part XII
Tym razem to on zasnął.
Głaskała go delikatnie po głowie jak małe dziecko.
Czuła się dość niewygodnie na tej cholernej kanapie.
Mieli dziwnie splecione razem nogi i pomału zaczęła odczuwać skutki tego splecenia.
Dochodziła 6.
Słońce budziło się do życia.
Kochała wschody słońca chyba bardziej niż zachody.
Czuła budzące się życie w każdym jasnym promieniu.
Poczuła ciepło na twarzy.
Słońce.
Rażące promienie dawały się coraz bardziej we znaki nie tylko jej.
Sean się przebudził.
Zaspany wyglądał tak uroczo.
- nie spałem prawda?
- ależ skąd – szepnęła i pocałowała go delikatnie w czoło.
- zgaś to światło – wyszeptał chowając twarz w jej ramionach.
- nawet gdybym mogła to bym nie zgasiła – zaświergotała i wstała z kanapy z zamiarem zrobienia mocnej kawy.
Po chwili do dyżurki wpadł sanitariusz.
- nagły wypadek. Zawał. Mężczyzna. 68 lat.
Ann spojrzała na Seana i odstawiła paczkę kawy ruszając za sanitariuszem.
Wpadła do sali gdzie leżał mężczyzna.
Stanęła przy drzwiach i nie mogła się ruszyć.
Na szpitalnym wózku podłączony do aparatury leżał jej profesor.
- Boże…- wyszeptała gdy Sean minął ja w biegu.
- no ruszaj się! – krzyknął.
Ona tylko stała i patrzyła.
- Ann mówię do ciebie! – krzyknął po raz drugi.
Ogarnęło ją dziwne przeczucie, że nie da rady.
Nie chciała go zabić.
Nie chciała mu zrobić krzywdy.
- ANN!
Podeszła do Seana łapiąc za małą butelkę. Wzięła strzykawkę i sprawnym ruchem wbiła mężczyźnie w żyłę.
Coś zaczęło się dziać.
Ciśnienie rosło.
- będzie żył – szepnął Sean zdejmując białe, lateksowe rękawiczki z dłoni.
- to dobrze…- szepnęła patrząc w jak zwykle spokojną twarz profesora.
Uśmiechnęła się delikatnie i chwyciła Seana za rękę.
- to dobrze – powtórzyła.
Nie umiał zrozumieć jej zachowania.
Widziała już to co najgorsze.
Widziała śmierć.
I nagle, z tak błahego mogłoby się wydawać przypadku, jakby się wyłączyła.
Była jak zahipnotyzowana.
Nie mówił nic gdy wychodzili ze szpitala w kierunku miasta.
Czekał aż ona zacznie.
- to mój profesor – szepnęła gdy minęli bramę.
- ten człowiek?
Pokiwała głową.
- stąd moja reakcja. Bałam się, że coś…
Chwycił ją za rękę.
- on jako jedyny we mnie wierzył. Jako jedyny mnie wspierał. A teraz…- uśmiechnęła się delikatnie – teraz robisz to także ty.
Uśmiechnął się promiennie i ścisnął jej dłoń jeszcze mocniej.
Rozstali się przed jej domem.
Jutro ma urodziny.
Wiedział bo czytał jej dokumenty.
Miał cień wyrzutów sumienia ale przecież są razem więc miał prawo zobaczyć.
Miał jej tylko za złe, że sama mu nie powiedziała.
A może czekała na jego krok?
Może wiedziała, że się dowie.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech na samą myśl spędzenia tych urodzin.
Nie wiedział tylko czy jej nie wystraszy.
Bał się tego.
Bał się.
Położyła się późno.
Jak zwykle.
SMS na dobranoc.
Od Seana.
Miała ochotę pocałować ekran telefonu ale po chwili stwierdziła, że to już byłby szczyt.
00:15.
Jej urodziny.
Uśmiechnęła się tylko delikatnie, zgasiła lampkę nocną i wtuliła w miękką, białą poduszkę na której jeszcze nie tak dawno leżał on.
Tym razem nie obudziły jej promienie słońca.
Zerwała się na równe nogi gdy usłyszała dzwonek do drzwi.
Kątem oka spojrzała na zegarek.
05:10.
- co za kretyn dzwoni o tej porze – mruczała pod nosem plącząc nogi w dzikim biegu w stronę drzwi.
- Sean?! Czy ty nie możesz spać?!
- wszystkiego najlepszego – uśmiechnął się promiennie – ubieraj się. Mam niespodziankę.
Patrzyła na niego.
Niedowierzanie mieszało się z podziwem.
- no już – powtórzył cicho i wszedł do mieszkania zamykając drzwi.
Po chwili już prowadził ją za rękę jeszcze delikatnie ciemnymi ulicami Sydney.
- gdzie idziemy? – pytała co chwilę.
Nie odpowiedział.
Chwilę przed 6 minęli bramę portu.
Stanął za nią przy barierce.
Słońce.
- Sean…- wyszeptała a jej oczy zalśniły magicznym blaskiem.
- nasze życie tez zaczyna się tak budzić – szepnął i wsunął jej w dłoń mały kartonik.
Otworzyła go delikatnie uważając by jego zawartość nie znalazła się w wodzie.
- wszystkiego najlepszego – wyszeptał całując ją delikatnie w policzek.
Spojrzała do środka.
- Sean…- jej głos się załamał gdy chwyciła w dłoń klucze od jego mieszkania.
- słucham? – zapytał wystawiając twarz w kierunku słońca.
Słyszał krople łez.
Krople jej łez.
- zawsze gdy będziesz chciała…To co moje jest też i twoje…od dzisiaj – szepnął patrząc jej głęboko w oczy.
- kocham cię – wyszeptała rzucając mu się na szyję.
Budzące się słońce jest symbolem budzącego się nowego życia.
Lepszego życia.
Bardziej bogatego w doświadczenia, które są już za nami.
Słońce jest symbolem radości.
Radości, która wkracza z butami w nasze życie.
Trzeba tylko otworzyć jej serce.
Co jest piękniejsze?
Wschód czy zachód w Sydney?
Dla tych dwoje najpiękniejsza była ta chwila.
Chwila, która zmieniła ich życie.
Otwarła drogę.
Nową drogę.
Oni byli światłem.
To ich blask przyćmiewał blask wschodzącego słońca.
Otworzyli swoje serca.
Byli światłem dającym życie.
Byli gwiazdą.
Byli razem.
Ona i On.
Otwórz serce i wpuść trochę światła.
R.I.P Sean Everleight.
