skupiłam na nim całą swoją uwagę i uśmiechnęłam się złośliwie, widząc jego lekko zszokowaną minę.
-Skąd wy...- zaczął James, ale ciotka natychmiast mu przerwała.
-Och przestań skarbie, masz wujka policjanta- zaświergotała, widząc jego reakcję- Wyśledził cię, po tym jak zbiłeś szybę w jego samochodzie, podczas jednego z tych tam twoich meczy.
-Nigdy nie mógł zaliczyć bazy- wtrącił milczący do tej pory wujek, siorbiąc bez skrępowania kawę, ze zdecydowanie za małej jak na jego pulchne dłonie, filiżanki.
-Bo to była piłka nożna!- jeknął James, zamykając oczy i chowając w dłoniach czerwoną ze wstydu twarz.
-Jeden pies- odparował wujek, zupełnie niezrażony poprzednią wpadką.
-Czyli...wiedzieliście...od zawsze?- zapytał Whistler, puszczając mimo uszu ostatnią uwagę.
-Oczywiście, że wiedzieliśmy kochanie! Głupie pytanie. Te twoje krzaki...
-To nie są krzaki!- oburzył się James, robiąc nadąsaną minę a Danny uśmiechnął się tylko z satysfakcją.
-Te. Twoje. Krzaki- powtórzyła, akcentując każde słowo i wiercąc w nim dziurę wzrokem, aż z powrotem zrobił się potulny jak baranek. Są na swoim miejscu, więc w dorgę kochani!- dokończyła już z szerokim uśmiechem.
***
and Whistlerowa
- krzaki? – zapytałam cicho gdy szliśmy pustą ulicą.
James obrzucił mnie groźnym spojrzeniem i podrzucił Chris’a do góry.
- krzaki…? – powtórzyłam patrząc na Nati, która wzdrygnęła ramionami i wzięła Danny’ego pod rękę.
- to nie są krzaki – szepnął spokojnie James – to moje ukochane miejsce.
- kochałeś się tam? – zapytałam ciekawie.
- NIE! – krzyknął tracąc cierpliwość – NIGDY NIKOGO TAM NIE ZABIERAŁEM!
W ostatniej chwili zdążyłam wsadzić palec do ucha unikając zderzenia z głośnym krzykiem.
Spojrzałam na niego tak samo jak w chwili gdy mówiłam mu, że jestem w ciąży.
- przepraszam – szepnął i pocałował mnie w policzek.
- już dobrze…- mruknęłam i potknęłam się o jakiś korzeń lądując na drzewie.
- tu trzeba patrzeć pod nogi – uśmiechnął się delikatnie i wlazł z małym między gałęzie.
Otrzepałam się ziemi, kilku mrówek i starałam się nie słyszeć zduszonego śmiechu dwóch wrednych trolli.
- bardzo śmieszne – syknęłam ruszając za James’em i niby przypadkiem uderzając Danny’ego grubą gałęzią prosto w nos.
Wśród syków i jęków wyłonił się cudowny obraz.
Przez gałęzie drzew wpadały na polanę promienie słońca.
Woda chlupotała wesoło wśród kamieni miedzy którymi pływały ryby.
- anielsko…- wyszeptałam siadając w miejscu w którym stałam.
- to tutaj – zaświergotał James wchodząc z Chris’em do wody.
Usłyszałam za sobą trzas łamanych gałązek i oddech na mojej szyi.
- oli mje os – szepnął Messner.
- zupełnie nie wiem o czym mówisz – odwróciłam się i spojrzałam prosto w jego zapłakane oczy.
- spójrz na to inaczej. Zrób sobie bilans zysków i strat. Przynajmniej jest mniejszy – uśmiechnęłam się szeroko.
Nati usiadła obok mnie.
- wiesz, że James’owi też przydałaby się operacja plastyczna? – szepnęła łapiąc na kamień.
Obrzuciłam ją wściekłym spojrzeniem i pociągnęłam Danny’ego za pasek.
- patrz i podziwiaj – roztoczyłam ręką półkole przed jego oczami.
Mruknął coś pod nosem i wbił wzrok w James’a.
Chris wywijał nogami w wodzie strasząc ryby i przy okazji chlapiąc Whistler’a.
Nati wystawiła twarz do słońca z nadzieją, że uda jej się opalić.
A Danny?
Danny leżał na trawie i smarkał na rękę.
- denerwujesz mnie – szepnęłam konspiracyjnie.
- patrzę czy nie leci mi krew – syknął.
- zaraz może polecieć znowu.
Zacisnęłam palce na jego karku i zaczęłam trząść w rytm plusków wody.
- wariatka! – krzyknął podnosząc się z ziemi i ruszył w kierunku James’a.
- wyryj sobie to na czole. „Nigdy nie zadzieraj z kobietą w ciąży” – szepnęłam.
- jeśli poniszczysz mi narzeczonego ja poniszczę tobie męża – szepnęła beznamiętnie Nati nie otwierając oczu.
Po kilku godzinach beztroskiego leżenia, zabawy i piciu zimnych napoi alkoholowych od których mnie trzymano z daleka zaczęło się robić zimno.
Chris zasnął otulony koszulą James’a.
