NAJWIĘKSZA POLSKA BAZA DYSKUSJI I INFORMACJI O PRISON BREAK | Dołącz do nas!

Opowiadanie PB by Nika

Twórczość użytkowników związana z "Prison Break": opowiadania, wiersze itd.
Posty: 84 Strona 3 z 4
bella15
Świeżak
Posty: 19
Rejestracja: 2008-02-19, 18:45


Otworzyłam oczy. Nie wiedziałam co się wokół mnie dzieje. W całym skrzydle A rozlegał się ogromny hałas, jakby okrzyki szczęścia. Zwlekłam się z łóżka na w pół przytomna i wyszłam przed celę. Spojrzałam w dół. Nie mogłam w to uwierzyć. Serce zabiło mi mocniej.
<i>T-Bag wrócił!</i> - krzyczałam w myślach. Byłam przerażona. Wciąż pamiętałam jego wyraz twarzy kiedy na niego nawrzeszczałam. Po kilku minutach zauważył mój wzrok, który na nim spoczął. Powolnym krokiem cofałam się do celi nie spuszczając z niego mojego spojrzenia. Oparłam się o ścianę. John'a nigdzie nie było. Mój strach wciąż rósł. Czułam jak moje oczy wypełniają łzy. Podeszłam do łóżka i zaczęłam szukać zegarka z nadzieją, że za chwilę przyjdzie po mnie strażnik i powie, że czas abym poszła do skrzydła szpitalnego.
-Cześć, Nicole! - usłyszałam. Odruchowo odwróciłam się.
-Ach, to ty Michael. - odetchnęłam z ulgą.
-Coś się stało? - zapytał
-Nie, nie. Wszystko w porządku. - odpowiedziałam
-Nie wydaję mi się.
-O co ci chodzi? - rzuciłam
-Boisz się czegoś, a raczej kogoś. - powiedział
-Skąd to podejrzenie?
-Kiedy się odezwałem odwróciłaś się nerwowo ze łzami w oczach. Poza tym jesteś spięta.
-Wydaje ci się.
-Chodzi o T-Bag'a? - padło kolejne pytanie z jego ust
-Skończyłeś już? Świetnie. Więc teraz się odwróć i idź w swoją stronę. - Michael spuścił głowę i zaśmiał się pod nosem
-Co w tym śmiesznego? - zapytałam
-Nic. - odpowiedział z uśmiechem na twarzy. Nie wiem czemu, ale od razu zrobiło mi się lżej.
-Nicole, dzisiaj zaczynasz wcześniej, chodź ze mną. - powiedział strażnik, który przerwał naszą „rozmowę”. Wyszłam z celi. Michael dziwnie na mnie spojrzał. Nie wiedział co się dzieje.

***

Spojrzałam na zegarek. Była 12:28. Czas w ambulatorium mijał bardzo szybko. Tutaj czułam się najbezpieczniej.
-Dzień dobry! - powiedział kolejny z pacjentów, który właśnie wszedł do gabinetu.
-Witam! - odpowiedziałam. - Imię i nazwisko, proszę.
-Daniel Hall.
-Kolejny zastrzyk z insuliny, zgadza się? - zapytałam
-Tak! - odpowiedział Daniel. Otworzyłam szafkę z lekami i wyjęłam pojemniczek napełniony insuliną. Otworzyłam czystą igłę i przygotowałam lek.
-Proszę podwinąć rękaw. - powiedziałam. Na ręku pacjenta zacisnęłam gumowy pasek i wbiłam igłę od strzykawki w żyłę tym samym wpuszczając lek.
-Dziękuję! - odparłam – Możesz już iść! - Daniel wstał i wyszedł z gabinetu. Odprowadziłam go wzrokiem do drzwi i podeszłam do okna.
-Nicole, strażnik po ciebie przyszedł. - powiedziała Sara, która właśnie weszła do mojego gabinetu.
-Przecież moja zmiana jeszcze się nie skończyła. - odparłam zdziwiona
-Masz widzenie. Idź i się nie martw. Zajmę się twoim kolejnym pacjentem. - odpowiedziała z uśmiechem. Razem ze strażnikiem udałam się do pokoju, w którym miałam się spotkać z moim gościem. Usiadłam na krzesełku przy stoliku i czekałam.
-Paul! - powiedziałam i rzuciłam mu się na szyję. - Tak się cieszę, że cię widzę!
-Ja też się cieszę! - odparł
-Coś się stało? - zapytałam – Jesteś jakiś dziwny.
-Nicole... - zaczął – wiem, że ci się to nie spodoba, ale nie miałem na to większego wpływu.
-Co się dzieje? - zapytałam powtórnie
-Chodzi o Caroline.
-Proszę cię, nie mów mi tylko, że ona...
-Tak. - przerwał mi w połowie zdania – Za tydzień opuszczasz Fox River, ale nadal będziesz pracować tu jako lekarka. To jedyna rzecz jaka się nie zmieniła.
-Oszukała mnie! - rzuciłam. Byłam wściekła. - Przecież wiedziała, że chcę tu zostać, że nie chcę jej pomocy. Dlaczego to zrobiła?! - wykrzykiwałam
-Ktoś zadzwonił do niej i poinformował ją, że nie jesteś tu bezpieczna. - powiedział
-Kto?!
-Nie wiem. Nie powiedziała mi tego. Nicole, przecież nadal będziesz tu pracować. Jedyną różnicą jest to, że teraz jesteś wolna.
-Pomyślał ktoś, że może ja nie chcę być wolna?! Całym moim życiem rządziła wolność i do czego doprowadziła?! Do tego, że zabiłam swojego chłopaka! - krzyczałam
-Dlaczego ty jej tak nienawidzisz? Co ci zrobiła, że nie chcesz przyjąć jej pomocy? - zapytał mnie Paul
-Widać mam swoje powody. - rzuciłam
-Koniec widzenia! - krzyknął strażnik.
-Zastanów się nad tym, Nicole. Masz tydzień czasu. - powiedział i przytulił mnie na pożegnanie. Wyszłam z pokoju. Strażnik z powrotem zaprowadził mnie do ambulatorium.
-Kolejny pacjent już na ciebie czeka. - powiedziała Sara, którą spotkałam na korytarzu.
-Dziękuję! - odpowiedziałam. Weszłam do gabinetu. Scofield siedział na krześle.
-No proszę! A więc to jest twoja nowa praca. - powiedział śmiejąc się. Spojrzałam w kartę Michaela.
-Nie wiedziałam, że jesteś chory na cukrzycę. - odparłam. - Na zastrzyki przychodzisz raz w tygodniu... - czytałam głośno.
-Co czeka mnie dziś? - zapytał
-To co zwykle. - odpowiedziałam z uśmiechem na twarzy – Dostaniesz zastrzyk z insuliny i posmaruję ci ramię maścią. Mam tu napisane, że kilka dni temu zostałeś dotkliwie pobity. - powiedziałam. Michael spojrzał na mnie.
-Nie wnikam w to czemu cię pobili, więc nie patrz tak na mnie. - odparłam. Wyjęłam z szafki kolejną strzykawkę z insuliną.
-Zdejmij koszulę. - powiedziałam. Michael zrobił to o co go poprosiłam. Najpierw zrobiłam mu zastrzyk, potem wzięłam maść i zaczęłam dokładnie oglądać stłuczone ramię.
-To nie była chyba zwykła bójka, prawda? - zapytałam
-Czemu pytasz?
-Masz spuchnięte ramię i dużego siniaka. Gdyby to było zwykłe stłuczenie obrzęk zszedłby ci po dwóch, trzech dniach. - odpowiedziałam. Wycisnęłam odrobinę maści na dłoń i powolnymi ruchami wmasowywałam je w ramię Scofielda.
-Wybuchła mała rozruba na spacerniaku. Nic poważnego. - zaśmiał się i spojrzał na mnie.
-Coś się stało? - zapytałam – Nie wiem, może się gdzieś ubrudziłam?
-Nie, nie. Wszystko w porządku. - odpowiedział. Zapadła cisza.
-Masz takie delikatne dłonie... - odparł po chwili milczenia. Swoją dłonią objął moją dłoń.
-Michael przestań! - rzuciłam wyrywając w tym samym momencie swoją dłoń. - Wiesz, że nie mogę.
-Nie możesz bo ktoś ci tego zabrania, czy nie możesz bo nie chcesz? - zapytał. Spojrzałam na niego.
-Jestem tu w pracy nie na randce. - odparłam i wytarłam rękę o papierowy ręcznik.
-Nicole, wiem, że boisz się T-Bag'a.
-Nie boję. - rzuciłam. Zaśmiał się.
-Kiedy zobaczyłaś go rano mało się nie rozpłakałaś. Nicole, jeśli będzie się przyczepiał to ja...
-To ty co? - przerwałam mu
-Pomogę ci. On nie zrobi ci nic złego. - odpowiedział
-John mi pomaga.
-Sam ma na pieńku z T-Bag'iem.
-A ty nie? Uważasz, że jestem głucha i ślepa? - rzuciłam
-Tego nie powiedziałem.
-Ale widać tak myślałeś. Wiesz co? Zrobiłam już co zrobić miałam, więc idź już bo na swoją kolej czekają inni pacjenci.
-Nicole, ja...
-Wyjdź! - krzyknęłam. Michael zabrał swoją koszulę i wyszedł z gabinetu. Usiadłam przy biurku i położyłam głowę na blacie. Nerwy mi puściły. Po policzkach zaczęło spływać mi coraz więcej łez...
*Madziula*
John Abruzzi
Posty: 587
Rejestracja: 2007-11-07, 10:57


super xD Nika i Michael.... mogłam się domyślić xD

Ty piszesz na bieżąco czy masz to już napisane ?
bella15
Świeżak
Posty: 19
Rejestracja: 2008-02-19, 18:45


Kolejna część.

