Tanira pisze:ty mi tu informejszyn wysyłasz
Wysłałam bo nie mogłam się doczekać twojej reakcji xD
Tanira pisze:ja wchodze i umieram Oo genialne
Oo no nie przesadzajmy
Tanira pisze:jeszcze jeszcze!!!
cicho xP
[ Dodano: 2008-04-27, 11:13 ]
[center]
„Jeziora kontynuacja z przeskokiem czasowym”
* cz. 2*
„Trzydzieści par pantofelków filcowych
z wyszytym na środku kwiatem tulipana.
Trzydzieści fartuszków poplamionych sokiem z czarnej porzeczki.
Trzydzieści nieruchomych kotów
wyhaftowanych ściegiem płaskim.
Trzydzieści par wyciągniętych rączek
ale tylko po łyżki do zupy mlecznej.
Trzydzieści par oczu otwieranych we śnie
aby dojrzeć rodziców na wzgórzach cukierków
(…)
Trzydzieści par nóżek
stoi przed nieczynną zwrotnicą
i oczekuje na wjazd domu.”
Ewa Lipska „Dom dziecka” (fragm.)[/center]
Kilka dni później, kiedy pozornie udało mi się zapomnieć o tamtym zdarzeniu Robert postanowił, że wreszcie wybierzemy się do domu dziecka zobaczyć, które dziecko nam się spodoba.
- Nareszcie adoptujemy córkę – ucieszyłam się, że wreszcie coś ruszy.
- Syna! – zaprotestował Robert. No tak… tu nadal nie doszliśmy do porozumienia…
- Zobaczymy i zdecydujemy na miejscu.
- A może rodzeństwo? Chłopca i dziewczynkę?- zaproponował Robert.
- Zwariowałeś? Z jednym dzieckiem już będzie zamieszanie, nie wiemy czy damy radę a ty mówisz o dwójce?!
- Olga. Ja nie pracuję. Siedzę w domu. Będę mógł poświęcić czas dzieciom. Damy radę.
- Zobaczymy… - Poszliśmy. Dom dziecka, przed nim plac zabaw z huśtawkami obleganymi przez dzieci, wewnątrz na kolorowych ścianach malunki postaci z bajek, zabawki rozrzucone na dywanie. I smutek czający się w kątach, wśród szeregu łóżeczek, między stertą identycznych talerzy, kubków, w oczach nawet uśmiechniętych dzieci. Smutek, który wychodzi w ciemnych godzinach nocnych i w porannych szarościach. Dzieci z oczami wiecznie głodnymi miłości. Byliśmy tam dopiero 5 minut a już czułam się nieswojo…
- Mogą się państwo rozejrzeć. Ale uprzedzam, że nie każde dziecko tutaj ma jasną sytuację prawną. – Usłyszeliśmy od dyrektorki domu.
- Co to oznacza?
- Tak w największym skrócie, że rodzice nadal mają prawa rodzicielskie, i tych dzieci nie można adoptować. – Odparła dyrektorka i musiała pospieszyć do swoich zajęć. 13letnia wychowanka miała nas oprowadzić. Po chwili podeszła do nas dziewczynka ciągnąc ze sobą małego chłopca
- To mój brat Piotrek. Ma 4 lata. Zostaniecie jego rodzicami? Ja jestem już za duża, mnie nikt nie chce, ale może weźmiecie jego? On jest bardzo grzeczny – Mały przytulił się do siostry a ona wyczekująco patrzyła w nasze oczy.
- A ty jak masz na imię? I ile masz lat?
- Laura. Mam 9lat. – odparła dziewczynka. Spojrzałam znacząco na męża. Robert też już wiedział. Spojrzał pytająco w stronę naszej „przewodniczki” a ona skinęła głową dając znać, że możliwa jest adopcja w tym przypadku.
- Chcielibyście zostać naszymi dziećmi? – Zapytał Robert.
- Ja też? – zapytała zaskoczona Laura
- Tak. – Buzia dziewczynki rozpromieniła się. Odniosłam wrażenie jakby w pokoju wzeszło słońce.
- Piotrusiu! Będziemy mieli mamę i tatę! – zawołała dziewczynka do brata, który przylgnął do niej i z zaciekawieniem spoglądał na nas.