- jaki on uroczy – szepnęłam kładąc głowę na ramieniu Whistler’a.
- oooo właśnie przydałby mi się masaż – mruknął chyląc głowę.
- nie teraz – zaświergotałam i rozejrzałam się dookoła.
Jako jedyna z tej czwórki byłam do życia.
Nati kiwała się niebezpiecznie patrząc na Chris’a a Danny cieszył się do kamieni, które nazbierał.
- wracamy do domu. Nie nadajecie się na długie rodzinne wyprawy.
James spojrzał na mnie oburzony.
- no może oprócz ciebie – uśmiechnęłam się promiennie i poklepałam go po głowie.
Wzięłam małego na ręce i czekałam aż reszta towarzystwa zbierze z ziemi swoje tyłki.
- możesz przestać się tak do nich uśmiechać? – zapytałam patrząc na Danny’ego, który głaskał właśnie któryś z kamieni.
- są takie śliczne…
- to są kamienie. Kochanie chodź…- wzięłam go pod rękę – pobawimy się nimi w domu.
Spojrzał na mnie ze łzami w oczach.
- naprawdę? – zapytał ściskając mnie mocniej.
- Panie daj mi siły – szepnęłam patrząc w niebo.
Po chwili…Po dłuższej chwili wracaliśmy do domu. Zygzakiem.
Było ciemno.
Moją uwagę przykuł mężczyzna, który stał po drugiej stronie ulicy.
Obserwował nas.
Czarna czapka z daszkiem.
Czarna koszulka.
Uśmiech.
Ironiczny uśmiech, który nawiedzał mnie w snach.
- o Boże… - wyszeptałam i pociągnęłam Danny’ego – szybciej.
Mój głos potoczył się po pustej ulicy.
Spojrzałam na drugą stronę ale jego już nie było.
- do cholery nie rozumiecie?! – odwróciłam się do tyłu.
James obejmował się z Nati i śpiewał coś po hiszpańsku.
Podeszłam do niego i chwyciłam za pasek od spodni.
- wracamy do domu – syknęłam.
- y yo me quedo sin respirar – szepnął cicho.
- co?! Nie wydurniaj się!
- on mówi, że nie może oddychać – zachichotała Nati.
Rzuciłam jej groźne spojrzenie i wskazałam bramę do ogrodu.
Zostałam sama na pustej ulicy z dzieckiem na rękach.
Po chodniku potoczył się chłodny wiatr i mogłoby się wydawać, że także cichy śmiech.
- to niemożliwe – szepnęłam stając w drzwiach i jeszcze raz patrząc na ulicę.
- co tam widzisz? – zapytała Nati próbując skupić wzrok.
Zamknęłam drzwi na wszystkie możliwe zamki i spojrzałam na nią ze strachem.
- uuuuu mamy gościa – wyszczerzyła zęby.
- na górę – syknęłam ciągnąc ją za rękę po schodach.
W naszym pokoju wszystko było tak jak zawsze.
- spokojnie. Przecież mogło ci się wydawać – szepnęła gdy podeszłam do okna.
- nic mi się nie wydawało. On tam był. Stał.
- wariujesz – szepnęła grzebiąc pod naszym łóżkiem.
- ten człowiek jest dziwny – odwróciłam się w jej kierunku – jego obecność powoduje, że na moim ciele pojawia się…- spojrzałam na ręce.
- pojawiają się oznaki strachu, prawda? – zapytał męski, melodyjny głos.
W jednej chwili Nati przestała grzebać w ciuchach pod łóżkiem.
- on tu jest? – zapytała cicho.
Nie ruszyłam się z miejsca gdy dotknął moich włosów.
- dawno się nie widzieliśmy…uciekliście.
- wyjechaliśmy – szepnęłam.
- uciekliście – syknął odwracając mnie w swoją stronę.
- nie każdy lubi zapach śmierci w swoim mieszkaniu – spojrzałam mu prosto w oczy.
- wiesz co…rozmawiamy minutę…a ty już zaczynasz mnie denerwować. A wiesz co mogę zrobić jak jestem zdenerwowany? Czy nie wiesz? – zapytał rzucając na podłogę kolejne zdjęcia.
James w kuchni.
James z Chris’em na spacerze.
Chris w piaskownicy w ogródku.
- ty świrze – syknęłam.
Wyjął z kieszeni moje ostatnie zdjęcie USG i zamachał mi przed oczami.
- mogę uderzyć w coś co zaboli bardziej – szepnął przesuwając dłonią po moim policzku – wpadłem zobaczyć co robicie.
- żyjemy.
Zaśmiał się ironicznie.
- żyjecie – przytaknął – niech wam będzie…- wyskoczył na dach – wracajcie do facetów. Chyba za Wami tęsknią. A i jeszcze jedno…- uśmiechnął się szeroko – widzę…- wskazał na mnie.
Zza łóżka usłyszałam ciche pociągnięcie nosem.
Mój wzrok znowu skierował się w stronę okna.
Nie było go.
- jeśli powiesz im coś co zdarzyło się przed chwilą w tym pokoju – szepnęłam siadając obok niej na podłodze – będziemy w niebezpieczeństwie.