Przechadzałam się po balkonie przed celą i rozmyślałam o moim „przymusowym” wyjściu.
<i>Jeszcze tylko trzy dni...</i> - myślałam.
-Słyszałaś o nowej „panience” T-Bag'a? - zapytał mnie John przerywając moją rzekomą samotność.
-Nie, nie słyszałam. Kogo znowu znalazł?
-To nie on szukał. Jego kumple przyprowadzili mu jednego z nowych, którzy przyjechali kilka dni temu. Nieszczęśliwy traf padł na osiemnastoletniego Seth'a Hoffner'a. - odparł
-Seth Hoffner? Czy przypadkiem to nie ten szczeniak, który siedzi tu za porwanie dzieciaka i kradzież samochodu? - zapytałam. John zaśmiał się pod nosem.
-Tak, to ten. Znasz go?
-Nie, nie znam, ale był u mnie wczoraj na badaniach. Był przestraszony, miał podwyższone ciśnienie i temperaturę. Żal mi go. - odpowiedziałam ściszając głos.
-Nicole, możemy pogadać? - przerwał nam Michael
-O czym? - zapytałam
-Przejdźmy się. - spojrzałam na niego, a potem na John'a. W końcu spuściłam głowę i poszłam ze Scofieldem.
-Czy teraz możesz mi powiedzieć co jest tak ważne o czym chciałeś ze mną podyskutować? - zapytałam ponownie
-Chodzi o tego nowego, znaczy o Seth'a. - odparł
-Co z nim nie tak?
-Myślę, że jest w podobnej sytuacji jak ty, a nawet gorszej.
-Nic na to nie poradzę. Póki co T-Bag przestał mnie prześladować, bo zajął się Seth'em i niech tak zostanie. - odparłam
-Nicole, ty chyba nie myślisz, że ta cała sytuacja jest ci na rękę?
-Owszem jest i jestem z niej bardzo zadowolona. Coś jeszcze? - zapytałam
-Ty nie mówisz poważnie.
-Mówię śmiertelnie poważnie. - widząc minę Scofielda chciałam załagodzić jakoś sytuację – Michael, wiem, że nie powinnam tak mówić, ale proszę cię zrozum. T-Bag chce się na mnie zemścić za to co zrobiłam zanim wylądował w ambulatorium na dłużej. Odkąd Seth tu jest, ja się nie boję. Wiem, że jestem na drugim miejscu i nie muszę obserwować każdego kto się na mnie spojrzy. Nic nie mogę na to poradzić. Nie chcę wtrącać się w ich stosunki. Przykro mi. - odpowiedziałam patrząc Michaelowi w oczy. Po kilku sekundach odwróciłam się i poszłam w kierunku swojej celi. Usiadłam na łóżku i jak za każdym razem kiedy było mi źle wpatrywałam się w wielką plamę na ścianie, która pozwalała mi się skupić mimo chaosu jaki panował w czasie przerw.
-Proszę, pomóż mi! - usłyszałam kilka minut później. Odwróciłam głowę w kierunku chłopaka
-Seth! Co ty tu robisz? - zapytałam zdziwiona – Nie powinno cię tu teraz być! - byłam przerażona. Wiedziałam, że gdyby T-Bag zobaczył nas razem byłaby z tego afera.
-Pomóż mi, proszę cię! Scofield mi odmówił, pozostajesz mi tylko ty. Błagam cię!
-Nie, Seth. Nie pomogę ci. Sama mam problemy z T-Bag'iem, nie zrobię tego. - próbowałam się wykręcić
-Ale masz wtyki u naczelnika. Proszę załatw mi przeniesienie.
-Nie mogę, Seth zrozum. Nic nie mogę zrobić. - zeskoczyłam z łóżka i pociągnęłam Seth'a w głąb celi, tak aby nikt nie zauważył jego obecności tutaj.
-To nie był najlepszy pomysł żebyś tu przychodził. - rzuciłam trochę przerażona
-Nie miałem innego wyjścia. Nikt nie chce mi pomóc, więc przyszedłem do ciebie.
-Ja też ci nie pomogę, przykro mi.
-Nicole, błagam... - wciąż prosił przerażony chłopak
-Wyjdź. - odparłam ze łzami w oczach – Proszę cię, wyjdź. - powtórzyłam ciszej. Seth popatrzył jeszcze przez chwilę na mnie i na moje łzy, które uwolnione spod niewoli spłynęły po policzku na koszulkę. Zamknęłam oczy. Kiedy otworzyłam je po kilku minutach jego już nie było. Położyłam się na łóżku i zaczęłam cichutko płakać.

***

W ambulatorium było nadzwyczaj spokojnie. Zawsze coś sie działo, a dzisiaj nie było żadnego ruchu. Rano miałam dwóch pacjentów, którzy przyszli na kolejne kontrolne badanie. Korzystając z okazji podeszłam do okna i patrząc w niebo popadłam w głębokie rozmyślanie. Czułam się okropnie. Momentami wydawało mi się, że wszyscy tutaj pragną mnie poniżyć, upokorzyć, zniszczyć i zmieszać z błotem. Pamiętałam o dzisiejszej sytuacji z Seth'em. Nie wiedziałam czy postąpiłam dobrze.
-Nicole, dzisiaj kończysz wcześniej. Zaraz przyjdzie po ciebie strażnik. - powiedziała Sara, która właśnie weszła do mojego gabinetu.
-Dzięki! - odparłam i powoli zaczęłam się zbierać. Nie protestowałam. Było mi obojętne gdzie się teraz znajdę.
-Gotowa? - zapytał mnie strażnik.
-Oczywiście! - odparłam i udałam się razem z nim na blok A. Nie wiedziałam co się wokół mnie dzieje. Szłam przed siebie nie zważając na nic.
-Nicole! - usłyszałam. Odwróciłam się odruchowo.
-Ach, to ty Michael. - powiedziałam
-Dzisiaj wcześnie skończyłaś. Coś się stało?
-Nie było dużego ruchu w ambulatorium, to wszystko. - rzuciłam. Oboje zaczęliśmy iść w stronę schodów.
-Rozmawiałam dzisiaj z Seth'em. - powiedziałam w pewnej chwili
-Pewnie prosił cię o pomoc.
-Tak, prosił. Odmówiłam. Przecież wiesz, że nie mogłam się zgodzić. - zaczęłam tłumaczyć
-Przestań. Nie musisz mi się spowiadać ze wszystkiego co zrobiłaś. - powiedział Scofield. W pewnej chwili obydwoje zobaczyliśmy Seth'a, który przechodził przez barierkę z zawiązanym prześcieradłem na szyi.
-Seth! - krzyknęłam, ale niestety było za późno. Skoczył. Słyszałam jak kręgi szyjne pękają pod wpływem zbyt dużej siły nacisku. Patrzyłam na jego martwe ciało. Łzy spłynęły mi po policzkach. Czułam, że to moja wina. Nie słyszałam mojego otoczenia. Poczułam tylko jak Michael mocno mnie przytula. Po kilku minutach usłyszałam: „Już w porządku...”. Dla mnie już nic nie było w porządku...