- Mam na imię Olga, a to jest mój mąż Robert – przedstawiłam nas dzieciom – opowiecie nam coś o sobie?
- Jestem Piotlek a Laura się mną opiekuję. To moja siostla – przedstawił się chłopiec uroczo pomijając literę R.
część Taniry:
- wiesz, że mają przyjść więc wychodź z tej łazienki! – krzyknęłam waląc w drzwi kibla z całej siły.
Po chwili otworzyły się szeroko.
Oparty o framugę stał James i patrzył na mnie TYM wzrokiem.
- teraz to na mnie nie działa – szepnęłam czując, że policzki robią mi się czerwone – Chris zostaw to! – krzyknęłam widząc syna, który bardzo zaciekawił się butelką z Domestosem.
- ile razy mamusia ci mówiła – szepnęłam biorąc go na ręce.
- on jest jeszcze za mały – szepnął James powstrzymując śmiech.
Obrzuciłam go wrogim spojrzeniem.
- on przyswaja – powiedziałam z ogromną pewnością siebie cytując fragment książki o niemowlakach – wie co do niego mówię i rozumie. Prawda skarbie? – spojrzałam na Chrisa, który uśmiechnął się szeroko by po chwili psiknąć mi w twarz.
- chyba detergenty go uczulają – wydusił James i zanik zdążyłam cokolwiek zrobić wybiegł z łazienki w stronę drzwi.
- twój ojciec to cham – szepnęłam z delikatnym uśmiechem wychodząc z łazienki i puszczając go na podłogę.
Myślałam, że to Natalia i ten pseudodetektyw Danny.
Ta laboratoryjna szuja rujnuje jej życie ale oczywiście tylko ja to widzę.
- cześć – szepnęłam cicho do Olgi i Teddy’ego bardziej skupiając wzrok na dwójce dzieciaków, które przyprowadzili ze sobą.
- To Laura – Teddy położył rękę na głowie dziewczynki – a to Piotrek – szturchnął malucha, który z ogromną zawziętością wpatrywał się w Chrisa.
- a to jest syn chama – szepnęłam pomagając Chrisowi wstać.
James obrzucił mnie dzikim spojrzeniem i ponownie wbił wzrok w dziewczynkę.
- czy mogę się z nim pobawić? – zapytała Laura patrząc mi prosto w oczy.
Oczy.
Cholera…
Znam je.
- no pewnie tylko uważaj na niego bo to nie jest lalka. Uważaj żeby nie wziął niczego do buzi i uważaj żeby się nie przewrócił i uważaj jeszcze na…
James pociągnął mnie za rękę do dużego pokoju.
- nic mu nie będzie – szepnął siadając obok mnie na kanapie.
Zrobiłam dziwną minę ale nic nie mówiłam.
Olga i Teddy usiedli na fotelach naprzeciwko nas.
Zanim James zdążył otworzyć usta żeby powiedzieć o nalaniu do szklanek Malibu do pokoju weszła Laura.
- oni bawią się sami. Ja nie lubię samochodów – szepnęła podchodząc do Olgi.
James zaczął przyglądać jej się jeszcze bardziej niż na korytarzu.
Szturchnęłam go lekko w bok.
- skąd jesteś? – zapytał zduszonym głosem.
- z Chicago – odpowiedziała z szerokim uśmiechem.
- ludzie to robią kariery – szepnęłam – wyjeżdżają za granice i rodzą dzieci…
James jakby trochę pobladł.
- kochanie…wszystko ok.?
- a twoja mama…
Na chwilę uśmiech na jej twarzy zbladł.
- miała na imię Kerry. Umarła…
Whistler spojrzał na Olgę.
- eeeee… dziecko… - szepnęłam patrząc na nią – idź do chłopców. Nie chcę żeby się coś stało.
Pobiegła z uśmiechem na ustach gubiąc przy tym chusteczkę, która trzymała w ręce.
Odsunęłam się od Jamesa na odległość wyciągniętej ręki.
- widzę, że zaczyna się niezłe przedstawienie – syknęłam – może mi powiesz o co chodzi?
- ona…to…to jest moja córka – szepnął nie patrząc mi w oczy.
Uniosłam brew do góry nie bardzo wierząc w to co słyszę.
- słucham?
- to moja córka – powtórzył nadal patrząc w dywan.
Uśmiechnęłam się delikatnie przygryzając wargę.