***

-Nicole, wszystko w porządku? - pytał John. Nic nie odpowiedziałam. Leżałam na łóżku odwrócona w stronę ściany mocno przytulając poduszkę. Nie potrafiłam myśleć o niczym innym. Śmierć Seth'a była dobijająca. Przed oczami wciąż miałam obraz jego martwego ciała i wcześniejsze prośby o pomoc.
<i>Jak ja mogłam mu to zrobić! Jestem okropna i samolubna!</i> - takie oto zdania przechadzały mi się po moich myślach.
-Weź sie w garść! Nie możesz całymi dniami leżeć na łóżku i rozpaczać! - powtarzał John. Ja i tak nic sobie z tego nie robiłam. Im dłużej powtarzał te dwa zdania, tym bardziej zamykałam swoje wnętrze przed światem. W pewnej chwili poczułam jak John chwyta mnie za dłoń i próbuje ściągnąć z łóżka.
-Zostaw mnie! - krzyknęłam
-Uważasz, że tak jest dobrze? - zapytał – Leżysz i do nikogo się nie odzywasz.
-Widać podoba mi się to i nic ci do tego! - krzyczałam
-Przestań się obwiniać o jego śmierć! To nie twoja wina! T-Bag jest za to odpowiedzialny!
-T-Bag, T-Bag, T-Bag... - powtarzałam – A czy ten T-Bag odmówił mu pomocy?
-Nicole... - przerwał
-A czy ten T-Bag... - powiedziałam głośniej aby przekrzyczeć John'a – zmusił Seth'a do próby samobójczej? Nie. Dlaczego? Bo to ja jestem temu winna. To ja mu odmówiłam w chwili kiedy najbardziej tego potrzebował, więc teraz daj mi spokój i pozwól poleżeć w samotności! - krzyknęłam. Po kilku sekundach uświadomiłam sobie, co tak naprawdę powiedziałam. Zaczęłam płakać. Nie mogłam powstrzymać łez. One po prostu chciały zostać uwolnione. John mocno mnie przytulił nie odzywając się słowem. Staliśmy oboje w ciszy i milczeniu. W pewnej chwili przypomniałam sobie o zbliżającym się końcu mojego pobytu tutaj...
PatuŚ
Michael Scofield
Posty: 2945
Rejestracja: 2007-10-27, 18:51


łaaa jakie nawiązanie to PB ... cudne :-D
*Madziula*
John Abruzzi
Posty: 587
Rejestracja: 2007-11-07, 10:57


super ^^ zrobiło się trochę smutno i tragicznie :) fajnie^^
Alexxa
Mahone
Posty: 682
Rejestracja: 2007-12-01, 22:29


Genialnie, i doskonałe nawiązanie do fabuły serialu :-) .

Kiedy wreszcie wróci T-Bag, noo ?? xD
madamebutterfly
Mahone
Posty: 713
Rejestracja: 2008-01-16, 19:13


przeczytałąm wszystkie naraz... bardzo wciąga :):):) świetnie.. czekam na dalszą część :)
bella15
Świeżak
Posty: 19
Rejestracja: 2008-02-19, 18:45


Kolejny rozdział. Miłego czytania :)


-Zabieraj swoje rzeczy. Po pracy już tu nie wrócisz. - powiedział strażnik, który właśnie po mnie przyszedł. Zaczęłam pakować swoje „manatki” to małego kartonowego pudełka. John wstał z łóżka i zaczął przyglądać się co robię.
-Chwila moment! - powiedział donośnym tonem – Co to ma niby znaczyć? Kto załatwił jej przeniesienie? - pytał strażnika, który nie wiedział co ma odpowiedzieć. Widząc przebieg sytuacji postanowiłam zareagować.
-John, uspokój się. To nie jest żadne przeniesienie.
-Więc co? - zapytał tym razem mnie
-Po pracy opuszcza więzienie. - dodał strażnik. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Spojrzałam na niego z zakłopotaniem i wyszłam z celi. Szłam powolnym krokiem po balkonie w stronę schodów. W pewnym momencie zatrzymałam się. Spojrzałam na celę Scofielda. Jak zwykle stał przy kratach i wpatrywał się w moją postać. Oczy wypełniły mi się łzami. W tym miejscu łzy były czymś normalnym. Nie robiły już na mnie większego znaczenia. Pokręciłam głową na znak, że zostałam zmuszona do opuszczenia więzienia i udałam się do ambulatorium.
-Ja ją odprowadzę! - powiedział jeden ze strażników. Spojrzałam na niego i szłam dalej. - Znów się spotykamy! Tym razem nie widać u ciebie uśmiechu na twarzy. Wychodzisz na wolność. - mówił
-Nie mam ochoty z tobą rozmawiać! - rzuciłam
-Grzeczniej proszę! Chyba nie muszę ci przypominać, że póki zegar nie wybije szesnastej nadal jesteś jednym z więźniów tego zakładu. - odparł z szyderczym uśmieszkiem na twarzy
-Bellick, zgadza się? - zapytałam
-Dla ciebie Pan Bellick, złotko. - usłyszałam
-Rzeczywiście jesteś taki jakim cię opisywali inni więźniowie.- odparłam i uśmiechnęłam się
-A co mówią?
-Nie „pański” interes! - rzuciłam i chwyciłam za klamkę swojego gabinetu. Chciałam wejść do środka, ale Bellick zablokował mi przejście.
-Nie będę powtarzać kolejny raz. Co mówią?
-Grozisz mi?
-Słuchaj no paniusiu...
-Nie, to ty posłuchaj! - przerwałam mu – Żaden klawisz nie będzie mówił mi co mam robić, a zwłaszcza ty! Jeśli jeszcze raz usłyszę jakąkolwiek groźbę padającą z twoich ust i skierowaną w stronę mojej osoby...
-To co?! - krzyknął wtrącając się w moje słowa
-Pójdziesz na przedwczesną emeryturę. Wątpię, że jest to rzecz, której się nie boisz. W końcu mieszkasz razem z mamusią. Ciekawe co by powiedziała gdyby dowiedziała się, że ma syna nieudacznika. - Bellick spojrzał na mnie z nienawiścią, lecz nie powiedział ani słowa więcej.
-Przepuść mnie! - rzuciłam. Puścił klamkę od drzwi i pozwolił mi wejść. Zamknęłam mu drzwi przed nosem i założyłam fartuch. Podeszłam do biurka i zaczęłam przeglądać karty pacjentów, którzy mieli dzisiaj do mnie przyjść. Karta Scofielda również tam była. Sama nie wiedziałam czy chciałam go widzieć po tym wszystkim co przeszłam. Nie chciałam żeby myślał o mnie jako głupiej i naiwnej idiotce, która okłamała wszystkich dookoła.
-Nicole, nagły przypadek. Jesteś potrzebna. - powiedziała Sara, która wpadła do mojego gabinetu
-Co się stało? - zapytałam
-Nie zadawaj teraz pytań! W tej chwili masz iść do ósemki! - rzuciła i wybiegła. Zostawiłam wszystko na biurku i pobiegłam do sali. Na szpitalnym łóżku leżał młody chłopak z rozciętym udem. Wszędzie było pełno krwi sączącej się z rany.
-Co się dzieje? - zapytałam ponownie
-Chłopak ma rozciętą tętnice udową. Nie poradzimy sobie z tym tutaj. Trzeba go przetransportować do szpitala. Spróbuj zatamować krwawienie. Ja muszę pobiec do naczelnika i przedstawić sytuację. - powiedziała Sara
-Jak to się stało?
-W bloku A wybuchły jakieś zamieszki. Przepraszam cię, ale muszę biec do naczelnika. - po chwili zniknęła za drzwiami sali numer osiem. Razem z innymi pielęgniarkami starałam się zatamować krwawienie. Chłopak powoli zaczynał tracić przytomność. Był blady, miał posiniaczone ręce. Widok był straszny. W pewnej chwili poczułam jak chwyta mnie za rękę. Przestraszyłam się. Mówiłam, że wszystko będzie dobrze. Pociągnął mnie za rękę mocniej na znak, że chciałby mi coś powiedzieć. Nachyliłam się nad jego twarzą.
-Co sie dzieje? - zapytałam. Przez chwile nic nie mówił. Było mu ciężko wydusić jakiekolwiek słowo. Chwile później przybiegła Sara z wiadomością, że śmigłowiec czeka już na placu, by go przetransportować. Zanim go zabrali ostatnim słowem jakie wypowiedział było <b>„Scofield...”</b>. Strach sparaliżował moje ciało. Czułam, że stało się coś złego. W dodatku zamieszany w to wszystko był Michael.
-Nicole, idź się umyć. Za dziesięć minut będziesz mieć pacjenta. - usłyszałam od Katie, która stała obok mnie. Nie mogłam się ruszyć. Byłam w zbyt dużym szoku. - Nicole! - usłyszałam ponownie. Katie podeszła do mnie i położyła dłoń na moim ramieniu. - Wszystko się jakoś ułoży, zobaczysz. - wyszeptała mi do ucha i poszła. Postałam tak jeszcze kilka minut i skierowałam się w stronę łazienki. Odkręciłam kran, z którego spłynął strumień zimnej wody. Nabrałam jej trochę w dłonie i zmoczyłam twarz. Spojrzałam w lustro. Zobaczyłam przerażoną dziewczynę.
-Weź się w garść, Nicole! - powtarzałam. - Dlaczego wymienił Scofielda? - to pytanie dręczyło mnie od momentu kiedy usłyszałam to nazwisko. Wytarłam twarz ręcznikiem i poszłam do gabinetu. Usiadłam przy biurku i próbowałam się skupić. Chciałam zapomnieć o tym co stało się przed kilkoma minutami. Wypiłam kubek gorącej kawy i popatrzyłam przez okno. Starałam się nie pokazywać tego jak bardzo jestem zdenerwowana.
<i>Puk! Puk!<i> - rozległo się pukanie do drzwi
-Proszę! - powiedziałam
-Nicole zajmij się nim. Trzeba opatrzeć jego głowę. - powiedziała Katie wprowadzając kolejnego pacjenta. Odwróciłam się i spojrzałam na chłopaka. Wzięłam głęboki oddech i przystąpiłam do badania.
-Usiądź. - powiedziałam. Zrobił to, o co przed chwilą poprosiłam. Wzięłam wodę utlenioną, kilka gazików i plastry.
-Dlaczego się do mnie nie odzywasz? - zapytał
-Michael, co tam się stało? - zapytałam
-Nie rozumiem. - odparł
-Przed chwilą przywieźli chłopaka, który o mało nie umarł na moim stole. Chwilę później przychodzisz z rozbitą głową, a ostatnim słowem jakie usłyszałam to twoje nazwisko, więc nie mów mi, że nie rozumiesz mojego pytania. - zaczęłam mówić
-Nicole, jeżeli myślisz, że to ja mu to zrobiłem, to jesteś w błędzie.
-Więc wytłumacz co tam się stało i jak do tego doszło. - powiedziałam stanowczo.
-Na bloku „wybuchły” małe zamieszki, które już opanowali. Nie zrobiłem mu tego. Uratowałem mu życie. Gdyby nie ja zarżnęli by go. - odpowiedział. Spojrzałam w jego oczy. Miał takie spokojne i błagalne spojrzenie.
-Nie wiem, ale nie potrafię ci uwierzyć. - odparłam i wstałam z krzesełka. Podeszłam do okna i patrzyłam w błękitne niebo.
-Uwierz, bo to co mówię, to prawda. - powiedział podchodząc do mnie.
-Michael, jestem w więzieniu. Miejscu, w którym nie można zaufać nikomu, zwłaszcza w takich sprawach. Nie żądaj tego ode mnie.
-Nie żądam. Proszę żebyś mi uwierzyła. Nie zrobiłem tego. Wiem, że to wiesz. - odparł.
-Nicole, o przepraszam... - powiedział naczelnik, który właśnie wszedł do mojego gabinetu.
-Nie, nie, nic nie szkodzi! - odpowiedziałam w momencie kiedy jedna z moich łez popłynęła ścieżką wyznaczoną na moim policzku. Przetarłam mokry ślad i uśmiechnęłam się. - Proszę kontynuować! - powiedziałam
-Dzisiaj wyjątkowo skończysz wcześniej. Twoja ciotka chciała abyś ten pierwszy dzień na wolności spędziła inaczej niż wyszło. Katie mówiła mi, że ciężko zniosłaś przypadek tego chłopaka. - mówił
-Wszystko w porządku. - odparłam.
-Za pół godziny pod zakładem będzie czekał na ciebie samochód.
-Dobrze. Dziękuję panu, panie naczelniku.
-Nie masz za co dziękować, dziecko. - odpowiedział z uśmiechem i wyszedł. Znowu zostałam sama z Michaelem.
-Teraz będziemy widywać się rzadziej. - powiedział i zaśmiał się pod nosem
-To nie załatwi tego, co stało się dzisiaj. - rzuciłam. - Zaraz przyjdzie po ciebie strażnik. Uważaj na siebie, bo to nie było takie zwykłe rozcięcie. Może pobolewać cię głowa.
-Martwisz się o mnie? - zapytał
-Wykonuję swoje obowiązki wobec pacjenta. - zdjęłam fartuch i schowałam karty zdrowotne do biurka. Już miałam wyjść, ale nagle Michael złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.
-Co robisz? - zapytałam. Nie odpowiedział – Michael, puść mnie. - powiedziałam. Nie miałam siły żeby się wyrwać. Kilka sekund później pocałowaliśmy się. Wiedziałam, że robię źle, ale nie potrafiłam przestać. W końcu zdobyłam się na odwagę i odepchnęłam go.
-Przestań! - krzyknęłam. Wyrwałam się z jego ramion i wybiegłam. Wychodząc z więzienia nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Zanim opuściłam budynek podpisałam jeszcze kilka papierów i wyszłam na zewnątrz. Przed więzieniem czekał na mnie Paul. O dziwo nie ucieszył mnie jego widok. Nie o tym teraz myślałam. Nie potrafiłam zapomnieć o tym pocałunku.
-Witam! - powiedział Paul
-Cześć! - odpowiedziałam i przytuliłam się do niego. - Gdzie pojedziemy teraz? - zapytałam
-Do twojego nowego domu. - odparł. Oboje wsiedliśmy do samochodu. Przez całą drogę nie odezwałam sie ani słowem.
-Coś się stało? - zapytał
-Nie, dlaczego pytasz? - starałam się udawać, że nic się nie wydarzyło
-Jesteś nieobecna.
-Wydaje ci się. - rzuciłam. Piętnaście minut później Paul zatrzymał samochód przed wysokim apartamentowcem. Wysiedliśmy z auta i weszliśmy do środka budynku. Pojechaliśmy windą na czwarte piętro i skierowaliśmy się do mieszkania z numerem 169. Paul otworzył drzwi do mojego nowego domu. Było pięknie. Duży salon połączony z kuchnią, duża łazienka wykończona niebieską glazurą, sypialnia w kolorze złocistego miodu, a po środku stało duże łóżko.
-Czy to nie jest aby przesada? Przecież to wszystko kosztowało miliony. - powiedziałam
-Nie podoba ci się? - zapytał Paul
-Oczywiście, że mi się podoba, ale przecież...
-Nic nie mów. - przerwał mi – To jest twój nowy dom. - odpowiedział uśmiechając się do mnie.
„Ding, Dong” - w całym mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka.
-Otworzę! - powiedział Paul kierując sie w stronę drzwi. Stałam po środku mieszkania, które od tej chwili było moje. Nie mogłam uwierzyć w to wszystko. Na mej twarzy pojawił się pierwszy uśmiech dzisiejszego dnia. Czułam się szczęśliwa, kiedy nagle usłyszałam głos osoby, której nie chciałam widzieć.
-Witaj, kochanie! Paul powiedział, że podoba ci się mieszkanie, które ci kupiłam. - powiedziała Caroline, która weszła do środka...
*Madziula*
John Abruzzi
Posty: 587
Rejestracja: 2007-11-07, 10:57


super xD i znowu Caroline xD no i zamieszki... teraz (skoro jedziesz zgodnie z tym co działo się w serialu) powinna być smutna scena - T-Bag przy umierającym Jasonie (Maytagu) :-P
Gość


coraz ciekawiej... czekam na dalszą część... :)
mk95
Michael Scofield
Posty: 1391
Rejestracja: 2008-01-24, 19:37


Wspaniale... I te mieszkanko :-D czekam na wiecej, a najbardziej na 2 serię ;-) I nie mam pojęcia, dlaczego :-P
PatuŚ
Michael Scofield
Posty: 2945
Rejestracja: 2007-10-27, 18:51


hahah swietny odcinek.. soczysty kisss z Scofieldem ... akcja sie rozkreciła :-D
Xaneta
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19


fajne :D pocałunek ze Scofieldem. ;)
agulec
Michael Scofield
Posty: 3495
Rejestracja: 2007-12-07, 15:27


no, nadrobiłam :D
hyhy.. ech ten Scofield, nie można mu się oprzeć ;)
Nicole wyszła z więzienia to teraz będzie jazda! xD
bella15
Świeżak
Posty: 19
Rejestracja: 2008-02-19, 18:45


Kolejna część.