- i kiedy o TYM fakcie chciałeś mi powiedzieć?! – zapytałam znacznie głośniej.
- nie chciałem ci mówić. Prawnie nie jest moją córką. Wyrzekłem się jej.
W oczach pojawiły mi się łzy.
- nie wierze – szepnęłam wstając z kanapy i ruszając w stronę sypialni.
Chwyciłam torbę i zaczęłam na oślep pakować rzeczy.
Swoje i Chrisa.
- co ty robisz? – zapytał wchodząc do sypialni i zamykając drzwi.
- to co widzisz – syknęłam.
- nie mówiłem ci bo skoro ona nie jest moja…
- jak to nie jest twoja?! To twoja córka!
- ale ja jej nie…
- gówno mnie to obchodzi – syknęłam odwracając się machinalnie w jego stronę - już mnie z tobą nic nie łączy. Nic oprócz Chrisa.
- Ann co ty mówisz… - wyszeptał podchodząc do mnie z zamiarem przytulenia.
- nawet mnie nie dotykaj.
Złapałam torbę i starałam się go ominąć gdy przyparł mnie do ściany.
- ja cię kocham – szepnął patrząc mi w oczy.
- ja ciebie…- głos mi się załamał – puść mnie.
- mamy syna.
- ty masz już jedno dziecko – syknęłam i wyrwałam się z jego objęć.
Chwyciłam Chrisa i wybiegłam z mieszkania wsiadając do windy w której wysiadała żarówka.
Świeże powietrze uderzyło mnie w twarz gdy tylko wyszłam na dwór.
Moje kroki nie skierowały się do samochodu.
Skierowały się do bramy w bloku obok.
Do Natalii.
moje:
Pół roku zajęły nam spawy adopcyjne. Bardzo często odwiedzaliśmy nasze dzieci i wreszcie nadszedł wymarzony czas. Laura i Piotrek zamieszkali z nami. Po kilku dniach wspólnego mieszkania wybraliśmy się do Ann i Jamesa (no i ich słodziutkiego Chrisa ;-) ). Natalia i Danny też tam mieli być. Wszyscy chcieli poznać dzieci o których ciągle im opowiadaliśmy.
- Hej wszystkim! – zawołałam od progu wpuszczając męża i dzieci. Wcisnęłam Jamesowi butelkę Malibu do ręki – Zanieś do kuchni… Albo lepiej do salonu. I przynieś te fajne szklaneczki z Tesco.
- Cześć! – Ann ukucnęła przy dzieciach, a mały Chris przydreptał do niej na swoich pulchnych nóżkach. – Chcecie pobawić się z Chrisem? Tylko musicie na niego uważać, on jest jeszcze taki malutki – szczebiotała radośnie Ann. Laura zabrała chłopców do pokoju dziecięcego, a my rozsiedliśmy się na kanapie. Naszą rozmowę przerwało pojawienie się z powrotem Laury w salonie.
- Chłopcy bawią się samochodami mogę tutaj posiedzieć?
- Ależ oczywiście – odparłam z uśmiechem robiąc jej miejsce koło siebie. Spojrzałam na Jamesa i zauważyłam, że z szokiem przypatruje się Laurze.
- Skąd jesteś? – zapytał ją zduszonym niepodobnym do siebie głosem.
- z Chicago
- Chicago… - powtórzył po niej bezwiednie. Ann spojrzała z zaskoczeniem na swojego męża
- Kochanie nie wiedziałam że to aż tak Cię interesuje…
- Po prostu jestem ciekawy czy pamięta swoje poprzednie życie.
- Oczywiście że pamiętam moją mamę! Była lekarzem. Bardzo dobrym lekarzem. Miała na imię Kerry i to po niej mam takie rude włosy. – James spojrzał na mnie z przerażeniem i w jednych ułamku sekundy zrozumiałam co się stało. Laura wspominała o swojej matce, ale nigdy nie skojarzyłam…
- Laura, idź do chłopców. Będę spokojniejsza jeśli będę wiedzieć że ty się nimi opiekujesz. – wyszeptałam cicho, a ona z uśmiechem pobiegła do drugiego pokoju.
- James co się dzieje?! – Ann zażądała odpowiedzi jak tylko Laura opuściła pokój.
- Ona jest moją córką… - wyszeptał pobladły James…
- Co?!