-Co tu robisz? - zapytałam. Nie byłam zadowolona z jej obecności tutaj
-Przyjechałam sprawdzić czy wszystko u ciebie w porządku i czy mieszkanie, które kupiłam specjalnie dla ciebie ci się podoba. - odpowiedziała i uśmiechnęła się niewinnie tak jak zawsze
-Tak, mieszkanie jest naprawdę śliczne ale wolałabym teraz zostać sama jeśli mogę prosić. - rzuciłam z nadzieją, że mnie posłucha i wyjdzie. Spojrzała na mnie z rozczarowaniem. Spuściła głowę i przeszła kilka kroków po salonie. Złożyła ręce i wzięła głęboki wdech.
-Nicole, wiem, że masz mi za złe, że zmusiłam cię do wyjścia z więzienia, ale ja nie mogłam postąpić inaczej. - zaczęła
-Ty naprawdę myślisz, że to tylko o to chodzi? - krzyknęłam wchodząc jej w zdanie
-Tak, tak właśnie myślę. - odpowiedziała – Nie znam innego powodu, dla którego tak bardzo byś mnie nienawidziła. - spojrzałam na nią i zaczęłam śmiać się pod nosem.
-Myślałam, że jesteś zupełnie inna niż ojciec, ale się myliłam. Ty również uważasz, że jestem naiwną idiotką, która nie ma zielonego pojęcia co się wokół niej dzieje. - rzuciłam z uśmiechem na twarzy. Starałam się „nie zdradzać” swojego strachu i zarazem bólu związanego z tą sytuacją.
-Skarbie, nie rozumiem co masz na myśli, przecież ja...
-Przestań! - krzyknęłam – Całe życie mnie oszukujesz! Ty, ojciec, wuj, wszyscy! Nawet moja siostra, która uważa mnie za potwora bo byłam zdolna zabić Kevina! “Człowieka tak wspaniałego i tak kochającego”.
-Nikt tak nie myśli. - mówiła – Dobrze, że wyciągnęłam cię z tego więzienia, bo nie wyszło ci ono na dobre. Tyle wrogości w tobie spoczywa.
-A nie sądzisz, że to ty mnie tego nauczyłaś? - zapytałam
-Jak możesz tak mówić? Co ja ci takiego zrobiłam?
-Oszukałaś mnie i wielu innych ludzi!
-O czym ty mówisz?! - krzyknęła. Przez chwilę nie odzywałam się. Nie chciałam zdradzić tego co wiedziałam od samego początku. Wiedziałam jak postąpiła z tą osobą. Bałam się, że ze mną zrobi to samo.
-Nicole, mówię do ciebie!
-Myślisz, że nie wiem do czego byłaś zdolna się posunąć aby dojść do władzy? Kto wie co jeszcze zrobisz! - krzyknęłam
-O co ci chodzi? Nicole, ja nadal nie wiem o czym do mnie mówisz. - wyglądała jakby chciała coś ukryć
-Wiem o całej sprawie Burrows'a! Wrobiliście go! Nie wiem po co, ale obiecuję ci, że dowiem się jaki miałaś w tym cel!
-Mylisz się. - rzuciła i nerwowo zaczęła przechadzać się po pokoju.
-Ach, tak? - zapytałam – Więc dlaczego wszyscy mówią, że Steadman nie żyje skoro to nie prawda? Miesiąc temu wywiozłaś go na jakąś wieś. Po co to wszystko? - zaczęłam wypytywać
-Jesteś w wielkim błędzie Nicole. To nie jest tak jak myślisz. Nie wrobiłam Burrows'a, a sprawa Terrenca jest zamknięta. Z resztą nie mam zamiaru ci się tłumaczyć. - powiedziała i skierowała się w stronę drzwi. - Mam nadzieję, że przemyślisz to co powiedziałaś i zdasz sobie sprawę, że rzuciłaś swoje bezpodstawne podejrzenia niesprawiedliwie. - odparła i wyszła z mojego mieszkania. Usiadłam na kanapie i zaczęłam płakać. Nie wiedziałam czy zrobiłam dobrze. A co jeśli odsunie mnie od Michaela i Lincolna?
-Muszę im pomóc! - powiedziałam cicho pod nosem tak jakbym chciała aby nikt tego nie usłyszał, mimo iż nikogo nie było w mieszkaniu. Chwyciłam za telefon i wykręciłam numer brata.
<b>-Tak, słucham? - usłyszałam męski głos
-Ryan?
-Nicole, tak się cieszę, że cię słyszę! - powiedział
-Ja też bardzo się cieszę! Musisz mi pomóc.
-Co się dzieje? Wydaje mi się, czy ty płaczesz? - zapytał
-Proszę cię przyjedź do mnie. - mówiłam
-Dobrze, zaraz będę tylko podaj mi adres, proszę.
-Bronxi Street 68, mieszkania 169.
-Niedługo przyjadę, nie martw się. - powiedział – Nicole, kocham cię.
-Ja ciebie też braciszku. </b>- wyszeptałam i odłączyłam się. Teraz pozostało mi tylko czekać na Ryana. Zaparzyłam sobie gorącą herbatę i położyłam się na kanapie.

***

-Wejdź, proszę! - powiedziałam otwierając drzwi. Ryan wszedł do środka. Spojrzałam na niego. Patrzył smutnym wzrokiem na moją postać. Przytuliłam się do niego mocno i na nowo wybuchnęłam płaczem.
-Już dobrze. - powiedział głaszcząc mnie po głowie. Usiedliśmy na kanapie.
-Chcesz coś do picia? - zapytałam ocierając łzy.
-Nie, nie chcę. Usiądź i powiedz mi co się stało. - odpowiedział. Zrobiłam to, o co mnie przed chwilą poprosił.
-Powiedziałam jej. - wyszeptałam drżącym głosem – Nie mogłam się powstrzymać. Jej obecność tak bardzo mnie rozdrażniła. Pytała za co jej nienawidzę, co takiego zrobiła i ja... - przerwałam – Po prostu to powiedziałam. - Ryan wstał i zaczął przechadzać się po salonie. Złapał się za głowę.
-Przepraszam. - odparłam – Nie chciałam.
-Dobrze, już dobrze. - powiedział siadając obok mnie. Wziął moją dłoń i spojrzał mi w oczy. - Nic się nie stało. Teraz musimy pomyśleć co zrobić dalej.
-Ryan, muszę im pomóc. Nie mogę tak tego zostawić. Nie pozwolę żeby zabiła niewinnego człowieka. Pracuję w Fox River jako lekarka...
-To nic nie da! - przerwał mi. - Teraz, kiedy ona ma świadomość, że o wszystkim wiemy myśli, że mamy jakieś dowody.
-Ale przecież my ich nie mamy. - powiedziałam
-Dlatego musimy je zdobyć. Nie możemy prosić o pomoc Paula, bo jest z nią w zmowie. To trzeba załatwić inaczej.
-”Inaczej”, to znaczy jak? - zapytałam
-Ona nie może uważać nas za wrogów. Przeprosisz ją za swoje dzisiejsze zachowanie i powiesz, że się pomyliłaś, i że żałujesz tego co się stało. Dzięki temu zyskamy na czasie. Potem zostanie kwestia zdobycia dowodów.
-W piątki, między 15:00 a 16:30 nie ma jej w biurze. Zostaje tylko Molly, jej sekretarka, ale ona wpuści mnie bez problemu. Mogę tam iść i poszperać w papierach, może coś znajdę.
-Jeżeli coś zginie Molly powie, że byłaś tam kiedy jej nie było. To bezsensu. Trzeba będzie to zrobić nocą, kiedy nikogo nie będzie w budynku. Musimy tylko znać kod aby móc wyłączyć alarm.
-Wiem gdzie go znajdę. - wtrąciłam
-Świetnie! Muszę już jechać, umówiłem się z Claire. Zadzwoń teraz do niej i powiedz to co ustaliśmy. Będziemy w kontakcie. - powiedział i poszedł w stronę drzwi. Pocałowałam go na pożegnanie w policzek i zamknęłam za nim drzwi. Wzięłam głęboki oddech, chwyciłam telefon i wystukałam numer Caroline.
-Caroline Reynolds, słucham! - usłyszałam
-Cześć, to ja. - odpowiedziałam
-Nicole. Czemu zawdzięczam twój telefon? - zapytała
-Chciałam cię przeprosić. - zaczęłam – Miałaś rację. Rzuciłam swoje oskarżenia bezpodstawnie. Myliłam się i proszę żebyś uwierzyła mi, że naprawdę bardzo żałuję tego co się dzisiaj wydarzyło.
-Doprawdy?
-Co mam zrobić, żebyś mi uwierzyła?
-Nie, nic. Zadzwoniłaś z przeprosinami. To w zupełności wystarczy. - odpowiedziała.
-Cieszę się. Jeśli mogę spytać...
-Tak?
-Dlaczego wszędzie mówią, że Terrence nie żyje?
-To skomplikowane skarbie. Poza tym już ci powiedziałam, nie będę się tłumaczyć.
-Tak, masz rację. Znowu. Będę kończyć. Dziękuję ci, że mi uwierzyłaś.
-Nie dziękuj. Wszyscy popełniamy błędy. - odparła
-Cześć! - powiedziałam i odłączyłam się. Byłam zmęczona. Za dużo dzisiaj przeżyłam. Umyłam się i położyłam spać.

***

Obudziłam się o 7:45. Poszłam do kuchni i zaparzyłam sobie mocnej kawy. Wczoraj byłam tak zestresowana, że nie zauważyłam koperty, która leżała na stoliku. Otworzyłam ją i wyjęłam białą kartkę, na której był napisany sześciocyfrowy kod. Na odwrotnej stronie był napis: <i>„To kod do sejfu, który znajduje się w sypialni za lustrem. W środku zostawiłam ci pieniądze i małą niespodziankę.”</i>. Ciekawa byłam co to za niespodzianka. Poszłam do sypialni i zajrzałam za lustro. W ścianę był wmurowany średniej wielkości sejf. Wystukałam na klawiaturze podany kod i otworzyłam go. W środku było bardzo dużo pieniędzy. Na oko jakieś sześćset tysięcy dolarów. Obok kupki pieniędzy leżała druga koperta. Wzięłam ją i powoli otworzyłam. Wyjęłam z niej kluczyki do samochodu i kolejną karteczkę o treści: <i>”W garażu znajduje się samochód, który kupiłam abyś nie musiała jeździć taksówką.”</i>. Ubrałam się, zjadłam śniadanie i udałam się do garażu, aby zobaczyć czym zostałam „obdarowana”. Dookoła było pełno samochodów. Od Mercedesów klasy E po Ferrari. Zauważyłam nawet kilka egzemplarzy Lambergini Murcielago. Nie było sensu szukania mojego samochodu. Wyjęłam kluczyki z torebki i nacisnęłam mały czerwony guziczek, który prawdopodobnie wyłączał alarm. Za plecami usłyszałam krótki i piskliwy dźwięk. Odwróciłam się i zobaczyłam samochód, który chciałam mieć od dziecka. Nacisnęłam czerwony guziczek jeszcze raz aby się upewnić. Na mojej twarzy wyrósł szeroki uśmiech. Czerwony lakier Corvett'y C6 odbijał nawet najdrobniejsze światło. Otworzyłam drzwi i wsiadłam do samochodu. Na siedzeniu pasażera leżała kolejna kartka o treści: <i>”Mam nadzieję, że ci się podoba. Paul powiedział, że to twój ulubiony model samochodu.”</i>. Czułam się wspaniale. Byłam radosna i pełna życia, co w ostatnim czasie było rzadkością. Uruchomiłam silnik i pojechałam do Fox River. Było już późno. Za dwadzieścia minut miałam rozpocząć swoją zmianę.
-Dzisiaj spotkam się z Michaelem. - powiedziałam pod nosem. Od momentu pocałunku wciąż o nim myślałam.
Xaneta
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19


ja cudowne.pięknie piszesz ;]
czekam na kolejne opowieści :)
bella15
Świeżak
Posty: 19
Rejestracja: 2008-02-19, 18:45


Zegar wybijał godzinę 12, a ja patrząc przez okno na mury więzienia myślałam o Michaelu. W dłoni trzymałam złoty wisiorek, który od wielu lat przynosił mi szczęście. Niepewność nie dawała mi spokoju. Dlaczego mnie pocałował? Nie wiem. Chciałam zapomnieć, ale nie potrafiłam - nie mogłam, a może tak zwyczajnie nie chciałam.
-Nicole, Pope prosi cię do siebie. - powiedziała Katie wchodząc do mojego gabinetu i przerywając ciszę jaka w nim panowała.
-Już idę! - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się delikatnie. Zabrałam klucz z biurka, wyszłam z gabinetu i zamknęłam drzwi. Szłam długim korytarzem mijając cele więźniów oczekujących na wyrok. Połowa z nich była pusta. Kilku więźniów nie zauważyło nawet mojej obecności.
-Dzień dobry! Dostałam wiadomość, że naczelnik chce mnie widzieć. - powiedziałam do sekretarki, która siedziała przed swoim biurkiem i pisała coś na komputerze.
-Tak, tak. Naczelnik czekał na Panią, Panno Smith. - odparła grzecznie. Wzięłam głęboki wdech i zapukałam do drzwi.
-Proszę! - rozległ się głos naczelnika. Uchyliłam drzwi i weszłam do środka. - Nicole, czekałem na ciebie. Proszę, usiądź. - powiedział. Usiadłam na fotelu przed biurkiem i niepewnie spojrzałam na Pope'a.
-Dlaczego mnie Pan tu wezwał? - zapytałam
-Nicole, wiesz że traktuję cię z szacunkiem...
-Dlatego, że moja ciotka jest Vice prezydentem? - przerwałam mu. Pope spojrzał na mnie swoim przeszywającym, zimnym wzrokiem.
-Nie, nie dlatego. - odpowiedział. - Traktuję cię jak córkę i doskonale o tym wiesz.
-Myślę, że te gadanie jest zbędne. - rzuciłam
-Dlaczego? Dlatego, że twój ojciec i ja byliśmy najlepszymi przyjaciółmi?
-Proszę Pana... - zaczęłam, lecz nie zdążyłam dokończyć. Pope przerwał mi.
-Mów mi Henry. Te wszystkie formalności są zbędne, zwłaszcza że znamy się od bardzo dawna.
-Mam być ci wdzięczna za to, że ty interesowałeś się moim losem bardziej niż mój ojciec?
-Nie chcę żebyś mi teraz dziękowała, Nicole.
-Nie przerywaj mi. Pozwól, że dokończę to co zaczęłam. - rzuciłam. - Owszem, jestem ci wdzięczna za te wszystkie lata twojego „poświęcenia”, jeśli mogę to tak ująć. Nie chcę tylko porównywać cię do ojca, bo to nie miałoby najmniejszego sensu. Zawsze był kretynem i cholernym samolubem zapatrzonym wyłącznie w swoją osobę. Ty byłeś jego przeciwieństwem, a mimo wszystko wiele was łączyło. Podziwiałam cię za to, że nie zmieniłeś się nawet trochę pod jego wpływem. Ryanowi imponowała twoja postawa, a ja zawsze marzyłam, że w przyszłości spotkam mężczyznę, który będzie taki jak ty. Kevin nie był taki, więc go zabiłam i bardzo się z tego powodu cieszę. - powiedziałam i uśmiechnęłam się. Ulżyło mi. Nikt nie wiedział, że ja i Pope znamy się od bardzo dawna. To była nasza mała tajemnica, która tajemnicą miała zostać. Odkąd ojciec wyjechał z kraju wszystkie kontakty urwały się. Nawet Caroline zaczęła udawać, że się nie znają.
-Martwię się o ciebie. Jesteś dzisiaj niedostępna.
-Wydaje ci się. - rzuciłam „nie zdejmując” uśmiechu z twarzy. Nie chciałam mówić o całej sprawie ze Scofieldem, ani o tym, że wiem co Caroline kombinuje by wrobić Burrows'a.
-Ach, tak? Wydaje mi się. Dobrze, niech ci będzie. Nie chcesz pomocy, więc weź się za robotę. Godzinę temu Sara przyszła do mnie i powiedziała, że nie jesteś dzisiaj w stanie wypełniać swoich obowiązków, ale skoro mówisz, ze wszystko jest w porządku to ja nie chcę słyszeć więcej żadnych skarg na twój temat. Myślę, że wszystko jest już jasne. - powiedział i zmarszczył swoje czoło.
-Znowu Sara. Co jeszcze powie na mój temat, żeby usunąć mnie z oddziału? Uwierzysz jej? - odparłam ze spokojem w głosie.
-Dlaczego uważasz, że chciałaby cię usunąć z oddziału? - zapytał z zainteresowaniem i niedowierzaniem jednocześnie. Wstałam i skierowałam się w stronę drzwi. Chwyciłam za klamkę. - Nicole, mówię do ciebie. - spojrzałam na żądną informacji twarz Henry'ego.
-Bo Scofield jest moim pacjentem. - odparłam i wyszłam czym prędzej z jego gabinetu, pozostawiając go sam na sam z jego wyobraźnią i nie wyjaśnionymi okolicznościami. Wróciłam na oddział i weszłam do swojego gabinetu. Usiadłam przy biurku i rozmyślałam o tym, co wydarzyło się kilka minut temu.
Puk! Puk!
-Proszę! - powiedziałam. Do środka weszła Sara.
-Następnego pacjenta będziesz miała za piętnaście minut. - odparła.
-Mogłaś się bardziej postarać. - rzuciłam. - Gadki w stylu „nie wykonuje swoich obowiązków” nie są zbyt przekonujące. - spojrzałam w jej wielkie czekoladowe oczy.
-Co masz na myśli? - zapytała jakby nie wiedziała, co sama zrobiła godzinę temu.
-Jeśli chcesz się mnie stąd pozbyć, to po prostu mi to powiedz. Nie musisz biec do Pope'a ze skargami.
-Nie chcę żebyś odeszła. Martwiłam się o ciebie i poszłam porozmawiać z naczelnikiem. Dbam o bezpieczeństwo pracowników i pacjentów. - powiedziała błądząc wzrokiem po podłodze.
-Jasne! Wiesz co? Daruj sobie te swoje „martwienie się”. Nie uwierzę ci w to.
-Przepraszam, że przeszkadzam... - usłyszałam. Michael czekał już przy drzwiach na swoja kolej.
-Nie, nie przeszkadzasz. Dr Tancredi właśnie wychodziła. - odparłam patrząc jej prosto w oczy.
-Tak, właśnie wychodziłam. - odpowiedziała i wyszła.
-Coś się stało? - zapytał mnie Michael.
-Nie, nic się nie stało. - odparłam.
-Jesteś zdenerwowana. Słyszałem, że byłaś u naczelnika.
-O co ci chodzi? - zapytałam
-Nie rozumiem. - odparł przyglądając się mojej postaci.
-Najpierw całujesz się ze mną, potem wpadasz do mojego gabinetu i udajesz, że obchodzę cię choć trochę! O co ci chodzi? Czego ode mnie chcesz, co? - zaczęłam podnosić głos.
-Zależy mi na tobie. To coś złego? - powiedział. Na jego twarzy pojawiał się uśmiech, który tak bardzo mi się podobał. Chwilami dodawał mi sił.
-No tak. - zaczęłam - Zobaczyłeś mnie, zakochałeś się i postanowiłeś, że mnie zdobędziesz. To całkiem niezły pomysł, zwłaszcza że jestem lekarką, a więc ja mogę wszystko. Będziesz mieć znajomości i wtyki. Może jeszcze poprosisz mnie o pomoc, a ja zakochana w tobie po uszy odpowiem „TAK!”. Wyjdziesz z więzienia, weźmiemy ślub i będziemy żyli długo i szczęśliwie z gromadką dzieci! - krzyknęłam. Odwróciłam się i podeszłam do okna.
-Bardzo fajny pomysł. W dodatku taki realny. - odpowiedział uśmiechając się. Nie zwracałam na niego większej uwagi. Wszystko obracał w żart. Uważał, że nic złego się nie stało. Przez chwilę panowała cisza. Stałam przy oknie i jak zwykle patrzyłam na mury Fox River. Poczułam jak Michael obejmuje mnie od tyłu. Odwróciłam się w jego stronę i chwyciłam za jego dłonie.
-Michael, przestań! - powiedziałam.
-Nicole, proszę zgódź się. Naprawdę zależy mi na tobie. Dlaczego nie chcesz dać nam szansy? - zapytał patrząc w moje oczy
-Nam? Michael, nie ma „nas”. - odparłam. Mimo, że mówiłam takie rzeczy, nie chciałam żeby mnie puścił. Mogłabym stać tak i patrzeć mu w oczy całe wieki.
-Nie ma „nas”, bo nie chcesz pozwolić mi, abym się do ciebie zbliżył.
-To nie ma sensu.
-Skąd wiesz? - zapytał
-Bo wiem coś, co zniszczy wszystko to, co wydarzyło się między nami. - powiedziałam, wyrwałam się z jego ramion i podeszłam do biurka.
-To znaczy, że chciałabyś abyśmy byli razem. - odparł – Spróbujmy na przekór tego, co między nami stoi. Pokażmy wszystkim, że potrafimy.
-Komu? Mojej ciotce? Więźniom? A może Sarze?
-Sarze? A co ona ma z tym wspólnego? - zapytał
-Zakochała się w tobie. Próbuje pozbyć się mnie z oddziału tylko dlatego, że to ty jesteś moim pacjentem. Czuje się zagrożona. Uważa, że jestem jej konkurencją, wrogiem numer jeden, a przecież to bzdura. - rzuciłam. Czułam się jak ostatnia kretynka. Byłam sama przeciwko wszystkim. Chciałam być z Michaelem, ale wiedziałam, że to nierealne. A może to ja byłam przyczyną tej”nierealności”?
-Nie dziwę się jej. - odparł – Jesteś konkurencją nie do pokonania.
-To nie jest śmieszne, Michael. - rzuciłam z wyraźnym niezadowoleniem.
-Ale to nie są żarty. - zaczął – Zależy mi na tobie i chcę żebyś dała nam szansę. Uda nam się tylko po prostu się zgódź. - spojrzałam w jego błękitne oczy. Były takie piękne i wypełnione miłością. Dla niego zrobiłabym wszystko. Sprawiał, że mój świat stawał na głowie. Wszystko dookoła było w różowym odcieniu. Nie istniało nic prócz mnie i jego.
-Proszę... - usłyszałam ponownie. Łza zakręciła się w moim oku. Po chwili uwolniła się z niewoli i spłynęła powolnym ruchem po moim policzku. Michael delikatnym ruchem dłoni otarł ją i przytulił mnie do siebie. Nie wiedziałam co zrobić. Byłam bezradna. Chciałam o wszystkim zapomnieć i tak po prostu oddać mu się cała w jednej chwili. Objęłam go rękami i mocno się do niego przytuliłam.
-Zgadzam się... - wyszeptałam. Ucieszył się. Spojrzał mi jeszcze raz głęboko w oczy i po chwili pocałował mnie swoimi delikatnymi ustami...
agulec
Michael Scofield
Posty: 3495
Rejestracja: 2007-12-07, 15:27