- To było tak dawno…
- Wiedziałeś że masz córkę?!
- Tak.
- Dlaczego ja nic nie wiem?!
- Zrzekłem się ojcostwa… zapomniałem o niej…
- Porzuciłeś własne dziecko?! Jak mogłeś! – zawołała Ann i wybiegła z mieszkania. James spojrzał na mnie oskarżycielsko.
- Błagam… nie mów Laurze CAŁEJ prawdy… Zaklinam Cię… - wyszeptałam patrząc z przerażeniem na jego kamienną twarz…
- Przekonaj Ann że nigdy nie byłem potworem.
- Nie można się całkowicie wybielić.
- Dobrze kłamiesz. Zrób to. – wycedził James – Albo Laura dowie się całej prawdy… - Wstałam z kanapy i pobiegłam za Ann… Jeszcze nie wiedziałam co jej powiem…
- Ann! Poczekaj! – Wołałam biegnąc za nią. – Ann! – Stanęła. Odwróciła się w moim kierunku. Jej oczy przepełnione łzami i bólem…
- Ann musimy porozmawiać.
- Niby dlaczego? – odparła chłodno… tak bezsilnie… nie znałam jej od tej strony…
- To nie było tak jak to sobie wyobrażasz…
- A skąd ty możesz to wiedzieć? – Zamknęłam oczy zastanawiając się co odpowiedzieć. Ujrzałam pod powiekami Laurę i już wiedziałam.
- Usiądźmy – wskazałam na ławkę pod blokiem – kilkanaście lat temu zmusiłam Jamesa aby dla mnie pracował.
- Zmusiłaś?
- Tak – odparłam kłamiąc przyjaciółce prosto w oczy – James nigdy nie chciał dla mnie pracować, ale nie zostawiłam mu wyboru. Nie mówił Ci tego bo chciał zapomnieć o tym koszmarze jaki przeze mnie przeżył. No a potem kiedy się spotkaliśmy poprosiłam go aby nic ci nie mówił… Tak bardzo potrzebowałam przyjaciółki… Nie chciałam aby przeszłość była ku temu przeszkodą.
- No a dziecko? Dlaczego wyparł się własnej córki?!
- Bał się…
- Czego? Ojcostwa?!
- O jej życie. Kiedy dowiedziałam się że Kerry z którą miał przelotny romans jest w ciąży oświadczyłam mu że to dobrze bo… - i tu zniżyłam głos do dławiącego szeptu – bo będę mogła zabić jego dziecko jeśli kiedyś postanowi odejść… - schowałam moją twarz w dłoniach wracając w pamięci do tamtych czasów.
Rzeczywiście powiedziałam coś takiego, no ale przecież nie zabiłabym dziecka… chyba… Wtedy nie miałam serca… Dopiero pojawienie się Roberta w moim życiu wszystko zmieniło… Pamiętam też co mi oświadczył James. Że jemu dobrze z Firmą, więc nie ma zagrożenia… Dlaczego więc zrzekł się dziecka? Czy rzeczywiście się bał? Czy wtedy też, tak jak ja nie miał uczuć?… Nie wiem… To wszystko było tak dawno… tyle już kłamstw powiedziałam od tamtej pory… nie wiem już co jest prawdą a co moimi kłamstwami… Czy to zresztą jest teraz ważne? Czy ważne jest kto był większym potworem… Pewnie nie… teraz najważniejsze jest aby nasze rodziny przetrwały tą burzę która wytworzyła się przez połączenie przeszłości z teraźniejszością…
- Olga… - Dłoń Ann zaczęła głaskać mnie po włosach a ja zaczęłam szlochać…
- Przepraszam… ja nigdy nie płaczę…
- Teraz możesz… Olga… Co teraz z tym wszystkim zrobimy?
- Co?
- Laura.
- Ona jest moją córką. Nie oddam jej nikomu…
- Wiem – oświadczyła spokojnie Ann. – Powiemy jej prawdę?
- Jaką prawdę?
- Spokojnie… Tylko to że jest córką James’a… Przyjaźnimy się więc mogłaby go widywać często…
- Nadal się przyjaźnimy?
- Tak. – odparła po prostu Ann, a ja wiedziałam że burza ucichła i że to paradoksalnie Ann wyszła z niej najsilniejsza…