mmm.. jak romantycznie :D
rozbudowane to opowiadanie, tyle wątków, miejsc, postaci.. i fajnie^^
*Madziula*
John Abruzzi
Posty: 587
Rejestracja: 2007-11-07, 10:57


super xD No i walka z Sarą o Scofielda :lol:
PatuŚ
Michael Scofield
Posty: 2945
Rejestracja: 2007-10-27, 18:51


kolejne romantic story..fajana akcja z zazdrosna Sarą ;-D
Xaneta
Michael Scofield
Posty: 2154
Rejestracja: 2008-01-27, 18:19


ajć piękne... Daj mu szanse daj! xP
mk95
Michael Scofield
Posty: 1391
Rejestracja: 2008-01-24, 19:37


Łosz mocne, mocne... Pisz dalej :-)
Alexxa
Mahone
Posty: 682
Rejestracja: 2007-12-01, 22:29


Ulalalala...Teraz to nam się romantycznie zrobiło :-D ..Pisz, pisz dalej :-)
Sofia
Sara Tancredi
Posty: 125
Rejestracja: 2008-01-24, 17:54


no bardzo fajne :mrgreen: tak jak wszyscy piszą bardzo romantyczne :-P
bella15
Świeżak
Posty: 19
Rejestracja: 2008-02-19, 18:45


Przepraszam was bardzo za to, ze tak późno dodaję kolejną część, ale zwyczajnie zapomniała, co zwykle mi się nie zdarza. Już dodaję i miłego czytania życzę :*

Był to jeden z wyjątkowych poranków jaki do tej pory przeżyłam. Od kilku dni byłam z mężczyzną, którego kocham. Nie obchodził mnie fakt, że został oskarżony o napad z bronią. Chwilami starałam się nawet sobie wytłumaczyć, że to przecież nic takiego – w końcu każdy mógłby zrobić coś takiego w przypływie adrenaliny. To bzdurne tłumaczenia, ale działały na moją psychikę jak aspiryna na ból głowy. Cieszyłam się każdą chwilą, każdą minutą jaką przeżywałam w ciągu dnia. Codziennie wsiadałam do swojej czerwonej corvetty i codziennie zachwycałam się jej precyzyjnym wykonaniem. Od dawna nic mnie tak nie cieszyło. Czyżbym zaczęła widzieć świat w jasnych barwach? Jak zawsze puszczałam w samochodowym radiu swoją ulubioną piosenkę, która od pierwszej sekundy rozpoczęcia głosiła „Cause you're so good, and you're so fine...”. Tak rozpoczynałam swój dzień. Co kilka minut powtarzałam sobie „Ponieważ jesteś tak dobra, i tak fajna spędzisz cudownie piękny dzień”. Chyba zaczęłam zamieniać się w „optymistyczną maszynę”. Nic gorszego przytrafić mi się nie mogło. Z każdą chwilą zapominałam o Kevinie i o tym jak to z zimna krwią i bez żadnych skrupułów strzeliłam do niego kilka razy. Pracę rozpoczynałam o godzinie 9:00. Szłam więziennymi korytarzami do swojego lokum. Polubiłam tą pracę. Nie dlatego, że znalazłam tu swoja miłość. To miejsce wyraża moje emocje – oddaje moje uczucia. Pewnie dla większości kobiet takie miejsca przyprawiają je o dreszcze, ale nie mnie. Mam zupełnie innych charakter niż ta zdecydowana „większość”. Na ulicy rozpoznają mnie nie jako lekarkę pracującą wśród najbardziej niebezpiecznych więźniów – wolą mówić, że jestem kryminalistką. Nie przeszkadza mi to. Przynajmniej czuja do mnie pewnego rodzaju „szacunek”.
-Cześć, Katie! - powiedziałam do kobiety przechodzącej obok mnie.
-Witaj! Dzisiaj masz sporo luzu. Mniej pacjentów do sprawdzenia. - odpowiedziała uśmiechając się.
-Co za ulga! - zażartowałam i skierowałam się do swojego gabinetu. Przebrałam się w odpowiedni strój i zabrałam się za przeglądanie dzisiejszych kart. Czerwcowe upały dawały się we znaki. Nawet klimatyzacja nie dawała sobie rady z tak mocno nagrzanym powietrzem. Wyjęłam z torebki butelkę wody i wzięłam kilka łyków na ukojenie. Marzyłam teraz o chłodnym prysznicu.
Puk! Puk! - usłyszałam pukanie do drzwi
-Proszę! - odparłam. Do środka weszła Sara. Dlaczego jej widok tak bardzo mnie odrzucał? Sama nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie. Może wytłumaczeniem jest to, że codziennie szuka powodu by wyrzucono mnie z Fox River? Nieważne – nieistotne.
-Cześć, Nicole! Katie powiedziała mi, że znajdę u ciebie buteleczkę lidokainy*.
-Lidokainy? A mogę wiedzieć do czego jest ci potrzebny tak silny lek? - zapytałam
-Jeden z więźniów ma poważny uraz nogi. Prawdopodobnie złamanie z przemieszczeniem. Dokładnym przyczyn nie znam, ale jego noga strasznie krwawi, a pacjent skarży sie na ogromny ból. Dlatego przyszłam zapytać czy mogłabym wziąć jedną z butelek. - powiedziała. Podeszłam do szafeczki z lekami, otworzyłam ją i chwyciłam malutki flakonik z przezroczystym płynem w środku. Zamknęłam drzwiczki i podeszłam do Sary podając jej lek.
-Proszę! - odpowiedziałam
-Dzięki! - odparła i zniknęła za zamykającymi się drzwiami.

***

Dzisiejszego dnia był dużo mniejszy ruch niż zwykle. Postanowiłam pójść na urazówkę i pomóc Sarze i Katie. Miały dzisiaj wyjątkowo dużo pracy. W sali roiło się od poobijanych, poparzonych i poranionych więźniów. Chwilami zwykła sala urazowa w więzieniu przypominała ogromną urazówkę w szpitalu miejskim.
-Nicole, dobrze że przyszłaś. - powiedziała zadyszana Katie. - Mogłabyś pomóc mi przy jednym z pacjentów? - zapytała patrząc błagalnym wzrokiem.
-Oczywiście!- odparłam i poszłam za nią.
-Potrzymam jego dłoń, a ty opatrzysz ranę i zrobisz opatrunek, dobrze?
-Nie ma sprawy! - Katie chwyciła dłoń jednego z więźniów, a ja w tym samym czasie przecierałam dość poważna ranę wodą utlenioną. Wyglądało to tak, jakby ktoś wywiercił dziurę w skórze czymś dużym i tępym. Rana bardzo krwawiła, a więzień wciąż powtarzał, żebym postępowała ostrożnie, bo też jest człowiekiem i odczuwa ból.
-Rey, przestań zachowywać się jak małe dziecko! - krzyknęłam. Jeśli się nie uciszysz nie będą przejmowała się twoim losem i odeślę cię z powrotem na oddział z krwawiącą ręką! - chłopak chwile później uciszył się, a ja w spokoju mogłam kontynuować swoją pracę. Nie było łatwo wykonać poprawnie opatrunek przy tak dużej ilości krwi wyciekającej z rany poszkodowanego. Po skończonej pracy mój fartuch nie stronił od pięknych czerwonych plam. Byłam zmuszona go zdjąć by nie przenieść bakterii na innych pacjentów.
-Myślałam, że rzeczywiście będę miała dzisiaj luz, ale praca to praca. - zażartowałam
-Mimo wszystko bardzo ci dziękuję. Mogłaś siedzieć w swoim gabinecie i uzupełniać karty, ale wolałaś przyjść tutaj. - powiedziała Katie.
-Nie mamy o czym gadać! Szczerze powiedziawszy nudziło mi się tam trochę. - odparłam z uśmiechem na twarzy.
-Mogłabyś zanieść te karty pacjentów naczelnikowi? Prosił żeby dostarczyć mu je przed południem, a jest już 11:40. - zapytała trzymając w ręku żółte teczki.
-Pewnie! Mały spacerek dobrze mi zrobi. - w tej samej chwili jeden ze strażników, który był wtedy w urazówce dostał wiadomość: „W skrzydle A wybuchł bunt. Więźniowie w celach przełamali zamknięcie i opanowali skrzydło A przez stróżówkę. Skrzydło A jest zamknięte.”.
-Super! Szkoda tylko, że omija nas tak wspaniała zabawa! - krzyknął Kuame, jeden z więźniów, który właśnie przebywał na urazówce.
-Cisza! - krzyknął strażnik. - Pójdę z panią, panno Smith. - powiedział patrząc na mnie
-Poradzę sobie, naprawdę. Do gabinetu naczelnika jest raptem pięć minut, poza tym dostał pan informację, że skrzydło A zostało zamknięte więc nie ma możliwości przedostania się więźniów dalej. - odparłam i poszłam korytarzem w stronę gabinetu. Szłam pewnym krokiem bawiąc sie kluczami i trzymając w drugiej dłoni karty, które miałam dostarczyć naczelnikowi. Dotarłam do zamkniętych krat. Była to jedyna przeszkoda, która w tym momencie dzieliła mnie od mojego celu. Stanęłam na chwile by znaleźć odpowiedni klucz.
-Jest!- pomyślałam chwytając odpowiedni klucz i wkładając go w dziurkę w kratach. Przekręciłam dwa razy i usłyszałam krzyki więźniów. Stałam jeszcze przez chwilę by upewnić się co do swoich podejrzeń. W pewnej chwili zobaczyłam tłum więźniów biegnących w moją stronę. Przerażona, w pośpiechu próbowałam zamknąć kraty. Z nerwów klucze upadły na podłogę. Za późno było na podnoszenie go. Tłum groźnych przestępców był już pod kratami. Jeden z nich złapał mnie za rękę wykrzykując: „Mam ją! Mam ją!”. Próbowałam się wyrwać, ale im bardziej się szarpałam tym mocniej zaciskał swoją dłoń na moim ramieniu. Upadłam. Nie wiedziałam co robić. Obok mnie leżały klucze. Z trudem udało mi się ich dosięgnąć. Bez wahania chwyciłam pierwszy lepszy koniec klucza i „przejechałam” nim po ramieniu mężczyzny. Puścił mnie wykrzykując: „Zabije cię dziwko!”. Podniosłam się i biegłam ile sił w nogach. Byłam przerażona. Chciałam dobiec do wyjścia, ale nie zdążyłam. Ktoś złapał mnie od tyłu i wciągnął do schowka, w której przechowywano pościel. Sprawca zasłonił mi usta. Nie mogłam nawet krzyknąć.
-Cicho! To ja. Puszczę cię, a ty nie będzie krzyczeć, zrozumiano? - usłyszałam. Kiwnęłam głową na potwierdzenie. Mężczyzna puścił mnie tak jak wcześniej zapowiedział. Odwróciłam się odruchowo by spojrzeć na twarz sprawcy.
-John?! Co ty tu...
-Szszszsz.... - zamknął mi usta dłonią. - Bądź cicho. Inaczej znajdą mnie i ciebie. - powiedział i opuścił dłoń.
-Skąd się tu wziąłeś? - zapytałam szeptem
-To teraz nieistotne. Ważne, że tobie nic nie jest.
-Dziękuję ci. Gdyby nie ty... Pewnie teraz leżałabym martwa. - odparłam.
-Nie myśl o tym.
-Gdzie jest Michael?
-W celi razem z Lincolnem. Ustalają coś z Sucre. - powiedział. Chwilę później usłyszeliśmy przebiegających więźniów. Szczerze mówiąc odetchnęłam z ulgą.
-Chcę się stąd wydostać. Drzwi zewnętrzne są kilkanaście metrów stąd. - zaczęłam
-Żartujesz? - zapytał
-Nie, dlaczego miałabym żartować? Chcę stąd wyjść. Muszę znaleźć się jak najdalej od tych szalonych bestii. - odparłam
-Teraz stąd nie wyjdziesz. Pójdziesz ze mną...

_____________________

<i>*lidokaina – lek miejscowo znieczulający, którego silniejsze działanie objawia się po kilku godzinach od podania.</i>
Posty: 84 Strona 3 z 4
Wróć do „Fan Fiction - Twórczość własna”